Archiwum dla Grudzień, 2007

koniec roku taki z lekka parszywy

Właściwie jak i cały rok.
Słucham starych przebojów Engelberta Humperdincka (starzeję się!) i usiłuję zachować spokój.
Od Wigilii walczę z anginą, sylwestrowy wyjazd przesunął się o kolejny dzień (do wczoraj nie było pewne czy w ogóle pojedziemy), czwartek i piątek w pracy makabryczny – nie powinnam ruszać się z łóżka, ale co to kogo obchodzi? Ledwo się na nogach trzymam i właściwie wcale nie mam ochoty na jakąkolwiek zabawę, ale mojemu Mężowi tak na sylwestrze zależy… Zresztą alternatywę dla gór miał z mojego punktu widzenia koszmarną – chciał żebyśmy pojechali do Puław i z butelką szampana łazikowali sobie po ulicach, zwłaszcza po osiedlu gdzie wtedy (gdy się poznaliśmy) mieszkałam. Nie rozumie, że tamte stare śmieci budzą we mnie strach i tak bardzo wdzięczna jestem rodzicom za przeprowadzkę na drugi koniec miasta. Nie rozumie, że ani trochę nie mam ochoty świętować kolejnej rocznicy naszej znajomości. O ironio, co roku to ja przeżywałam z intensywnością godną lepszej sprawy czas tuż po Nowym Roku, próbowałam sobie przypomnieć cokolwiek co się pamiętnego pierwszego stycznia roku 2002 działo (pijani byliśmy oboje, niewiele pamiętamy) – ON śmiał się z moich wspomnień. . Teraz jest mi wszystko jedno. Odkąd przestałam być dla NIEGO kobietą, nic już nie jest takie jak przedtem – górnolotne, ale prawdziwe.

Dobra mina do pustej gry… i stary Kult. Tak. To już sześć lat.

bezsenne noce, zatrzymany czas…

…a raczej czas cofnięty do tych strasznych kilku miesięcy ubiegłego roku, kiedy to nie przespałam spokojnie ani jednej nocy.
Niestety znów wszystko nie tak. Coś mi się wydaje że jednak zrezygnuję z pracy, za wiele nerwów mnie ona kosztuje. Gdybym jeszcze potrafiła zdystansować się na tyle, żeby sprawy zawodowe nie miały wpływu na życie prywatne – a mają, i to coraz większy. Jesteśmy po dwóch poważnych kryzysach (niedziela i wczoraj), wszystko przez to że jestem wciąż zdenerwowana, ba! mało powiedziane, wściekła, zapłakana i w ogóle masakra jakaś, jak szanowna Doda mawia.
W święta zastanowię się, co z tym fantem zrobić.

Bardzo ciężką noc wynagrodził mi częściowo prószący rankiem śnieg. Żerańskie kominy od razu ładniej się prezentowały ;-)

Zajrzałam dziś bladym świtem (i tak nie mogłam spać) na naszą-klasę i znalazłam chłopaka, w którym podkochiwałam się w pierwszej klasie ogólniaka. Ależ skapciał! Na pierwszy rzut oka nie do poznania, dopiero po dłuższym wpatrywaniu się w zdjęcie dostrzegłam rysy, które tak mnie zauroczyły trzynaście lat temu. Cóż, własnego Męża na zdjęciach sprzed lat kilkunastu też nie rozpoznaję ;-)

Dziś odbieram prezenty z Empiku (jak dobrze że doszły… całe szczęście nie zamówiłam dostawy do domu), jutro raniutko wyjazd, powrót w środę wieczorem.
Mam zamiar odpocząć. I chodzić na długie spacery – oby Mąż mi się wykurował, jak nie to połazikuję sama. Odkąd rodzice przeprowadzili się na drugi koniec miasta już nie muszę przemykać się chyłkiem-boczkiem w obawie spotkania znajomych niekolegów. Chociaż w sumie święta to czas przebaczenia, więc…

Czego życzę na święta?
Niech będą jak najlepsze, i tyle.
I zdrowia, zdrowia, zdrowia!

back for good

Krótko mówiąc „dałam se siana” z pracą. Nie, nie zwolniłam się, chociaż mam na to ochotę. Zaciskam zęby, ryczę tylko w toalecie (a i to już nie codziennie) i staram się nie myśleć o robocie poza nią – bo ostatnimi czasy zbyt duży wpływ miała na „cywilne” życie, w sumie wcale cywilnego życia nie było. DOŚĆ TEGO. „Po godzinach” chcę być tą szaloną dziewczyną, w której ON zakochał się sześć lat temu. I już!

Grunt się nie przejmować. Pracą. Mam ten komfort, że jeśli nawet któraś ze stron nie wytrzyma, to bidowanie nam nie grozi. Dumna jestem z mojego Męża, który w pocie czoła doszedł do jako-takiej pozycji na rynku – tak bardzo pamiętam JEGO frustrację z początków naszej znajomości, gdy zarabiał niespełna sześćset złotych miesięcznie. Teraz przy pomyślnych wiatrach może być i dziesięć razy tyle (ech, optymistka! właściwie to raz czy dwa się zdarzyło), w każdym razie bieżących trosk finansowych nie mamy i bardzo mnie to cieszy. Możecie sobie mówić, że pieniądze ważne nie są – tak, teraz wiem że kiedy się je ma faktycznie nie są. Oboje pochodzimy z niezamożnych rodzin, nieraz narzekałam na swoich rodziców, ale nigdy! nie odczułam braku czegokolwiek materialnego, nawet w ciężkich czasach przełomu lat 80 i 90, kiedy oboje pokutowali za bycie po niewłaściwiej stronie barykady. Że w trosce jak związać koniec z końcem nie dbali o moje potrzeby emocjonalne? kiedyś wybaczę.

Mimo wszystko z lękiem patrzę w przyszłość. Już za dwa miesiące kończą się preferencyjne stawki ZUS, miesięczne wydatki z tego tytułu wzrosną nam o jakieś 500 zł. Mieszkanie mamy tylko do końca czerwca, kto wie czy potem trafi się coś równie niedrogiego, czy nie trzeba będzie pójść „do kogoś na pokój”. No i budowa – rzecz najważniejsza, już wszystko załatwione, tylko dzięki Mojej Cholerze („energetyczną” decyzję wyrwał niemal siłą żyrardowskim urzędasom), obiecano nam że teraz pozwolenie to czysta formalność, więc… byle do wiosny! Wszystko wydaje mi się jeszcze nierealne, dopóki sama nie wbiję łopaty w ziemię pewnie nie uświadomię sobie że TO BĘDZIE NASZ DOM.

Święta za tydzień z ogonkiem? No tak. Niestety po tym jak w roku ubiegłym było, podchodzę do nich wielce sceptycznie. Mam tylko nadzieję, że znów w ostatniej chwili nie trzeba będzie jechać na drugi koniec Polski ;-) Odpoczynek krótszy będzie niż zakładałam, 27 i 28 grudnia muszę być w pracy, może i tak lepiej.

Gdyby jeszcze to cholerne niedocenianie mnie…