Archiwum dla Październik, 2009

sądny dzień

Rozliczenie II transzy kredytu. Właśnie wysyłam mailem zdjęcia. Dokumenty spreparowane i podpisane. Z samego rana Moja Cholera pożegluje do banku.
Pozostaje nadzieja.
Że będzie oki.
Mimo tego że przy I transzy czepiali się przeraźliwie, a podług tego co teraz to było pięknie udokumentowane…
W ramach odmóżdżenia byliśmy dziś w kinie. Piła VI ;-)

Nie dogadaliśmy się wczoraj.

Bo Mąż wrócił bardzo późno szalenie zmęczony i urżnął się w trupa dwoma lampkami wina.
Dziś rano gdy wychodziłam jeszcze spał… A ja się uspokoiłam muzyką. XIII.Stoleti przez całą drogę do pracy. Czyli prawie godzinę – (pod)warszawscy kierowcy głupieją przy odrobinie deszczu :-( Jak fajnie jest słuchać w swoim aucie swojej muzyki, hehe.
Ledwie dojechałam – telefon. Z przeprosinami i z miłością. I tak co godzinę. A to się dziś chłopak napracował ;-)
Po powrocie do domu zastałam na honorowym miejscu piękny bukiet róż (a jednak!). I wciąż dzwoni. I nic dziwnego że jutra się nie mogę doczekać. Szybkie sprzątanie i sru duperelkiem na budowę :-)
A z drugiej strony boję się o NIEGO coraz bardziej. Za bardzo się budową przejmuje. Zaniedbuje wszystkie inne sprawy, traktuje wszystkich per noga (ech te nerwy), a w każdej rozmowie ze mną przywołuje temat tabu. Tak jakby specjalnie chciał mi na złość zrobić.
Dobrze że kot na kolanach koi nerwy.
Ledwo widzącymi oczami oglądam w telewizorni „Troję”, na której parę lat temu zasnęłam w kinie ;-) No ale cóż robić samemu.
Aha, co do oczu – faktycznie powieki. Wczoraj zeszła mi z nich skóra. Zatem żywoczerwone i palące ogniem. Pięknie wyglądam, nie ma co.
Chwała weekendowi. Już nie wyrabiałam w pracy. Nie tylko przez oczy…

na pochyłe drzewo wszystkie kozy skaczą

Zbudziłam się dziś przed siódmą i oczu otworzyć nie mogłam. Po omacku dotarłam do łazienki (cudem nie wdeptując w kociego pawia – mała to ma wyczucie, nie powiem) – okazało się że powieki mam spuchnięte maksymalnie. Do lekarza zatem. W rejestracji okazało się że nie mam aktualnej eRMUłA’y – no nie mam, leży sobie radośnie gdzieś na biurku w robocie. Jakoś się jednak zarejestrowałam (dopiero na 11), ale świstek musiałam przynieść. I co? półślepa pożeglowałam do Warszawy, rzecz jasna nie autem tylko pekapem. Rasowa singielka, nie ma co. Bo Mężowi do głowy nie przyszło żeby mnie do pracy podrzucić samochodem. Gdy MU to nie do końca spokojnie powiedziałam, tłumaczył się dość dziwnie – „przecież muszę zawieźć M. na budowę, K. z pracownikiem przyjeżdżają na ósmą a ja mam klucz”. No tak, ale ja miałam wizytę na jedenastą, na budowę jest 20 km, korków nie ma bo to w przeciwną stronę od Warszawy, więc spokojnie zdążyłby wrócić i mi przysługę zrobić. No cóż – wściekła jak diabli, w spodniach przemoczonych doszczętnie (bo na ślepo zaliczałam wszelkie kałuże) szczęśliwie odbyłam podróż Pruszków-Warszawa-Pruszków, świstek wzięłam, zameldowałam urlop na żądanie i do lekarza poszłam. Pecha ciąg dalszy – okulistka okazała się STARUSZKĄ! wyglądała bardziej wiekowo niż moja 95letnia babcia, a zachowywała się jeszcze bardziej wykopaliskowo. Na przykład przepisała mi lek, za którym złaziłam pół Pruszkowa, słysząc że od lat nikt go nie zamawiał więc nie sprowadzają ;-) Generalnie oczy oki, kwestia samych powiek, że przemęczenie (tak tak!) i praca przy komputerze (no jak trzeba to od jutra będę prowadzić księgowość za pomocą kajetu i liczydła).  No nic, przyszłam do domu i poszłam spać, bo co mi pozostało? Szlag by trafił te moje problemy ze wzrokiem, od razu mi się przypomniało zapalenie rogówki z sierpnia 2007, kiedy to przez kilkanaście dni zero czytania, TV, kompa i wychodzenia z domu, bo WSZYSTKO sprawiało ból. Ze snu wyrwał mnie telefon Mojej Cholery – okazało się że koparka która przyjechała kopać dół pod zbiornik z gazem przy cofaniu wjechała w samochód K. – cały tył zmasakrowany. Nie dość że K. pomaga nam na budowie z czystej sympatii, bo zarobi dużo mniej niż u normalnych klientów, to jeszcze ten samochód, ech. No i dosłownie kilka minut temu telefon od mamy – babcia przewróciła się na schodach i mocno potłukła (tak, 95latka ma pokój na piętrze! i to do niedawna bez barierki, schodziła na czworakach niemal bo ostatnio zdrowie się pogorszyło, w końcu tata poręcze zrobił bo nikt inny się nie poczuwał, no ale przewróciła się mimo poręczy), więc od razu do szpitala na prześwietlenie, na szczęście bez złamań, ale i tak rodzice wzięli ją na razie do siebie.

I co na koniec tak pięknego (hłe hłe) dnia?
Oczu nadal spod powiek nie widać, ale i tak staram się oglądać ligę mistrzów ;-)
Kota szczęśliwa (bo miała swoją panią cały dzień) mruczy na kolanach (po porannej żołądkowej niedyspozycji ani śladu).
Moja Cholera & company nocuje na budowie – jutro ma przyjechać, już zapowiedziałam że bez bukietu kwiatów ma się w domu nie pokazywać, no przykro mi się dzisiaj zrobiło że tak mnie potraktował. Może i sama jestem sobie winna, bo życie studenckie (zanim razem zamieszkaliśmy) nauczyło mnie być samowystarczalną i nie prosić nikogo o pomoc…
Zastanawiam się czy dam radę jutro duperelkiem do roboty pojechać – Moja Cholera robi mi wyrzuty „nie po to kupiłem ci samochód żeby pod blokiem stał, musisz się uczyć jeździć”. No tak, ale ON uwielbia prowadzić auto i nawet do kiosku po gazetę cytrynką jeździ  ;-) Natomiast ja stanowczo wolę w drodze do pracy układ: 15 min pieszo + 12 minut pekapem + 20 minut pieszo niż co najmniej godzinę stania w korku w duperelku już nie pierwszej młodości, któremu silniczek krokowy (albo i co insze, może być i świnia futerkowa, że tak znów Mrożka zacytuję) nawala a Mąż nie ma kiedy pojechać z nim do mechanika – ja jako baba kompletnie nie znająca się na samochodach nie mam zamiaru do mechaniorów się udawać, bo zwyczajnie mnie oszwabią ;-) Z drugiej strony pamiętam jak dziś jak 3 lata temu Mąż zawiózł mnie do wiochy dechami zabitej i powiedział „wiem że daleko od Warszawy, wiem że bez dwóch samochodów ani rusz, ale zobacz jak tu jest pięknie”. No… jest pięknie :-) a nowe domy rosną jak grzyby po deszczu, w okolicy celebryci, co akurat średnio mi się podoba (Konstancin już passe, hłe hłe), i tylko trudno uwierzyć że za dwa miesiące będziemy już tam mieszkać.
Ech, może się jakoś jutro dogadamy…