Archiwum dla Sierpień, 2008

…and you’ve got the nerve…

I owszem, odkręciliśmy.
Nic toto nie dało.
Piąty z kolei bank kopniakiem skierował nas w drzwi.
Dziś zaniosłam papiery do szóstego. A siódmy miał pecha nasyłając na mnie jakiegoś totalnego nieuka, który nie wie co znaczy ryczałt od przychodów ewidencjonowanych i wylicza dochód na zasadach ogólnych. Że o innych kwiatkach nie wspomnę. Jakimś cudem udało mi się przekląć dopiero po skonczeniu rozmowy.
Może moja skromna osoba będzie mieć więcej szczęścia niż… (rozumu też)… równie skromna osoba mojego Męża, który dotąd „latał za kredytami”. Teraz pracuje poza Warszawą – niedaleko naszej budowy zresztą – i wkurza mnie na odległość ;-) ot, bo klient MU poradził żeby tymczasowo postawić na działce przyczepę kempingową i się pomału budować z pensji.
W tym sęk, że ja mam już tymczasowości ras le bol. Może i by mnie to bawiło, gdybyśmy byli parą nastolatków. Ale od ładnych paru lat – ON nawet parunastu – tułamy się po wynajętych klitkach z upierdliwą właścicielką za ścianą bądź wścibskimi sąsiadami. Cały czas na walizkach, pełna prowizorka. A przyczepa to prowizorka do potęgi entej – co z tego że na naszej własnej działce? Poza tym z naszych pensji to można dom z klocków lego postawić co najwyżej. Pewna jestem na te stosy betonowych bloczków czekających na działce na lepsze czasy, że do końca życia bylibyśmy sobie w tej przyczepie. Zresztą – za coś kupić ją trzeba. A nasze oszczędności – jak zwykle – żadne. 
Cóż nam zostało? Ano dobijam się dalej. Jeszcze mam nadzieję. Jeszcze mam.
Głowa wciąż w chmurach. Pewnie że o wiele praktyczniej byłoby sprzedać działkę, kupić ciasne ale własne mieszkanko i żyć sobie bez kredytu.
Ale pozwolcie mi jeszcze czas jakiś być niepraktyczną :-)
Pytanie tylko, ile jeszcze mój organizm wytrzyma permanentny stres i megazmęczenie…

taki tydzień się zdarza raz

OBY RAZ!!!
Od soboty do piątku porażki na wszystkich frontach.
Znów dostało mi się, dosłownie.
Jesień średniowiecza stanęła przed oczyma duszy mojej. Nie dało się bez wspomnień.
I ten nieszczęsny nocny płacz. Rzeczone cztery noce. Piąta już spokojna. Szóstej nie pamiętam, padłam. Siódmej się upiłam trzema piwami. Ósmej nie pamiętam, padłam.
To by było na tyle w temacie „my”.
Poza tym problemy finansowe. Spóźniliśmy się z podatkiem AŻ.
I dwa kolejne banki odmówiły nam kredytu.
Mąż zadzwonił do mnie, pierwsze co usłyszałam „możesz wnieść o rozwód”.
Moja reakcja: wściekłość. Nie na NIEGO (chociaż to przez NIEGO nas odrzucają), tylko na system.
Bo pewien bank umieścił Męża na czarnej liście z racji niespłaconego długu w wysokości sześciuset iluś tam złotych. Szczegół: zapłaciłam to osobiście w lipcu ubiegłego roku. Tylko potwierdzenie wpłaty diabeł ogonem nakrył.
Ponoć nie wszystko jeszcze stracone. Mamy napisać „oświadczenie” do banku. Przeczytałam, co ma być w nim zawarte i mało się nie porzygałam z niesmaku. Excusez le mot.
Dla mnie to poniżenie: żebym ja musiała błagać o trzysta tysięcy, z któryych oddam sześćset????????????
I jeszcze zaproponować dodatkowe zabezpieczenie – jakby nie wystarczyła na początek działka z rozpoczętą budową, co już jest warte co najmniej te trzysta tysięcy!!!!!! a hipoteka będzie na całą nieruchomość czyli… no, dodajcie sobie. Jak to się ma do kredytów mieszkaniowych??????
Jestem tak zdegustowana, że świat nie widział.
Ostatniem sił powstrzymuję się od rzucenia tego wszystkiego w PIZDU (ditto). Sprzedać działkę, kupić dwa pokoje gdzieś za Warszawą, tak żeby nie trzeba było już brać żadnego kredytu.
Tylko naszych marzeń szkoda.

Przepłakałam cztery noce pod rząd, co mi się od niemowlęcych czasów nie zdarzyło.

Piątej już nie zniosę.