Archiwum dla Listopad, 2009

Nienawidzę listopada. Z wzajemnością.

Koszmarny jest co roku.
Trzy lata temu zaowocował przewspaniałą depresją, z którą ponad rok walczyłam.
Teraz jest wszechstronnie gorzej. Nerwy oboje mamy w strzępach, co skrzętnie wykorzystuje przyjaciółka łuszczyca, atakując nawet twarz :-(
A to co nas do grobu wpędza wygląda w blasku słońca tak:
dom
Kurcze, zawsze miałam jak najgorsze przeczucia co do własnych czynów – sprawdzały się – a tu intuicja zawiodła na całej linii.
Idiotka, miałam nadzieję że coś nareszcie się uda.
Kretynka, przekonana że marzenia się spełniają.
Po prostu głupia, sądząc że uwolnię się od przeszłości.
W skrócie: kasy brak, czas goni i skarbówka wzywa w sprawie pita trzydzieści siedem za rok 2007. To ostatnie dziś mnie rozwaliło. Ofkors odebrali wezwanie rodzice, rzecz jasna otworzyli i całe popołudnie i wieczór z pretensjami wydzwaniają. Ostatni hit: że to pewnie chodzi o zakup działki, że coś z podatkiem nie tak (co ma to do rozliczenia rocznego, hę). I że mam powiedzieć że oni mi dali pieniądze na działkę w zamian za to że będą mieszkać z nami (a co to skarbówkę obchodzi skąd miałam pieniądze, hę?)
No rozkleiłam się totalnie. Siedzę i ryczę. Hormony szaleją, jak zwykle bez prochów.  Mąż na budowie, kota obok mnie, wieczorem wino będzie i „Angora”, i tyle.
Spokoju mi trzeba…

wieczór – piwo, mecz i ja

Kota nie liczę – śpi :-)

Lubię moją pracę.
Nie spodziewałam się sama po sobie że to stwierdzę ;-)
Od paru tygodni taki zapierdziel, że nie ma czasu załadować. I myśleć też nie ma czasu. Zwłaszcza (p)o zdarzeniu. Dzień roboczy mija ekspresowo. Fakt że potem w domu – warzywko. Odlatuję około 22 (teraz też ledwo piszę, hehe). Zatem w sobotę o tej porze odleciałam na filmie komediowym u znajomych, w niedzielę odleciałam na filmie horrorowym w domu, a wczoraj na filmie sensacyjnym w kinie – dobrze że na finał się obudziłam, za to potem zasnąć do drugiej nie mogłam.
U lekarza nie byłam i dopóki tyle roboty nie będę, bo przyjmują do 18, nie dam rady się urwać. Kasę zamiast na doktorka wydałam dziś na chałupniczą biżuterię – mam z głowy prezenty gwiazdkowe dla siostry i siostrzenicy. Obiecały przyjechać na święta :-)
Jutro zaplanowane piwko po pracy, mam nadzieję że nie odchoruję jak ostatnio ;-) Cieszę się z tych wyjść czasami i między innymi dlatego zaniechałam na razie poszukiwania nowej pracy. Głównie jednak z tego powodu że na rynku pracy bida z nędzą, co z tego że na gazylionie rozmów byłam skoro prawie wszyscy podnoszą brew na moją stawkę czterotysięczną brutto? Sorry, ale to na warunki stolicznaje oraz moje doświadczenie tudzież jednak jakieś tam umiejętności niewiele, znajomi mówią że powinnam się cenić dwa razy wyżej, no jasne… Ale po przeprowadzce dojazdy mnie wykończą, trzeba koniecznie szukać czegoś bliżej, czyli poza Warszawą, czyli raczej w małej firmie gdzie szukają ludzi do wszystkiego, a jak ktoś jest do wszystkiego to jest do niczego. Standard: księgowa ma być również handlowcem i sekretarką. Wszystko na gwałt ;-)
Na budowie prace pełną parą, już glazura się kładzie. Niebawem meble dotrą, tylko z czego zapłacić? wniosek o podwyższenie kredytu kurzem zarasta u analityka, jednocześnie staramy się o większy debet w rachunku firmowym, jakoś to będzie, musi być, przecież nie można się poddać na samym finiszu… Pogoda ładna (nie pamiętam tak ciepłego listopada!), więc pewnie jak w styczniu przyjdzie ostra zima, to… to nie wiem jak sobie poradzę z dojazdami do pracy, w warunkach zimowych nie prowadziłam auta od lat. Teraz luzik mi się kieruje, zero nerwów, umiejętności owszem czasem nie starcza ale widzę że inni użytkownicy dróg wcale nie lepsi ode mnie, a mają własne auta dłużej niż dwa i pół miesiąca ;-)
Na nowym mieszkaniu już tydzień. Całkiem oki. Tylko kota obrażona za bardzo mały metraż ;-) Ech, za miesiąc będzie miała dla siebie prawie 200 mkw.
Między nami, hm… trudno powiedzieć, mało się widzimy, dzieli nas bolesna sprawa o której nawet nie wiem jak pisać, o zdarzeniu nie rozmawiamy.
Jeszcze kilka tygodni.
I nareszcie przeniesie mnie przez próg :-) A potem choćby potop.

jedno życie w pamięci drugie życie na zdjęciach

Paranoja. Ocipieję CZĘŚCIOWO z własnej winy.
Cieszę się że roboty od groma i ciut-ciut. Sprzedaż nowej wersji ruszyła więc
dokumentów do przygotowania mnóstwo, rejestracja nowej firmy więc lata się tu i
tam, no i zestawienia wciąż klepię. Dzień w pracy mija bardzo szybko.

Gorzej że
w domu zająć się nie ma czym. Oprócz kota ;-) Abonament na siłownię się skończył w październiku, nowego karnetu nie kupowałam bo po przeprowadzce na wieś i tak nie byłoby kiedy chodzić. Orbitrek na budowie, hantle też – nie ma tu gdzie trzymać. Książki wszystkie też już w garażu. Także te do nauki języków – a przydałoby się francuski odświeżyć. Telewizji nigdy nie lubiłam. Spotkać się z kimś? nie mam ochoty, bo pytania „co u ciebie”, a co ja mogę odpowiedzieć? że spieprzyłam sobie życie i oby nie doszczętnie (co się niebawem okaże)?

Czy mówiłam już że paranoja i ocipieję? No właśnie.

Co do zdarzenia – zobojętniałam. Póki dużo roboty, nie mam czasu się zastanawiać co dalej. Drugiej stronie wisi to i powiewa, tak myślę.

Powieki masakra. Jutro lekarz.

Jutro też wizyta w banku. Dadzą kasę albo i nie.

Od budowy jestem odsunięta.

Cholibcia, żyć mi się nie chce. Tak żyć. Tu i teraz.