Archiwum dla Listopad, 2007

dalej dalej przez życie na wskroś

Tak jak w starym hicie Lady Pank – „nie wystarczy orać ani siać, gonić resztką sił”.
Do diabła, czy ja mam na czole napisane FRAJERKA??? Na to wygląda. Nie rozumiem, po prostu nie rozumiem i już!!! że po raz kolejny w pracy jestem na totalnym zakręcie, że znów mam tyle obowiązków że nie wyrabiam fizycznie i psychicznie, że-że-że… Tak się cieszyłam że grudzień będzie luźniejszy, a tu niestety wręcz przeciwnie. Tyle do zrobienia, tyle do nauczenia, znaleźć w tym wszystkim czas na siłownię i francuski (przychodzę na zajęcia kompletnie nieprzygotowana i nieprzytomna, jak tak dalej pójdzie to semestr będzie trudno zaliczyć), znaleźć czas dla Męża (!!! – JEGO robota też goni, więc generalnie się mijamy), bo o czasie dla znajomych (zarówno realnych jak i wirtualnych) mowy nawet nie ma. Nie zaglądam na blogi, o forach zapomniałam (oprócz tego najważniejszego, ale i tu mnie niewiele), skrzynka pocztowa i mailowa kurzem zarasta, a spotkania „na żywo” coraz rzadziej. I tu cześć i chwała minionemu weekendowi, którego CHYBA nie udało mi się zepsuć (przynajmniej oficjalnie), za to w powrotnej drodze w moim Mężu odezwały się najgorsze instynkta – mniejsza o to! spędziłam bardzo miły czas w bardzo miłym towarzystwie, a że oczywiście konkluzja brzmiała „rany koguta jaka ja jestem beznadziejna to cud że ktokolwiek chce się ze mną zadawać a Mąż to pewnie za niedługo mnie rzuci bo nic MU nie jestem w stanie dać” to normalna sprawa ;-) Teraz idę do łóżka, tak „bez ambicji grzechu wstydu i lęku”, za to z mocnym postanowieniem wypoczynku przed jutrem, które to jutro trudne będzie, w pracy pewnie ze dwanaście godzin pokibluję, cóż czasem tak bywa. Zasnę ze wspomnieniem wczorajszego wieczoru… kokosowy zawrót głowy, ciała z kalendarza marzeń i magiczne słowo dużymi literami na mnie wyrażone.

Kiedyś chora z zazdrości byłam. A teraz – mimo tego, co napisałam powyzej, a może właśnie dlatego – nieśmiało uważam, że i mojego życia (które za nędzne raczej mam) można by pozazdrościć.

To żem się podniosła, chociaż uda bolą niemiłosiernie ;-)

Załatwiłam wczoraj co się dało, reszta na poniedziałek. Torba spakowana, nastrój pozytywny. Wyjazd zaraz po pracy.
To będzie dobry weekend.
Nie zepsuję go. Mam wielką nadzieję że nie zepsuję.
No bo skoro przejmuję się duperelami (vide wczoraj), to i z głupotek trzeba się cieszyć, no nie?
Mam nową kurtkę (nareszcie okrycie zimowe które mnie nie pogrubia), nowe dżinsy za 29,90 zł, włosy obcięte tuż przy skórze (ech, te nieśmiałe pytania Mojej Cholery „kochanie, a będziesz jeszcze kiedyś miała długie włosy?” – pewnie że tak!), 10 kg za dużo i głowę w chmurach. Na ziemię sprowadzają mnie dziwne sprawy, na przykład dzisiejszy motorniczy z fryzurą a la enerdowski piłkarz. Uśmiałam się wielce.
Żeby tak wesolutko nie było, to w pracy sajgon maksymalny… zmęczona jestem, siły brak, czasu też na wszystko brak, ni stąd, ni zowąd jest godzina dwudziesta trzecia i trzeba iść spać, bo tuż po szóstej pobudka. Takie życie. Jak wcześniej pisałam – zwyczajność w oczy kole, ale właściwie dobrze mi z tym. Ambicje i owszem mam, nadzieję na ich realizację takoż. To wystarczy.

Nie mam jutro wolnego, za to w poniedziałek.

Co mi po poniedziałku, skoro już na jutro sobie różne rzeczy zaplanowałam. Wszystko trzeba będzie załatwić dziś wieczorem.

Od kilkunastu minut nie mogę sobie poradzić. Ktoś zrobił mi ogromną przykrość i to wcale nie „niechcący”. Wiem, że powinnam olać ciepłym moczem i być ponad to, ale… nie potrafię. Próbuję się nie poryczeć – oby się udało

Źle. Bardzo źle.