Archiwum dla Styczeń, 2009

„i wszystko wraca na serca znak, w samotności wołam bądź”

Wyjechał w czwartek, zaraz po pracy. Rano zwyczajowy buziak i normalne „cześć”. Psiakostka, taki wyjazd na cztery dni. A mi źle bez NIEGO jak nigdy. Mama powiedziałaby „przyzwyczajenie” – może i tak, pięć i pół roku razem mieszkamy, był czas przywyknąć przecie. Zabawne, jak przez te parę lat z istoty całkowicie samowystarczalnej (w domu wszystkie „męskie” rzeczy potrafiłam zrobić) stałam się kobietką proszącą Męża o wbicie gwoździa :D Ale tym razem brakuje mi nie młotka. Jakoś tak… dziwnie. Gdyby nie kot, pewnie w domu bym tylko nocowała teraz. A przecież na co dzień wcale dużo się nie widzimy – późno wracamy z pracy, rano śpi jak najdłużej się da, kiedy młoda i ja już się krzątamy ;-) Gdy się widzimy też różnie bywa, nasz związek nawet w najlepszych czasach nie był ani lekki, ani łatwy, ani przyjemny, a teraz to wiadomo, jak nie kredyt to… kredyt ;-) (ten wyjazd to właśnie po zaświadczenia o niezelaganiu z US i ZUS, wiadomo że przy okazji odwiedzi rodziców – w poniedziałek rocznica śmierci brata – i do kolegów w Gdańsku też wpadnie).  I moje nieustające małe tęsknoty… chociaż (cześć mi i chwała!) od jakiegoś czasu spokojniej do tego podchodzę.
W każdym razie źle mi bardzo jest. Kot włazi na kolana, dobrze że ją mam.

Szkoła się zaczęła. Dziś. Od VATu, totalnych podstaw więc luzik. Jutro rachunkowość. To gorzej. Nic się na niej nie rozeznaję. Jakieś słupki, jezusmaria, i po co mi to wszystko, i za co ta pokuta, lalala… za to że jak już tak się złożyło że tyle lat w księgowości pracuję, to przydałby się na to jakiś papiur… lalala… Jedno dobre że zajęcia tuż przy stacji kolejowej. Będzie można pospać do 7;30. Ha, optymistka. Młoda i tak dłużej niż do szóstej pospać nie daje. A uczyć się mam zamiar pilnie, o!

Fizjonomia mnie znów denerwuje. Odchudzanie? Marnie. Więcej tutaj. Włosy? Nieco odrosły i całkiem nieźle się układają. Co z tego, skoro zakładam czapkę/kaptur i zonk jest. Chyba jednak znów ciachnę przy skórze, do wiosny ładnie odrosną. Cera? Co i rusz jakaś krostka. No niech już będzie ta wiosna!

Coraz częściej myślę o zmianie pracy. Taaak, znowu. Obcięli płatne nadgodziny – wiele z tego nie miałam, ale na widzimiśki typu kurs tańca czy jakiś ciuch starczało. Zostaję z gołą pensyjką, śmiesznie niską. Na podwyżkę szans brak. Hehe, ciekawe czy znaleźliby kogos na moje miejsce za takie pieniądze. Hehe. Ech, zacisnę zęby i poczekam do końca kursu.

„Tajemnica Brokeback Mountain” w TV (jedno dobre że Mojej Cholery nie ma – z jego antyhomo nastawieniem filmu nie dałoby się oglądać), wino i spać. Rano do szkółki. Wieczorem już razem.

Chyba to nie tylko przyzwyczajenie.

bardzo bardzo leniwa niedziela

Leżę. Leżę. Objadam się smakołykami. Czytam. Uparcie, chociaż już po pięćdziesięciu stronach miałam dość, a stron jest ponad tysiąc. Porównania z Tołstojem, Dostojewskim i Mannem cokolwiek niesmaczne. Głaszczę kota. Po południu sesja Monopoly.
Wczoraj bardzo brutalnie odrzuciłam zaloty.
Tak toczy się światek.

Ryszard Rynkowski – Inny nie będę

Pruszków i reszta

Pruszków fajny jest :-)
Przynajmniej te dwie ulice na krzyż które znam, hyhy… czyli droga do stacji PKP i droga do pizzerii plus dwie trasy wylotowe – na Warszawę i krajową ósemkę. Na większe zwiedzanie czasu na razie brak. W sumie wychowałam się przecież w mieścinie podobnej wielkości, tylko nie tak blisko dużego miasta. Mieszkanie urocze, bardzo się nam podoba, Iśkowata tylko pierwszy tydzien nosem kręciła, ale chyba już się przyzwyczaiła. Droga do pracy zajmuje mi mniej niż jak swego czasu z Bródna jeździłam. Pociągi rano zatłoczone niemiłosiernie, to fakt. I bliźnim mój plecak przeszkadza wielce. No muszę gdzieś treningowy ekwipunek trzymać, no nie? Koniec z porannym treningiem niestety… teraz po południu spinning albo TBC/fat burning, w domu wieczorem orbitrek (dostałam w prezencie od Mojej Cholery, który niepotrzebnie pochwalił się zakupem przed tatą i teraz są pretensje że nie mamy na co kasy wydawać) i ćwiczenia na brzuch, do tego pieszo na stację chodzę…
Praca wykańcza mnie psychicznie, muszę zatem się w sporcie wyżyć.
Żeby nie myśleć. I już.
Bo myślenie boli. Bardzo.
Niedotrzymane obietnice chichoczą złowieszczo. Któryż to raz powiedziałam że mam dość rzeczonych obiecanek? Jasny gwint, co ja mam w sobie takiego że nikt (czyli Mąż i kot) się w domu mnie nie słucha???
Ma ktoś pomysł jak sprawić żeby własny Mąż się znów we mnie zakochał? Bo jak na razie to działa(m) na innych…