Archiwum dla Styczeń, 2010

Ja wiedziałam że tak będzie. Ja wiedziałam.

„A więc” prosiłam o podwyżkę pierwszy raz w życiu i dziękuję bardzo,
dużo wody w Wiśle upłynie zanim ponownie się na taki krok zdecyduję.
Odpowiedź: dużo, dużo mniej niż proponowałam. Kilka dni zastanawiałam
się jak by tu w miarę spokojnie odpowiedzieć, w końcu nie
odpowiedziałam nic, bo wróbelki ćwierkają że jednak coś się może
zmienić w tej kwestii, zatem czekam, no tak.
W każdym razie poczucie własnej wartości – mniej niż zero.

Internet przez tydzień nie odpalał. Zaniosłam dziś złoma do pracy,
chłopcy zajrzeli i stwierdzili że to nie wina modemu tylko kompa samego
w sobie, coś tam mu się popierniczyło i raz widzi modem, a sto razy go
nie widzi. Na chwilę obecną korzystam z daru łaskawcy (po raz pierwszy
od zeszłek środy!), ale trzeba serwisu szukać.

Weekend w rodzinnych stronach, skarbówka załatwiona, biblioteka odwiedzona (kilka nowych książek, mlask), dwa wieczory nad „Chatą” Williama P.Younga – mama zachwycona tą książką, ja wręcz przeciwnie, zgadzam się całkowicie z tą recenzją. Niemniej jednak polecam przeczytać :-)

Arktyczne mrozy czy śnieżyce? wybór niczym między dżumą a cholerą.
Duperelek odpala bez problemu, a jakże, ale miała być to inwestycja na
lat parę, natomiast obawiam się że tegoroczna zima tak daje fordzikowi
w kość, że długo bidusia nie pociągnie. Jak brakuje garażu!!! no nie
zdążyło się go wykończyć, podobnie nie udało się zrobić kominka, a tak
by się na te mrozy przydał! ech, tak to jest jak się mieszka na
prowizorce, ale własna jest ta prowizorka i to najważniejsze.

Moja Cholera wyjeżdża już w niedzielę. Nadal nie wyobrażam sobie, jak
to będzie bez NIEGO. Wieś, zima, stare auto, nowy dom, obcy dookoła.
Wcale się nie boję, nic a nic :/ Zaproszę rodziców chociaż na kilka
dni…

Zmęczenie motywem przewodnim stycznia.
Ale własne łóżko – wreszcie własne! – wiele wynagradza :-)

fatalne dni :-(

Roboty od groma.
Nawet w nocy nie odpoczęłam od niej ostatnio, albowiem śniło mi się że miałam romans z kolegą z pracy.
Dziś na sam koniec dniówki megadylemat, czy przyłączyć się do współpracowniczek wnioskujących o podwyżkę. Nie miałam na to ochoty, bo nigdy w życiu nie prosiłam o podwyżkę z racji niewiary w siebie, zresztą skoro przez prawie 2 lata pracy tu podniesiono mi wynagrodzenie jedynie symbolicznie, znaczy że na więcej nie zasłużyłam najwidoczniej :/ Z drugiej strony bycie łamistrajkiem to chyba jeszcze gorsze. Zresztą i tak przecież planuję zmianę pracy, więc jak się wkurzą i mnie wyrzucą to płakać aż tak rzewnymi łzami nie będę. Co ma być to będzie.

W domu ponuro. Kwestia wyjazdu lutowego wisi nad nami niczym damoklesowy miecz. Kompletne niezrozumienie siebie nawzajem. I koncert DM w Łodzi na który tak się cieszyłam i na ktory obiecał ze mną pojechać. I co? zostaję z dwoma wolnymi biletami (bo miał jechać z nami jeszcze ktoś z kim w międzyczasie Mąż ostro się pokłócił) oraz prawdopodobnie stresem związanym z jazdą autem – zwłaszcza powrót będzie cholernie ciężki, tak bardzo męczy mnie prowadzenie samochodu w nocy, a odpukać jeśli pogoda będzie … Nie mam pomysłu co robić, jak wiadomo jestem samotnikiem i nawet nie mam komu zaproponować towarzyszenia mi na koncercie. Pomyślę w weekend o tym – a weekend przedłużony będzie, bo w końcu udało mi się wysępić pita ze starej pracy („zapomnieli wysłać” – no jakże mi miło!), więc w poniedziałek wolne na skarbówkę.

Coś pozytywnego by się przydało. Jakieś propozycje? ;-)

hossa bessa koza nosstra

Taki czas nastał, że najciekawsza jest droga do pracy. Ot, z feralnym PKS Żyrardów z poprzedniej notki spotkałam się we środę prawie w tym samym miejscu i już nie dałam się zepchnąć (hurra!) Za to w piątek na zakręcie w lesie oślepił mnie tir, i to oślepił tak doszczętnie że musiałam zahamować do zera bo kompletnie nie wiedziałam co się dzieje, a dość gwałtowne zahamowanie z pięćdziesięciu do zera w lesie = drobny poślizg = co dzień ryzykujesz życiem. Kończąc temat dojazdowy powiem tylko, że i w czwartek, i w piątek po pracy wyjechałam z parkingu bez świateł, przejechałam tak rondo (!) i kapnęłam się dopiero na głównym skrzyżowaniu że coś jest nie tak. I żaden kierowca mi uwagi nie zwrócił, hmmm… W każdym razie dobrze nie jest, po tylu godzinach przy kompie ciężko mi się w nocy jeździ, samochody z naprzeciwka oślepiają :-(

Praca. Dużo jej. Jak co roku o tej porze. Staję się specjalistką do spraw dziwnych zestawień. Ot na przykład sprzedaży sprzętu za rok 2009, prawie 1500 pozycji, ze wszystkimi detalami. I nawet nie wiem czy do czegokolwiek się ono przydało ;-) Wracam do domu kompletnie wykończona, bez sił na tak zwane „domowe życie”, co gorzej bez sił też na szukanie roboty nowej – pewnie dopiero na przyszły weekend zacznę się rozglądać. Internet nieco lepiej działa odkąd wymieniliśmy kartę SIM, ale nadal to jest loteria będzie zasięg czy nie, no ale na przeglądanie ofert pracy musi wystarczyć. Chciałabym cokolwiek dorobić, ale jak? tylko tak zwana „praca z domu” pozostaje, a ja już naprawdę nie wyrabiam wieczorami, nawet czytać nie mogę co mnie przeraża i przygnębia :-(

Mąż wraca do pracy od poniedziałku. I wyjeżdża za dwa tygodnie na miesiąc cały nad morze… Boję się przeogromnie. Bo zima (a jak znów nas zasypie??? jak ja do roboty się dostanę???), bo jeszcze nikogo tu nie znam, bo samochód niepewny, bo-bo-bo… Z jednej strony rozumiem, że po prawie pół roku przerwy trzeba się łapać każdej pracy, z drugiej uważam za nieco… hm jakby to powiedzieć… nieodpowiedzialne? słowa mi brakuje… zostawienie mnie zimą na wsi samą. Ale każda moja uwaga na ten temat kończy się awanturą – „będę jeździł wszędzie gdzie będę miał pracę i nic ci do tego”. Pozostaje mi wierzyć że wszystko będzie dobrze. I tyle.

Z cyklu „cudownych rodziców mam”:
Teściowie zadzwonili w czwartek w stanie wskazującym na spożycie wielce zaaferowani, bo po ich wiosce fama poszła, że dom się nam spalił.
Jak dorwę tego zazdrośnika który puścił tę plotę, to uduszę gołymi rękami.