Archiwum dla Lipiec, 2008

uśmiechnięta

I zadowolona z życia.
!!!
Tak, to zasługuje na kilka wykrzykników.
Już jakiś czas (czas dłuższy, można powiedzieć) trwam w tym stanie i – kolejne wykrzykniki – !!! – zaczyna mnie to autentycznie cieszyć, przestałam obsesyjnie zastanawiać się, co się rypnie i dlaczego tak szybko. Ot, jest dobrze.Może dlatego że urlop blisko, coraz bliżej. I nawet mało optymistyczne prognozy dotyczące aury po 8 sierpnia (czyli w porze naszych łebskich wojaży) nie psują mi humoru. Opalona jestem i tak (co często głośno przechodnie przyznają, z uznaniem wyrażając się o subtelnie śniadej cerze), ładne ciuchy noszę na co dzień do pracy (jak ja kiedyś mogłam nosić dżinsy w upały??? mniejsza o nadwagę, wiwat krótkie spódniczki!), na wakacjach nie muszę się przebierać pięć razy dziennie i smażyć się na plaży, najważniejszy jest relaks i duuużo czasu dla Męża. Zasłużył sobie, a co.Wczoraj zaskoczył mnie wielce, informując że jednak jeszcze w tym roku chciałby zacząć studia. No dobrze. Od razu nur do netu, czy przypadkiem polibuda nie zakończyła już rekrutacji (różne widzimisia uczelnie mają). Na szczęście nabór trwać będzie w sierpniu. Wydrukowałam podanie w pięciu czy sześciu kopiach i zaczęła się heca. Ręce drżały MU jak przy podpisywaniu aktu małżeństwa, nie przymierzając ;-) Najpierw zrobił błąd we własnym nazwisku, co akurat nie jest trudne. Później w dacie urodzenia. Jeszcze później zajrzałam w pisemko i uśmiałam się jak norka z błędu ortograficznego – powtarzałam jak mantrę pisownię słowa „inżynierii” (wysokie progi dla totalnego dyslektyka, dysortografa i w ogóle), więc napisał to dobrze, ale za to pomylił się w o wiele prostszym słowie. Następna próba – poniewczasie zauważam że podanie należy wypełnić drukowanymi literami. Potem błąd w adresie WKU. W końcu sama świstek wypełniłam ;-)

Widzę, że traktuje to serio. Wiem że zrobi wszystko, aby się na studiach utrzymać. Będzie twardy. Tak jak dziesięć lat temu, kiedy po pracy szedł do szkoły wieczorowej, później na kurs prawa jazdy, a na noc do drugiej pracy. Marzył o studiach od dawna – niech ma. Damy radę.


Jeszcze tylko środa, czwartek i dwa tygodnie laby. Ależ się cieszę!!!
 

a dziś mam dobry humor ;-)

Płeć męska mnie ostatnio wprawia w wyśmienity nastrój.
Bo ja lubię jak panowie na mnie uwagę zwracają, wiecie?
A już wszelakie próby podrywu przyjmuję hiperentuzjastycznie. Fakt faktem dawno się z takowymi nie spotkałam. Obrączka odstrasza albo te dodatkowe kilogramy których za nic zgubić nie mogę… nie wiem. Gwoli ścisłości: jakiekolwiek formy zdrady ani mi w głowie. Wręcz przeciwnie: im bardziej ktoś próbuje się do mnie zbliżyć, tym bardziej doceniam mojego Męża. Co nie przeszkadza mi się uśmiechać i pogadać z innymi. No co, małżeństwo to nie klatka ;-)
Oczywiście co za dużo to niezdrowo – pamiętam Juwenalia 2003, kiedy to stałam się obiektem adoracji kilku nocujących u nas kolegów, pamiętam styczniowy wieczór 2006, kiedy niewinne wyjście na piwo mogło się skończyć „winnie”, gdybym tylko palcem kiwnęła, pamiętam trójmiejskie szaleństwa w czerwcu roku ubiegłego. I co? I „tęsknię do tamtych dni”. Kobieta się we mnie odzywa czy co? dziś nawet spódnicę założyłam ;-)
Mam fajnych kolegów w pracy i współćwiczących na siłowni.
Mam wspaniałego Męża. Szczerze wątpię, czy ktokolwiek inny byłby w stanie żyć ze mną pod jednym dachem. A co dopiero kochać.
I tyle :-)))

laptop wrócił z serwisu

Właściwie mi kompa nie brakowało przez ten tydzień z ogonkiem.
Kompa domowego, w sensie Internetu. Bo w pracy i owszem komputer na porządku codziennym, I ulubiony program księgowy (bleh).
Fakt że po kilku dniach doszczętnie obrzydła mi muzyczka w samograju (samograj przedpotopowy o pojemności jedynie 256 mega, dobrze że radio ma).
A poza tym fajne wieczory z Mężem. Bo tak to albo jedno, albo drugie w necie grzebie. Był czas dla siebie. Nareszcie. Bardzo pozytywny weekend, chociaż krótki z racji JEGO pracy w sobotę – oj, zarabiać trzeba, w nowym mieszkaniu opłaty 100% większe.
Wspaniale było się tak po prostu sobą cieszyć. Początkowo obawiałam się co nieco ewentualnych kłótni, ale sielankowo było. Jeszcze przez cały pracowy poniedziałek słaliśmy sobie esemeski jak ledwie zakochani. A wieczorem co? A wieczorem piękna tragedia. Jak zawsze po chwilach uniesienia oboje próbujemy udowodnić sobie że to nie ma sensu. Bo chyba nie ma.
Pomyślę o tym jutro, jak mawia Scarlett :-)))