Archiwum dla Kwiecień, 2008

chabry z poligonu

Buziuchna goi mi się bardzo dobrze. Najgorzej z okiem jest, ale krwiak powoli się zmniejsza. Miałam więcej szczęścia niż rozumu – nie pierwszy raz zresztą ;-)
Dogadzałam sobie i mnie dogadzano przez ostatnie dni baaardzo.
Nowości: okulary, megadrogie dżinsy (aż 129 złotych! od czasów liceum tyle za wycieruchy nie załam), jasna kurtka, spodnie coś a la kameleon, bardzo pojemna torba i zatrzęsienie (czytaj: sześć czy siedem) majtek – uroczyście ogłaszam, że rezygnuję z prostych gaci z bawełny na rzecz frymuśnych gaci z bawełny ;-) Nigdy nie miałam jakichś zamiłowań do „lepszej” bielizny, miała być jedynie czysta i wygodna, mój Mąż też nie ma fetyszystycznych zapędów, no ale czasem fajnie mieć na tyłku coś innego.
Długie spacery popołudniami (ech, żeby za tydzień była taka pogoda…) i bardzo miłe wieczory.
Narzekam tak sobie na Moją Cholerę, ale widzę że bardzio przeżył tę moją „stłuczkę”.
Jaka szkoda że weekend się już kończy. Piękny był…  Niestety już się zaczynam bać dni najbliższych. Umowę mam tylko do końca miesiąca. Nie mam bladego pojęcia, czy zostanie przedłużona – nie bardzo oswoiłam się z firmą i to chyba widać, ale fakt że sytuacja rodzinna nie pozwoliła mi za bardzo skupić się na pracy (oczywiście nikomu w pracy się nie „chwaliłam”). Już dość miałam „Życzliwych” mówiących, jak bardzo ostatnio posiwiałam – w końcu rzuciłam na włosy lekki fiolet, bo jeszcze chwila i zaczęłabym odpowiadać coś w stylu „znajdżcie trupa w mieszkaniu to też osiwiejecie”.
Cholera, boję się. Nigdy dotąd nie byłam tak mało pewna swojej zawodowej przyszłości po okresie próbnym – zawsze to była formalność przedłużenie umowy. Teraz – będzie co ma być.

wypadki chodzą po ludziach

Mój wypadek zrobił mi z lewej połowy twarzy jesień średniowiecza, do tego lewą ręką ruszać za bardzo nie mogę.
Mniejsza nawet o wygląd – dotychczas makijaż zajmował mi plus minus dwie minuty, teraz wychodzę z siebie i staję obok żeby chociaż trochę zakryć sznyty na czole, policzku i brodzie plus podbite oko :/ rano jest całkiem nieźle, im dalej w dzień tym wszystko bardziej wyłazi. Najgorsze że boli jak diabli – ani schylić głowę, ani szerzej usta otworzyć, masakra totalna.
Jak się pocieszam? Ot, właśnie wróciłam z Piratów. Tradycyjnie kilka piwek, niestety nie dało się tradycyjnie szaleć na parkiecie, zatem spędziłam wieczór tuląc się do słodkiego i kochanego Męża, któremu na szczęście raz tylko się wczoraj wymknęło że sobie na wypadek ZASŁUŻYŁAM. Cóż, może i racja. Piekielny brak równowagi.
Do wesela (czyjego??? nic się nam nie szykuje niestety) się zagoi. Oby ślady nie zostały, bo i tak urodą nie grzeszę.

Co do ekspresowego stawiania pomnika – też uważałam że trzeba odczekać chociaż kilka miesięcy, no ale rodzina została przekonana że teraz są inne technologie i kwakwakwa, i brekekeks. W każdym razie ja pieniędzy na ewentualne poprawki nie wyłożę.

wszystkie psy idą do nieba?

Jak wiadomo, wielbicielką psów nie jestem w ogóle, w szczególe kilka wyjątków jest ;-) Do teściowskiego psa miałam stosunek ambiwalentny – ot taki kundel bury, niemiłosiernie przekarmiony. Krzysiek przyniósł go do domu chyba z dziesięć lat temu i zwierzak najbardziej jego właśnie poważał. Po śmierci swojego pana był coraz bardziej smutny… i pewnego dnia po prostu wyszedł z domu, by spokojnie dokonać żywota wśród drzew.
Taką oto wieść Mąż z północy przywiózł. I jeszcze to, że pomnik już stoi. Do tej pory uważałam, że to nie jest „artykuł pierwszej potrzeby”, ale rodzina się uparła, więc jest – i się przekonałam. Bardzo ładnie na zdjęciach wygląda (udało mi się przekonać wszystkich do maksymalnej prostoty i efekt jest naprawdę dobry).

„I jeszcze to, że” wczoraj wieczorem w obłędnie romantycznej scenerii naszej łazienki (niespełna 3 mkw, wystrój z lat ’70) postanowiliśmy spróbować raz jeszcze.
A zatem – do następnej burdy.
Bo te typy tak mają…