Archiwum dla Grudzień, 2008

już po wszystkiem

Po swiętach, znaczy się.
Powrót do pracy (zakończenie roku, ech…) i zimnego mieszkania (myślałam że wczoraj ocipieję – pięć dni bez ogrzewania żadnego).
Przeprowadzka w toku.
Moja Cholera nerwowa jak nigdy.
Cóż, sama sobie zgotowałam ten los.

Przegląd postanowień na rok 2008:
1. Znajdę pracę w budżetówce. – NIE
Pracę zmieniłam i owszem, ale wciąż firma prywatna. Do budżetówki aplikowałam zawzięcie, ale odzywali się po dwóch-trzech miesiącach, kiedy to już pracowałam gdzie indziej. Mogłam poczekać, ale panicznie się bałam długiego bytowania na bezrobociu. Zresztą nie miałam głowy wówczas do przebierania w ofertach i dlatego zdecydowałam się na pierwszą firmę, która się na mnie zdecydowała. I może dłużej niż rok tu zostanę :-)

2. Schudnę do 65 kg. - NIE
Dobrze chociaż że nie przytyłam.

3. Nauczę się asertywności i dystansu. – NIE
Może w nadchodzącym roku?

4. Zapuszczę włosy. – NIE
Dobrze mi z krótkimi.

5. Podyplomówka bezpieczeństwo narodowe. – NIE
Zamiast mnie, od października poszedł na studia Mąż. Ja może od lutego. I w księgowości. Sama nie wiem czy stety czy niestety.

6. Będę pomagać przy budowie domu. – TAK I NIE
Zebździła się budowa przez ekipę z piekła rodem. A ja sama, cóż? praca, praca, praca z której niełatwo się wyrwać.

7. Otworzę się na znajomych. – NIE
Właściwie to jest gorzej niż przed rokiem.

8. Traktowanie swojego małżeństwa ze spokojem (rezygnacją?). – NIE I TAK.
Spokoju brak, rezygnacja jak najbardziej.

Z mojej strony komentarza brak, a z Waszej? :-)))

Święta. Mam nadzieję że miło je spędzacie.

Wszystkiego najlepszego.
PS. Zawsze byłam pobożna. Dziecinnie to zabrzmi, ale zawsze bardzo religijnie święta wszelakie przeżywam. W tym roku mam wrażenie że wiara mnie jeszcze tylko przy zdrowych zmysłach trzyma.
Niestety nie jest to wiara że będzie lepiej.

Ode mnie ulubiona kolęda w ulubionym wykonaniu.
Irena Santor – Bóg sie rodzi

lepiej być nieszczęśliwą samotnie niż nieszczęśliwą z kimś innym, prawda?

Moja Cholera pognała w siną dal. Kolega zaprosił do Torunia, no to wpadnie po drodze (hehe, powiedzmy że „po drodze”) do rodziców.
Chciał odwiedzić ich przed świętami – prosze uprzejmie. Jak dobrze że ja pracuję i pojechać z NIM nie mogłam. Okrutnie to zabrzmi, ale coraz mniej pozytywnych uczuć mam do rodziny, w którą sie „wżeniłam”. Na początku bardzo lubiłam ich odwiedzać, traktowali mnie o wiele lepiej niż moja rodzona rodzina, ale im dalej tym gorzej. Uwsteczniają się w tempie superekspresowym, dzwonią do NIEGO z byle czym… i korzyści z tego mają, ot kilka dni temu teściowa dzwoni że szwagier telefon zgubił. I co? Kochany brat i syn zapindala przez pół Polski z telefonem nowym. Chcecie wiedzieć co byłoby gdybym to ja telefon zgubiła? „Nie umiesz upilnować swoich rzeczy to teraz się martw a mi głowy nie zawracaj”. Eufemicznie wielce powiedziane.
Coś jeszcze?
Samochód ojcu w Warszawie kupił i „zawiózł” (się nim) pod dom. Przez pół Polski, zaznaczam. Pierwszą ratę ubezpieczenia za rzeczony samochód my zapłaciliśmy – mieli oddać niby, ja tam wiedziałam że to podarowane zostanie i zostało. U mnie mają od pięciu lat okrągłą sumkę długu – machnęłam ręką, no przecież zostaje w rodzinie, hłe hłe. Pół roku temu uruchomiliśmy wszelkie kontakty w Warszawie żeby teściową gruntownie przebadać (podejrzenie raka) – eee tam, nie chciała. Drobiazgi może, ale ziarnko do ziarnka… Przez to wszystko namawiam moich rodziców żeby od razu z nami zamieszkali jak się wybudujemy, żeby MU nie przyszło do głowy teściów do nas sprowadzić. Chociaż z drugiej strony taki telemost – przez pół Polski, zaznaczam – nie wiem czy gorszy nie będzie. Kompletnie niesamodzielni.
A jak dzieci wychowali?
Najstarszy – zawsze przy nich będzie, mimo choroby mógłby sobie inaczej życie ułożyć, ale…
Średni (mój Mąż) – zaprzepaścili JEGO edukację, nie ma pieniędzy, idź do pracy – sam mówi że jak złożył papiery do zawodówki to dyrekcja od razu GO na dywanik że szkoły pomylił, średnia gdzie indziej. Zero pomocy, wieczne pretensje tylko że skoro ON się tak dobrze uczy to może by i za braci lekcje odrobił (!!!) A jak zareagowali kiedy im powiedział że poszedł na studia? – „tyle to będzie kosztować, na co to”.
Najmłodszy – już go nie ma…

Dlaczego dziś tak negatywne emocje mnie dopadły? Nie powinny, przecież u spowiedzi byłam kilka godzin (bardzo miły ksiądz staruszek), lepiej się poczułam, ale… Ale każda JEGO wizyta w rodzinnych stronach to kładzenie do głowy bzdur totalnych, w które oczywiście mój baranek boży wierzy jak w Świętą Trójcę – co gorsza bzdury te uskutecznia po powrocie, a mnie krew zalewa. Tym bardziej teraz, kiedy się Święta zbliżają nie są nam potrzebne ich życiowe dylematy. Do diabła, nieraz nawet przy mnie im mówił „mam swoją rodzinę, nie mogę się wiecznie wami zajmować”. I co z tego? Nic z tego.

Alors, siedzę sobie w domu sama. Zupełnie sama. Wygląda na to że bardziej mi tęskno za kotem niż za mężem :-)))
Wysprzątałam mieszkanie (już na święta – w sumie nie wiem po co skoro a) świąt tu nie spędzamy, b) zaraz po świętach się wyprowadzamy), zrobiłam wielkie pranie roboczych ciuchów Mojej Cholery (a o robocze narzędzia potykam się co i rusz – na nowym mieszkaniu będzie piwnica, hurrra!), spakowałam prezenty i innne dyrdymały na wyjazd świąteczny. Jutro fryzjer, siłownia i szewc. Wtorek tańce i wyjazd. Albo we środę rano.

Przeżyję. Jakoś. Muszę.

Hey – Dorosłość jak początek umierania