Archiwum dla Listopad, 2008

„a ja jestem głęboko nieszczęśliwa”

No nie wiem skąd MU… nie, dość dużych liter, siedem lat prawie wystarczy.
Jescze raz.
Nie wiem skąd jego podejrzenia. I oskarżenia. Nie że kogoś mam, o nie! Uważa że skoro dla niego atrakcyjna już nie jestem, to nikt inny rownież na mnie nie spojrzy.
Ale że ja spoglądam. Że podrywam. Ba! że wejść do łóżka temu i owemu chcę.
No i faktycznie na takie dictum poczułam się jak dziwka.
Chociaż absolutnie NIC na sumieniu nie mam.
Zrezygnowałam dla niego z Daniela wczesną wiosną 2002 roku.
Wytrzeźwiałam w jednej chwili, kiedy kolega stał się zbyt natarczywy w juwenalia roku 2003.
Nie dałam się porwać pokrewieństwu ciał i dusz przy spotkaniu po latach z Wojtkiem latem 2004 roku.
Tydzień przed ślubem przetańczyłam całą noc z Ktosiem. I co? i nic.
I tak dalej, i tak dalej.
Ostatnio panowie mi nie w głowie w ogóle. Odrzucona przez własnego męża nie mam najmniejszej ochoty na kolejne rozczarowania.
Poza tym – śmieszne? – przysięga małżeńska „COŚ” dla mnie znaczy. Szkoda że tylko dla mnie.

Murarze pogonieni w siną dal. Zrobili nas w konia, żeby nie powiedzieć brutalnie. Tak, ciężko. Ale to cię nie usprawiedliwia, kochanie.

A w sobotę pojadę do Torunia na urodziny radia. I będę spać u twojej byłej ukochanej. Nie u kolegów.

Świniopas – brawo Lilka :-)

Nie pisałam, bo co siadałam do kompa to jakiś problemos mnie odrywał od niego. I tak od ponad tygodnia.

Kociambra znów niedomaga. Całą noc przedrapała się – a to za uchem, a to pod brodą. Z samego rana miałam weta alarmować, ale jest spokojniej więc na razie obserwuję. Drapie się mniej, ale jakaś taka ospała (w sumie co się dziwić, w nocy nie spała nic a nic)… No nie wiem, chyba jednak wieczorem zadzwonię i umówię się na wizytę na jutro. Mama już mi uprzejmie mówi „pechowy ten kot”. Fakt że rodzice ze swoim przez 8,5 roku żadnych problemów nie mają (tylko koci katar we wszesnym kocięctwie). A Iśka jak nie choroba lokomocyjna to robale, jak nie robale to drapanie… Miesiąc temu zmieniłam jej karmę, może to alergia? Nie mam pojęcia, bez lekarza się raczej nie obędzie.

Z Męża zdrowiem też nie najlepiej. Psychicznie wysiada, przez co fizycznie też jest „dętka” (chłop jak dąb, ech…). Ma za swoje – przecież od samego początku naszych nieśmiałych marzeń o domu (luty 2002…) mówiliśmy że sami będziemy budować, tylko na dach fachowców trzeba będzie. Przecież małżonek szanowny niejeden dom w życiu wybudował. I co? jak przyszło co do czego, stwierdził że zostawiać pracę zarobkową na dwa-trzy miesiące się nie opłaca i znalazł ekipę – wydawało się solidną i niedrogą. Po czym zima zastała nasz dom nie w stanie surowym otrwartym jak było w planie, tylko z nieskończonymi murami, a materiał na dach lezy sobie pod śniegiem radośnie. Ekipa się miga bezczelnie, a Mąż w rezultacie wciąż urywa się z pracy i a to na budowę leci, a to do banku (postraszyliśmy bank sądem, na początku grudnia sprawdzimy czy nadal widniejemy w BIK i jeśli w końcu będzie ok to zaczynamy od nowa starania o kredyt, i jeszcze ten cholerny kryzys finansowy). Do tego bardzo trudne studia – widzę że MU się bardzo na studiach podoba i zrobi wszystko żeby się utrzymać, ale coraz bardziej czarno to widzę…

A ja? Nerwy mi puszczają przez to wszystko. Domownicy (Mąż i kot znaczy się) wciąż nie tak jak trzeba, o rodzinę i znajomych też się martwię… Zapisałam się do szkoły od lutego, Mąż obiecał że na naukę kasę wydobędzie choćby spod siemi, tylko czy ja dam radę? zwątpiłam we własne siły, umięjętności i w ogóle w siebie samą kompletnie. Odchudzanie nie idzie mi w ogóle, wyglądam niefajnie, nawet wizyta u fyzjera nie pomogła, lustro mój wróg. Najbliższa mi osoba traktuje mnie nadal per noga.

Nowy Rok będzie lepszy. Musi być.

dziś pan Andersen cieszy się…

„Ach kochany Augustynie
Wszystko minie, minie, minie”.

Kto wie z jakiej to baśni? W nagrodę traktorzenie mojej kociambry :-)

Jak dobrze że w rzeczoną euforię nie wpadłam. Taaak… Przełom? Może jeśli pozew rozwodowy by dostał.

Dwa Plus Jeden – Requiem dla samej siebie