Archiwum dla Wrzesień, 2008

o wszystkim

Piątek. Dwa cnotliwe piwka. I wystarczy.

Sobota. Zaległości czytelnicze nadrabiane. I wylegiwałyśmy się w łóżku obie. Do czasu.

Bo na spacer zachciało mi się iść. Miałam kilka kosmetyczno-higienicznych sprawunków, najbardziej lubię Rossmana, najbliższy Nowych Włoch Rossmann w Blue City. No to wygodne buty i sru. Na skróty, rzecz jasna ;-) Bo przecież Popularną co dzień do pracy paraduję. Nuuuda. Zatem skok w bok. Drogę znałam trochę, bo kiedyś uciekliśmy tamtędy przed korkami na Popularnej (fakt że jechaliśmy za innym autem). Szłam sobie zatem radośnie podśpiewując pod nosem (wiwat nowy samograj! A raczej TEN kto mi samograja sprezentował), podśmiewając się z nazw ulic oraz architektury (mieszanką stylów chyba tylko Praga Włochom dorównuje). Ulica Budki Szczęśliwickie – tu samochodem skręcaliśmy w prawo, wyjeżdżając przy biurowcach na Jerozolimskich. Ale przecież Blue City nie w tę stronę! W lewo się skierowałam. Minęłam domy, minęłam działki i dotarłam w kosmos.

Bo krajobraz iście kosmiczny: pusta przestrzeń przecinana torami kolejowymi.

Powinnam się wrócić, prawda?

E tam.

Hej naprzód marsz proletariat!

Pustka okazała się błotna. Po kostki. Nic to! Przeszłam jedne tory, przeszłam drugie tory, przepuściłam jeden pociąg, przepuściłam drugi pociąg… Pasażerowie musieli uznać mnie za potencjalną samobójczynię. Ani mi to w głowie było, ale „radź sobie sama sobie radź, tory wołają” zaśpiewałam na cały głos. I tak nikt mnie nie słyszał ;-) Wiedziałam, że za torami są kolejne działki, za działkami stacja WKD Reduta Ordona, a potem już prosto do celu. Mniejsza o buty ubłocone doszczętnie, dżinsom też się dostało. Spacer ze wszech miar udany. Śmiejcie się śmiejcie że starej babie odwala ;-)

Sobota w ogóle miła bardzo. Sierściuch grzeczny nad podziw (odbiła sobie w niedzielę, hehe). Wieczorem esemes od Mojej Cholery: „jutro zrobię Ci niespodziankę, ale nie powiem Ci jaką bo to tajemnica”. Że to się kupy nie trzyma? Teoretycznie tak. Przecież niespodzianka właśnie ma być tajemnicą, no nie? No nie w wykonaniu mojego Męża. Przez te wszystkie lata jeszcze nie udało MU się zaskoczyć mnie tak fest. Bo albo sama zgadywałam „co poeta ma na myśli”, albo niebożątko długi ozór się wygadywał. A wtedy, hm… Nic mi nie przychodziło do głowy. Prezent jakiś, powiedzmy, ale jaki? Pozostawało czekać do niedzielnego popołudnia, na kiedy zapowiedział swój powrót.

Książka i łóźko. I po sobocie było.

Niedziela zaczęła się… wcześnie.  Bo futrzak wyspany był i domagał się uwagi. Ani spać (właziła na głowę), ani poczytać (właziła na książkę), ani esemesa do Mojej Cholery napisać (właziła na telefon). Pozostało rozkminianie. I na rozkminianiu mnie Mąż zastał. Około dziesiątej.

Tak, przyjechał o dziesiątej.

Co oznacza, że musiał wstać przed szóstą rano. Ten, kogo trudno w wolny dzień z wyra przed południem wyciągnąć.

Ergo: to jest miłość.

Więc cały dzień razem.  Blisko siebie jak „para mieszana, ledwie zakochana”. Pozostały wspomnienia i odciski na dłoniach – efekt dwóch godzin z łopatą na budowie. Mąż się śmiał z księżniczki, a mi wstyd było ;-)

A dzisiaj prawie 10 godzin w pracy. Pewnie dłużej bym siedziała, ale do sierściucha wracać trzeba. Moja Cholera znów daleko…

Mesajah – Każdego dnia

O tak. Choroba mi na chorobę.

Wczoraj chyba przesilenie. Padłam jak kawka i nie czułam nawet jak mi sierściuch z traktorzeniem po głowie łaził. Skąd wiem zatem że łaził? Bo jak Mąż go dość brutalnie zdejmował to już czułam ;-)
Grzanie pod różnymi postaciami. Przede wszystkim w najbardziej opiekuńczych ramionach. Do tego ciepła piżama, puchowa kołdra, grzane piwo z miodem i sokiem malinowym, farelka na full (mniejsza o rachunki za prąd).
Jutro wieczorem od dawna planowane babskie wyjście. Dam radę? Oby.
Moja Cholera odwiedza rodziców w weekend. Ja się kotem wykręciłam – bo za mała żeby ją zostawiać i za mała żeby z nią aż na Pomorze jechać. W sumie prawda nie wykręt… Fakt że mam dość swoich problemów i zero ochoty zagłebiania się w cudze. A teściowa od jakiegoś czasu tylko narzekać potrafi.
Czas zacząć przyzwyczajać się do samotnych weekendów. Polibuda to nie przelewki.
I tak mnie dzisiejsze słońce ucieszyło. Bo liczymy na złotą polską jesień. Niech się mury pną do góry…
Studia. Dużo pracy. Budowa. Niech tak zostanie. Jest wytłumaczenie braku czasu dla mnie, jakby co.
Chociaż od rocznicy nie narzekam, nie mam prawa.

„popatrz jak wokół wszystko się zmienia”

Jest o czym pisać, ale w skrócie wszystko, bo grypsko mnie bierze, wszystko mnie boli, trzęsę się cała, kicham na wiwat, więc zaraz wskakuję do wyra pod megagrubą kołdrę. Się grzać. „Grzać” – dobre sobie, u nas w kamienicy kaloryfery zimne (już się nie cieszę że nie mieszkam w bloku). Dobrze że Moja Cholera przy mnie.
„A więc”:
1) Stan surowy jednak w tym roku będzie. Jeśli Bóg i pogoda pozwoli. Bo kasy trochę jest. Nie, nie dostaliśmy kredytu.
2) Studia opłacone, chęci przeogromne, wiara JEGO góry przenosi (wszyscy się w czoło pukają w temacie JEGO studiowania). Pierwszy zjazd na przyszły weekend. Jeśli Bóg pozwoli, za lat parę będę żoną inżyniera ;-)
3) Od przedwczoraj mieszka z nami Futrzak (jeszcze bezimienna)
4) Nadal w nastroju po-rocznicowym, wielce podniosłym jesteśmy. Oby tak dalej.
5) Na chorobę mi teraz grypa!!!!