Archiwum dla Czerwiec, 2008

italiańskie klimaty, prolog

Po czym poznać rodowitą warszawiankę?
Z przodu Ochota i Wola, z tyłu Bródno i Włochy :-)

My wprawdzie nie rodowici, ale dzielnice zgadzają się jak najbardziej. Zaczęliśmy naszą wspólną odyseje warszawską na Woli (rok i dziewięć miesięcy), później Ochota (rok i jedenaście miesięcy), jeszcze później Bródno (dokładnie rok), a od najbliższego poniedziałku Włochy (oby to już ostatni wynajem i oby nie dłużej niż półtora roku). Wcześniej razem trzy i pół miesiąca w Otwocku, a jeszcze wcześniej Mąż dwa miesiące na Służewcu, dziesięć miesięcy na Jelonkach, miesiąc na Żoliborzu.
Sporo tego.

Teraz Italia słoneczna ;-) Sloneczna jak słoneczna, ale CICHA (co się ceni po roku mieszkania w najbliższym sąsiedztwie trasy toruńskiej), spokojna (co się ceni po tym jak zaraz na początku mieszkania na Bródnie śp. szwagier został dotkliwie pobity), niedaleko od mojej pracy i znacznie mniej niż teraźniejsze 50 km od budowy. Drożyzna okropna, ale skoro za wynajem POKOJU płaci się co najmniej 1000 zł, to wolałam dorzucić parę stów i mieć samodzielne mieszkanie. Niespełna 30 mkw w czynszowej kamieniczce, aktualnie remontowanej (z tego co widzę to remont trwał będzie do konca świata i jeden dzień dłużej), ale nasze mieszkanko już gotowe. Strasznie się boję że nie podołamy finansowo, ale co z tego ze po prawej stronie Wisły mieszkania o wiele tańsze, skoro wszędzie daleko, a Bfródno kojarzy się nam bardzo źle z wiadomego powodu. I tak cud że wytrzymaliśmy pięć miesięcy po śmierci szwagra tutaj…

Padam na twarz. Nienawidzę przeprowadzek! Na dodatek zbiegła się ona ze staraniami o kredyt. Doradcę mamy bardzo niestabilnego – jednego dnia mówi nam że kasę mamy z palcem w dupie, drugiego że zero szans. Fakt że spodziewaliśmy się że będziemy mogli zaczac starania dopiero w roku 2009 i dlatego dochody z 2007 mamy marne… Teraz napaliliśmy się jak starzy marychobiorcy, podpisaliśmy umowę z murarzami… i co będzie jak tego pieprzoneo kredytu nie dostaniemy?
Strach się bać.

Padam. Spaaaać…

po tygodniu roboczym

Minął bardzo szybko.
I dobrze w sumie, chociaż poniedziałek masakryczny. Nie mogłam zasnąć do trzeciej, a Moja Cholera razem ze mną. Wiecie jak to jest – im bardziej starasz się nie myśleć, tym bardziej całe zło tego świata na piersiach siada i oddech się rwie. W końcu przenieśliśmy się do drugiego pokoju i jakoś udało się przekimac trzy godzinki.
Nic zatem dziwnego, że we wtorek nieco markowałam robotę… Wieczorkiem plus minus siedem kilometrów lekkiej przebieżki. Dla zdrowotności. I znów natłok myśli – bo to był siedemnasty czerwca. Niedoszła rocznica ślubu (miałam napisać „niedoszłego ślubu”, ale przecież on się odbył, tyle że trzy miesiące później). Przyznam że wciąż nieco żal mi tej daty. Może dlatego, że oswajałam się z nią prawie rok – została ustalona w pierwszy dzien Nowego Roku 2005, „wykraczyła się” w listopadzie czy grudniu? nie pamiętam już dokładnie. Tego dnia miałam upić się do nieprzytomności, zresztą akurat chrześnica mojej mamy za mąż wychodziła (rzecz jasna nie przyjęłam zaproszenia na ślub i wesele). I co? wcale się nie upiłam, jakoś nie bolało aż tak bardzo. Żyłam Mundialem, „spodzianką” czyli ślubem kumpeli i JEGO nieśmiałymi słowami „a po co czekać do przyszłego roku”? no… w końcu nie czekaliśmy ;-)
Środa. Wariackie popołudnie i wieczór. Oglądanie mieszkań do wynajęcia (bardzo przyjemne w Piastowie, ale ktoś przed nami był i ma podjąć decyzję do soboty… oby na „nie”!!!), później na meczu upiłam się jednym piwem i szalałam na naszej-klasie, a jeszcze później szaleliśmy oboje ;-) oj bardzo mi było potrzebne „rozładowanie się” w każdym calu…
Czwartek. Firmowy grill. Fajnie, chociaż chodzą słuchy że sobie popiłam (wcale nie! za to pojadłam ponad miarę, do tej pory mnie mdli). Wieczór we dwoje, bardzo przyjemny.
Dziś biegałam sobie po Żeraniu i spotkałam stadko czarnych kotów. Sztuk pięć :-)

Weekend zatem. Pierwszy od bardzo dawna spędzany w Warszawie. No, powiedzmy że w Warszawie – jutro jedziemy na działkę sprawdzać postępy budowy – tak, zaczęło się!!! ogrodzenie Mąż we wtorek zrobił, ławy fundamentowe wylane… Głupie to może, ale tak bardzo się wzruszam gdy tylko pomyślę o naszym domu; wiem że daleka droga do niego, czekamy na papiery z ZUSu i skarbówki (ech, pomorskie klimaty…) żeby w końcu starać się o kredyt, pieniądze rozchodzą się w tempie ponaddźwiękowym, wiadomo że ja wciąż zarabiam bardzo niewiele (chociaż o ponad 1/3 więcej niż w poprzedniej pracy), a Moja Cholera ma gorszy okres. Z jednej strony dobrze, bo ma czas dopilnować budowy, z drugiej nie pracuje=nie zarabia=…

Problemów moc.
Teściowa ma w końcu wyniki badań. Niby nie jest źle, ale uruchamiamy wszelkie kontakty, żeby przebadali ją w Warszawie.
Moi rodzice starzeją się w oczach. Tak mi przykro patrzeć…
Ale uśmiecham się. Bo tak :-)

nasi właśnie odpadają z mistrzostw :-(

Gdybyż tylko ten fakt był powodem mojego podłego nastroju…
Dom się zaczyna budować. I co z tego?

Mono – Life in mono