Archiwum dla Wrzesień, 2009

czasu coraz mniej zostało mi…

Moje standardowe powiedzonko „dzieją się rzeczy wielkie” to za mało na ostatnie dni.

Spokoju, spokoju, spokoju!

A było tak pięknie na urlopie… Że o wyjeździe rocznicowym
nie wspomnę. Tfu – właśnie winna jestem wspomnieć ;-)

Mieliśmy wyjechać w piątek około południa. Ale sprawy na
budowie, wiadomo… tuż przed szesnastą wyruszyliśmy. Toruń, jak się okazało w
trasie. Przyznam się bez bicia, że mina mi się wyciągnęła. Bo mało oryginalnie.
Chwała mi że nie dałam po sobie poznać lekkiego rozczarowania… Dotarliśmy
wieczorem. I tu fragment z cyklu: „życie z dyslektykiem”:

ON: – Ulica Podgórna to na Starówce jest, no nie?

JA: – A gdzie tam, owszem zaczyna się w centrum niedaleko Staszica
gdzie kiedyś pokoik miałam, ale na Starówkę nie sięga.

ON: – To w takim razie Podgórska to Stare Miasto, prawda?

JA: – Nie no, Podgórska jest po drugiej stronie Wisły, no
powinieneś kojarzyć, przecież tyle lat za Wisłą mieszkałeś.

ON (zdezorientowany): – No to muszę zadzwonić (oddalił się
krokiem spiesznym).

Tajemnicza ulica okazała się ulicą Piekary (wiwat życie z
dyslektykiem). A na rzeczonej ulicy przytulny hotelik z pokojem wielkości
naszego pruszkowskiego mieszkanka. Taka nieco skromniejsza wersja
mydlanooperowego apartamentu dla
nowożeńców.
I to dla mnie. No opadła mi szczęka.

Co tu więcej powiedzieć? Obie noce zakończone około czwartej
nad ranem (i bynajmniej nie czarnym bluesem), dużo alkoholu w rodzinnym, koleżeńskim
i samym sobie towarzystwie, myśli, gesty i słowa, odkrywanie na nowo miejsc
gdzie tyle razy już byliśmy… i tradycyjnie wypadek kilka samochodów przed nami
w drodze powrotnej. Bo my to mamy pecha.

W każdym razie daj nam jesienny mały Boże więcej takich
rocznic. O tak.

A powrót do rzeczywistości okazał się bardziej niż
koszmarny.

W piątek miałam już wypowiedzenie napisane. I zapisane. I
wydrukowane. Resztkami myśli z mózgu powstrzymałam się przed złożeniem. No bo przecież Mąż nie pracuje. Może jakąś jedną czy dwie
szybkie roboty przed końcem roku, i tyle. A tak to budowa. Nie możemy żyć z
kredytu. A kredyt trzeba rozliczyć do końca roku. Nie da rady
inaczej. Bo trzeba by powtarzać zabawę z badaniem zdolności kredytowej i
kwakwakwa, i brekekeks. A mieszkanie mamy na mur beton tylko do końca roku. Ergo: nie mam bladego pojęcia jak to zrobimy, ale trzeba
zamieszkać na swoim jeszcze w tym roku. No nie mam pojęcia. Wszystko w lesie. Brakuje dwóch-trzech
miesięcy. Chłopaki we dwóch zapierniczają za dwudziestu, ale gdzieś są granice
ich możliwości. Przecież nie mogą się wykończyć w imię chałupy… W sobotę kilka godzin na budowie spędziłam. Pomogłam trochę.
Ale wciąż nie wierzę że to NASZE…  W
niedzielę sklepobranie, kupiona glazura do kuchni, zamówiona kabina z sauną… no
pisałam że się dzieje, prawda?

Pracy szukam. Ofert coraz mniej. No szlag by to. I małe
szlaczki. Nie ma rady, muszę zacisnąć zęby i dupsko i siedzieć tu jak
na razie. Póki sił nie zabraknie. Ale do stanu sprzed lat trzech daleko
jeszcze. Uff. Żyję nadzieją, że aż tak to się nie skończy. Przede wszystkim
Moja Cholera jest przy mnie, widzi co się dzieje (w piątek sam kazał mi wynosić
się z firmy gdzie pieprz rośnie i wanilia) i wiem, że zaakceptuje każdą moją
decyzję. Damy radę.

A za oknem jesień…

tydzień to jednak niewiele :-(

Tyle sobie zaplanowałam i co? I doopa blada. Czytałam i tyle z planów. Wczoraj cały dzień „Strzał w serce”. Cały dzień – to znaczy kilka godzin w pociągu/busie. Bo w Lublinie byłam, o :-)
Rocznica… cudnie było! Udało się wszystko jak najlepiej.
(przerwa na wspomnienie)
Szykuję się na wyjazd. Wciąż nie wiem gdzie. I co z tego? ważne że z NIM.
A kota mruczy na kolanach…

…już za chwileczkę, już za momencik…

Duperelek już oficjalnie mój ci on. Jest. Podatku pan stażysta w skarbówce (wiek pana stażysty z wyglądu 18 lat) wyliczył mi 20 zł więcej (nie ma to jak zbyt tani zakup i szczerość w umowie), rejestracja prawie dwie stówy, przegląd generalny plus wymiana świec, filtrów, oleju i czegoś tam jeszcze… aha, klocków hamulcowych 460 zł, do tego jeszcze trzeba będzie sprawdzić to i owo bo duperelstwo wyje jak wilkołak do księżyca przy zmianie biegów… No, mieliśmy jeden niemłody samochód, to mamy dwa. Oby duperelek sprawował się równie dobrze jak większa koleżanka ;-) Dziś zdobyłam się na odwagę i pojechałam SAMA!!! na zakupy do Tesco. Wybrałam się tuż przed południem, mylnie sądząc że cała szosa moja – eee tam, Pruszków zakorkowany koncertowo, Jerozolimskie zawalone tirami, no i ja w samym środku tego bajzla. Jakoś poszło. Bez strat we florze i faunie :D I nawet młodzieńcy w mercedesie, przed którego to mercedesa nie do końca elegancko się wcięłam, nie poczęstowali mnie trąbieniem/pukaniem w czoło/środkowym palcem. Może jakoś pójdzie ta nauka. Ale przyjemności żadnej z prowadzenia samochodu nie odczuwam.

Jak się czuję? Lepiej. To weekendowe cholerstwo to jakaś łagodna odmiana rotawirusa chyba. Mnie trzymało przez sobotę i niedzielę, po czym przeskoczyło na Moją Cholerę. Od razu przypomniała mi się pierwsza wizyta u teściów sprzed ponad siedmiu lat, kiedy to rota zmógł nas oboje tak, że pogotowie w środku nocy nas ratowało (ratowało, hm… lekarz woniejący). Najgorsze że Mąż w takim niefajnym stanie jest właśnie w drodze na Pomorze – cóż, rodzina ach rodzina… wrócą jutro po południu. Jedno dobre z zatrucia: szóstka z przodu na wadze :D

I do jutra po południu mam czas na wymyślenie czegoś z okazji rocznicy ślubu. Pomysłów brak jak zwykle. Myślałam że jak co roku spędzimy wieczór drinkując w króliczym towarzystwie, a tu klops. Nie można przepić stówy, bo w weekend wyda się tych stów więcej ;-) oczywiście będąc w ten sposób poinformowaną o niespodziance zareagowałam odpowiednio, to znaczy że kasa się bardziej na budowę przyda, noto się zreflektował. Wyjeżdżamy w każdym razie. Nie wiem gdzie, w rzeczonej sprawie był dziś telefon i zanim Mąż zamknął się w sypialni podsłuchałam że dzwoni kumpel z Gdańska, więc może morze… Ech, żebym tylko nie spieprzyła sprawy. Ostatnio wprawdzie całkiem nieźle się nam układa, nawet wczorajsze 150 km ze mną za kierownicą zniósł spokojnie (trza było nie chorować, ha!), ale wiadomo jak to jest w naszym związku… raz słońce, dziesięć razy deszcz.

Co czytam? Skończyłam „Na Złotej Górze” ,ostatnio biografie lubię. Zainteresowałam się „Odzyskanym”, ale po kilkunastu stronach rzuciłam w diabły. Subtelna książka, a jakże! Po szczegółowym opisie, jak to główny bohater wraz z ojcem pozbywają się kociąt (topią je w wannie, a że topienie się nie udaje rozbijają im głowy o rzeczoną wannę) miałam dość. W kolejce czeka prasa cotygodniowa jak na razie ;-) czyli „Angora” i „Polityka”; babskich gazet nie czytam z zasady od zawsze.

Rozmowa dzisiaj. Ta ekskluziw. Oczywiście ja to zawsze coś wymyślę ciekawego – tym razem spędziłam 5 minut w windzie przy non stop otwierających i zamykających się drzwiach, bo ciemna masa nie skojarzyła że trzeba kartę do czytnika przyłożyć żeby winda ruszyła. Sama rozmowa zresztą nie trwała dłużej niż 5 minut też. Bla bla bla, odezwiemy się jeśli pani przeszła do następnego etapu. Bla bla bla. Dziewięć godzin dziennie praca, bo godzinna przerwa na lunch. Którego i tak nie zjem w restauracji biurowcowej ani żadnej innej w okolicy, bo mnie nie stać, amen, alleluja i w górę serca.
Szukamy dalej.

A na razie czekam na telefon, że dojechali szczęśliwie na Pomorze.
I jutro czekam na powrót.
Uda się ta rocznica. Prawda?