Archiwum dla Maj, 2008

kryzys, nie pierwszy i nie ostatni

Poradzę sobie. Jak zawsze.

Gardenia – Papierosy i zapałki

„nie wystarczy orać ani siać, gonić resztką sił”

Trzydzieści dwa tysiące za robociznę. W skrócie: fundamenty, ściany nośne (działówki we własnym zakresie, tak wolimy) i dach.
Do tego jeszcze materiały – pewnie na samo pokryie dachu ponad dycha – dobrze że mamy już wszystkie bloczki na fundamenty i większość na mury.
Alors, czy ktoś z Szanownych Czytelników pożyczy nam pięćdziesiąt tysięcy? Oddamy zaraz jak kredyt dostaniemy, oby przed jesienią.

Od kilku dni zagwozdka maksymalna. W pracy zachrzan, więc nie mam czasu zastanawiać się co z tym domowym fantem.
Bo problem wcale nie polega na tym, skąd wziąć pieniądze.
To ostatnie chwile na podjęcie decyzji o budowie w ogóle. Czy warto.
Od trzech i pół miesiąca obcuję z żywym trupem, a wcześniej też wesoło nie było.

Andrzej Zaucha – Siódmy rok

UPDATE, czwartkowy wieczór:
Hm, po raz kolejny okazało się, że w obliczu sytuacji trudnych mózg mi nieźle funkcjonuje, co dobrze na przyszłość się zapowiada.
Najpierw po całodziennej myślówie (nawet nie udawałam że pracuję) podjęłam męską decyzję – jakem baba - że zasługujemy na kolejną ostatnią szansę. Mąż niebezpiecznie się ucieszył. A podziękowania huczne były.
Dziś z duszą na ramieniu w samochód i do rodziców. Pożyczka niewielka uzgodniona. W drodze powrotnej właściwie milczeliśmy. I cholernie poważni jesteśmy. Bo budowa domu to sprawa poważna, zwłaszcza że chce ją się rozpocząć za kilkanaście dni.
A jutro po pracy na Mazury łajbą z tektury :-)))

Monty Python Latino Power, czyli wracam, no ;-)

Dużo się działo. W punktach. Kolejność mniej więcej chronologiczna.

1. Pracuję sobie nadal, dostałam umowę na czas nieokreślony, co cieszy bardzo. Podwyżki się przy tym spodziewałam, ale jednak nie – „później, jak określisz w czym się chcesz specjalizować”. No ba, jak na razie to naprawiam błędy poprzedniczki i jestem do wszystkiego. I się uczę. A doradcą podatkowym kiedyś będę i tak :-)))

2. W górach było tłoczno, zimno i deszczowo. I pięknie! Na Kasprowym śniegu moc i padał wciąż. Na szczęście nie przypłaciłam choróbskiem wywijania śnieżnych orłów, za to mój Mąż wybrał się w góry jak w ciepłe kraje (a mówiłam żebyśmy się razem pakowali, to nie – „mam jutro czas jak będziesz w pracy”, no i naładował koszulek, ani jednej ciepłej rzeczy, widać że dopiero ze mną zaczął wyjeżdżać). Zbyt dużo z racji paskudnej aury nie zwiedziliśmy, ale zawsze to coś. Najważniejsze że Moja Cholera sztampowo nie dotrzymując obietnicy (co w tym przypadku akurat jest na plus) planuje już kolejne wyjazdy, a ten letni nawet za granicę – a miało być tak że dopóki dom nie będzie stał, nici z jakichkolwiek „wywczasów”.

3. Gębula zagoiła się właściwie bez śladu, kilka kropek przy skroni się nie liczy. Najważniejsze że oko całe i zdrowe, co takie pewne zaraz po wypadku nie było. Takie niby nic, a złapałam się już kilka razy na odliczaniu czasu „przed” i „po” – od razu przypomniał mi się sąsiad z rodzinnej wsi mojej mamy, który mawiał „to było przed tym/po tym jak mnie kuń zabił” (zabił=poturbował ciężko). No i uraz mam przeogromny do co niektórych rzeczy…

4. Budowa. Ruszyć nie może. No bo ludzi brak. I kasy przede wszystkim. Kurcze, jak jeden gościu zaśpiewał nam za postawienie gołych ścian 56 tysięcy, to zwątpilismy. Prysła nadzieja na stan surowy bez kredytu, okazuje się że nawet na fundamenty nie mamy (oby udało się pożyczyć dychę od rodziców, oddamy zaraz jak dostaniemy kredyt). Doradcy nieco nas pocieszyli, ponoć nie takie biedaki jak my zdolność kredytowa mają ;-) więc teraz tylko kompletować dokumenty (a trochę tego jest, to nie zakup mieszkania przecież) i do dzieła, oby wczesną jesienią kasa była, to MOŻE uda się zamknąć stan surowy do zimy. Byliśmy dziś na budowie u znajomych, wprowadzają się już za miesiąc… ech, zazdroszczę, my pewnie dopiero na koniec przyszłego roku. Boję się coraz bardziej – na razie nasze zarobki wystarczają nam na całkiem niezłe życie, ale odłożyć już za bardzo z czego nie ma, a jak będzie się płaciło ratę kredytu i wynajmowało mieszkanie… pod latarnię mi przyjdzie pójść czy co? Wspólnik Mojej Cholery nie pali się do rozwoju firmy, jemu dość tego co teraz – ale on domu nie buduje :-( A mieszkania (czy raczej pokoju – nie łudzę się że będzie nas stać mieszkać samodzielnie) zaczynamy już szukac, niestety w okolicy nas interesującej niewiele jest ofert.

5. Zdrowie. Męża – nie bardzo. Wypchnęłam GO wreszcie do lekarza, łuszczyca potwierdzona – a co, teraz oboje mamy swoje przewlekłe choroby ;-) Na razie szczęśliwie niewielki stosunkowo obszar ciała, ale różnie może być. Plus nadwrażliwe zęby – już się obawiałam początków paradontozy. Ja za to trzymam się nieźle, tyle że schudnąć nijak mi się nie udaje, a lato już za pasem, w co ja się do diabła ubiorę??? Żeby chociaż zejść do 6 z przodu, 75 w talii i 100 w biodrach…

6. A propos ubrań letnich – niezły harcdore. Jak co roku zawiozłam je po sezonie do rodziców – staram się mieć jak najmniej gratów u siebie, w końcu nigdy nie wiadomo kiedy będziemy się przeprowadzać. „Po sezonie” oznaczało ostatnio październik, bo jeszcze we wrześniu wzięłam trochę lekkich rzeczy do Włoch (i się nacięłam, bo pogoda nie dopisała). Tydzień temu zawiozłam do rodziców swetry i chciałam zabrać lżejsze ciuchy – a tu zonk, nie ma. Przetrząsnęłam od góry do dołu całe 38 metrów. Ubrań brak. Mama usiłuje mi wmówić że wcale ich nie przywoziłam. Bez komentarza. Zaciskałam zęby z całych sił, żeby nie wybuchnąć – bo skoro nie ma ich w mieszkaniu, znaczy że zostały wywiezione na wieś i spędziły zimę w nieogrzewanej chałupie, pleśniejąc sobie radośnie. Kilka dni temu mama dzwoniła skruszona, ciuchy znalazły się na wsi, w torbach spakowane tak jak je przywiozłam i podobno nic im się nie stało. Nie uwierzę póki nie zobaczę. Kurcze, dość już mam tego trzymania gratów w gazylionie miejsach. Chcę naszego domu…

7. My – hm. Bywamy. Bywamy jako „my”, znaczy się. I nie pozostaje mi nic innego jak się z tym pogodzić i powtarzac za Ryśkiem „w życiu piękne są tylko chwile”.
Warto być razem dla tego częstego magicznego porozumienia dusz (wspomnę tylko niesamowity wieczór tylko we dwoje w Zakopcu, szlajalismy się po knajpach i snuliśmy plany na przyszłość, dawno nie byliśmy tak zgodni, ON w sprawie mojego kształcenia się w zakresie podatków i języków obcych – bo do tej pory słyszałam „a po co ci kolejne kursy i studia” – a także swoich studiów na polibudzie; ja za to stałam się entuzjastką powiększenia rodziny – ale o tym później).
Warto być razem dla tego rzadkiego porozumienia ciał, jak wczoraj.
Warto być razem dla tych dziecinnych spojrzeń na obrączkę. Ot co.

8. Powiększenie rodziny – no właśnie. Śmiałam się gorzko ostatnio że Mąż tak tego chciał, a nic z tego, bo wiadomo co jest niezbędne do rzeczonego powiększenia, a czego nas pozbawia :-))) Wiadomo zresztą że to ja dzieci mieć nigdy nie chciałam, ale zamążpójścia także przecież nie planowałam. Teraz powoli zaczynam oswajać się z myślą, że „może jednak”, a skoro „jednak”, to najlepiej jak najszybciej – czyli na finiszu budowy. Studiów na razie i tak nie podejme bo za głupia jestem i mogę sobie nie poradzić, muszę jeszcze nabrac praktyki, myślę że za 3-5 lat bez obaw mogłabym bez obaw zrobić podyplomówkę i przystąpić do egzaminu. Do tego czasu dziecko można by odchować… No nie wiem. Wciąż instynktów we mnie samej brak, a sama świadomość że Moja Cholera bardzo dziecka pragnie to za mało, o wiele za mało.

9. Biegam. Sezon zaczęłam w miniony wtorek wieczorem, park Bródnowski oczywiście, bida z nędzą w tej dzielnicy jest! Do lasu daleko. Ech, gdzie te piękne czasy mieszkania na Woli, gdzie miałam pod nosem parki Szymańskiego i Sowińskiego, a i na Moczydło aż tak daleko nie było, plus stadion Sarmaty. Na Rakowcu też nie narzekałam – jedna ośla łączka pod nosem, druga nieopodal za torami już na Okęciu, park Szczęśliwicki też w przyzwoitej odległości. Tu do Bródnowskiego mam odległość mniej więcejjak kiedyś na Moczydlo – tyle że tam biegło się przez inny park, tu między blokami. Pierwszego dnia zawitałam wieczorkiem, żeby nie biec slalomem między wózkami ani nie omijać tabunów małych tuptusiów. Brrr! Pierwszy i ostatni raz po ciemku tam,. Nie ufam temu parkowi i już! Na Woli mogłam biegać w nocy o północy (co się zresztą zdarzało) i nie bałam się niczego, a tutaj zaraz po zmroku czułam się nieswojo bardzo, jak nie ja! Następne dni już wcześniej – i całkiem inaczej jest. Mniejsza o psy i matki z dziećmi, daje się omijać. Teren urozmaicony, górki, dołki, schodki, prawie tak fajnie jak na Moczydle. I kwiecie pachnie :-) No to fruuu. Organizm to doceni.

10. Wracam do świata . MUSZĘ!!! Znajomi to mnie ostatnio mieli okazję w telewizorni zobaczyć ;-) kurcze, odsunęłam się na bok świadomie zresztą, zero maili, zero spotkań, w końcu wszyscy się na mnie wypną i nawet nie będę miała prawa się oburzyć.

Poza tym wszystko doskonale :-)))