Archiwum dla Czerwiec, 2009

w stronę słońca

Ładna pogoda dzisiaj.
Teoretycznie NARESZCIE, bo owoce gniją na potęgę, dorobek życia ludzie tracą („no nie ubezpieczyłem się bo nie miałem pieniędzy” – zgroza! i taki dostanie odszkodowanie od państwa więc pośrednio i ode mnie, a ja muszę mój dom dwa razy ubezpieczyć bo jedną polisą bank się nachapie),kolejne buty mi się rozkleiły z racji deszczowej pogody i tak dalej.
ALE: nie schudłam, stopy też nieprzystosowane do letniego obuwia (ile kosztuje pedikur??? kajaki mam tak masakryczne że po raz pierwszy potrzebuję speca), ogródki piwne kuszą. I pracować się nie chce, że o nauce nie wspomnę. Chyba poproszę jutro o jeszcze jeden wolny dzień przed egzaminem.

W drodze powrotnej (weekend na wsi) słuchaliśmy starych przebojów disco ze szkolnych dyskotek i wzięło nas oboje na wspomnienia szkolnych miłości… Ech. Zwłaszcza ja mam co wspominać – pies z kulawą nogą na mnie aż do studiów nie spojrzał. Mam głupie poczucie pewnej straty. Za mało młodości miałam, takiej „górnej i durnej”, dzieciństwo zdecydowanie ani sielskie, ani anielskie, a wiek kobiecy… może nie klęska absolutna, ale nie podoba mi się ta dorosłość.

Przed chwilą telefon od właścicieli mieszkania. Przyjadą 24. lipca i chcą z nami obojgiem „poważnie porozmawiać”. Pytamy co im na wątrobach leży – cisza. Przyjadą to porozmawiamy i tyle. No jeśli się okaże że musimy się stąd wynosić to chyba się okocę. Właśnie mieliśmy z nimi zagadać czy nie dałoby rady do wiosny tu mieszkać, bo marne szanse na zamieszkanie na swoim jeszcze w tym roku… No super. Pasjami uwielbiam przeprowadzki :/ No to mam prawie miesiąc głowienia się o co chodzi. Jakbym nie dość problemów miała.

Lipiec na bardzo wysokich obrotach. Nauka, egzamin, wciąż badanie w pracy, Moja Cholera dwie roboty naraz+budowa.
Chociaż niedziele będą dla nas.
A wrzesień… magicznie się zapowiada, jak co roku :-)))

…i słota za oknem…

Ostatnie dni na wariackich papierach. I jeszcze ponad tydzień taki.
Uczę się. Plus minus do północy. A potem rozmawiamy na temat budowy. Do drugiej, trzeciej, czwartej.
Jak przykazał Bóg wstaję siódma punkt i do pracy.
I tak co dzień.
W lustro już nie patrzę, bo strach.
Dziwnym trafem jakoś się trzymam bez wspomagaczy. Dwie kawy dziennie i panika przedegzaminacyjna sprawia że zapomniałam już co to senność. Boję się przeokrutnie że nie zdam i cztery tysiące w pocie czoła wydarte pójdzie się paść. OK, poprawki, ale to WSTYD…
Jutro wieczorem będę nareszcie na budowie, hurrrra! Nie mogę się doczekać :-)))

Pogłoski o śmierci Michaela Jacksona… Kurcze, pamiętam jak w roku 1992 szalałam za jego płytą „Dangerous”.

„jeśli gdzieś jest niebo, wygląda jak Woodstock”

oj, głupia!

Ależ zafajdana niedziela!
Bo zachciało mi się przebrać za dziewczynkę. Czarna sukienka przed kolano i cieliste rajstopy. Podarłam trzy pary, z czego w tych trzecich podartych (na szczęście nie bardzo widać było) łaziłam do wieczora bo więcej na zmianę nie miałam :D Ale i tak ładnie wyglądałam.
Zaliczenie z VATu okazało się również zaliczeniem z CITu. Szczegół: mieliśmy raptem 3 godziny zajęć, na których oczywiście nie byłam, bo babka wcześniej miała z nami PIT i tak przynudzała, że poszłam sobie w cholerę. Babka od VATu widząc poziom naszej niewiedzy w zakresie podatku dochodowego podpowiadała jak mogła, ale i tak nie wiem czy zaliczę. Za to zadanie z VATu było łatwe bardzo jak dla mnie. Rozwiązałam szybciorem i pchnęłam rozwiązanie dalej, jako dobra koleżanka (nie wiedzieć czemu mam autorytet w częście grupy, ha!). Cóż, dopiero po oddaniu pracy zorientowałam się że popełniłam głupi błąd rachunkowy i w piz…u wylądował. Za taki błąd nie powinno być dużo punktów odjęte, ale inna sprawa że oceniający się zdziwi, że kilka osób uważa że dwa plus dwa równa się pięć (bo takiego kalibru był to błąd). Kurde na egzaminie będę wszystko po pięć razy sprawdzać. Jak czasu starczy. Ba! jak mnie do tego egzaminu dopuszczą, no ale powinni chyba…
Po szkole obiad w fajnej knajpie i „U Pana Boga za miedzą” w kinie. Wcześniej podziwianie rowerów.
A wieczorem zebździło się na maksa. Ech, szkoda gadać.
Jutro przecież też jest dzień.

Jutro czyli dzisiaj.
Pogoda taka że szkoda gadać.
Badania sprawozdania finansowego ciąg dalszy, więc wszystkie jesteśmy na usługi pani przebiegłej.
Uczyć mi się nie chce, no ale się przymuszam, jak śpiewał Kabaret OT.TO.

Chyba czas przypomnieć Mężowi, że po otrzymaniu kredytu miałam obiecane Chanel 19… :-)))