Archiwum dla Luty, 2010

A luty wyglądał tak:

…co tu dużo gadać – beznadziejnie!
Dom: trzy dwudniowe awarie prądu (brak prądu=brak wody=brak ogrzewania), jedna awaria pompy wodnej, zacinające się drzwi wejściowe, odpadająca farba w zalanym kilka miesięcy temu pokoju gościnnym, walka ze śniegiem (codzienny taniec z lopatami), a teraz z błotem co jest wszechstronnie gorsze, jako że błota odgarnąć się nie da ;-)
Praca: bardzo dziwne interview, nawet nie sprawdzono co w ogóle umiem, 20 min swobodnej rozmowy plus CV, no i jestem przyjęta… Od razu zrezygnowałam z dotychczasowej pracy, wypowiedzenie teoretycznie do końca marca, ale już jest mój następca (tak! facet!), więc może uda się szybciej odejść. Boję się – z jednej strony że sobie nie poradzę, z drugiej że ta firma to jacyś oszuści. No i po tradycyjnie bardzo trudnej w moim zawodzie zimie nawet nie odpocznę na wiosnę, bo trzeba będzie się bardzo starać w nowej robocie.
Zdrowie: najpierw rozchorowało się kocicho, potem mi się totalnie zepsuła cera i wąsy odrosły :-( a od tygodnia Mąż zmaga się z rwą kulszową, ledwo żyje.
Finanse: tragicznie. Wyjazd nad morze okazał się wielce nieopłacalny, zwłaszcza że wszystko się przedłuża przez chorobę Mojej Cholery. Rachunki za gaz ogromniaste, dwa kredyty do spłaty. Jedno co dobre to że dziś Mąż dostał już zwrot ze skarbówki, co odegnało widmo bankructwa na czas jakiś.
Sprawy osobiste: ciszej nad tą trumną! Męża cały miesiąc nie było, domu pilnowali mama albo tata, dogadywaliśmy się bardzo średnio. Fatalny wyjazd do Trójmiasta sprzed dwóch tygodni – jakbyśmy sobie obcy byli. Wiele łez. Nas obojga. Życie towarzyskie brak. Totalnie niesłuszny mandat od kanara (nie zapłaciłam, napisałam sążniste odwołanie). Awaria silniczka spryskiwaczy w autku.

PLUSY DODATNIE (hehe):
- dwa wspaniałe wieczory z Moją Cholerą – w sumie można powiedzieć że „aż dwa” zważywszy na to że prawie się przez ten miesiąc nie widzieliśmy ;-)
- totalne odreagowanie na łódzkim koncercie Depeche Mode
- nowe dżinsy w których znakomicie się moja dupencja prezentuje i nowy sweter z duuużym dekoltem ;-)
- podwyżka w pracy – co z tego że minimalna i co z tego że i tak z tej pracy odchodzę ;-)
- jutrzejsze przedpołudnie dla urody – fryzjer i kosmetyczka (trza się pozbyć tych wąsów!)

Będzie lepiej.
Bo być musi i już!

jeszcze krótko

Fiolet na ścianie to „śliwka węgierka” Duluxa, a na podłodze jest gruba ciemnobrązowa wykładzina z Komfortu, za Chiny nie pamiętam nazwy, cena coś około 75 zł za mkw.
Generalnie udał się nam ten pokój. 16,5 mkw wypoczynku. Aha, mój patent: bez telewizora w sypialni!!!!!! Polecam!!!!!!
Osobiście uważam że najfajniejszy w tym pomieszczeniu jest kot :D
Dzieje się tyle, że… że w tygodniu się przymierzę do opisania.
Na razie cieszę się Mężem. Przyjechał wczoraj, przywiózł nowy modem (nareszcie mam net w domu zatem – ale zasięg parszywy wciąż). Połamana bidusia – korzonki czy cuś, jutro lekarz, pojutrze z powrotem nad morze. Ale już ostatni tydzień.
Aaa, praca: wypowiedzenie złożone, miejscowa firma na mnie czeka. Od kwietnia nowe wyzwanie.
W piątek oddelegowano mnie do zrobienia archiwum i przy przekładaniu papierów jednak pożałowałam co nieco że odchodzę. Ale – tak trzeba. Skoro tu na miejscu mam zarabiać te same pieniądze… I spokojniej trochę będzie. Mam nadzieję.

A dzisiejszy opis na służbowym komunikatorze wyglądał tak:

„KOPERNIK WSTRZYMAJ ZIEMIĘ JA WYSIADAM”.
Piętnaście dni lutego zaowocowało piętnastoma tysiącami zdarzeń, które wszelkich sił witalnych mnie pozbawiły.

Dzisiejszy motyw przewodni, kulminacja że tak powiem: nowa praca wielce kusząca. Chcą mnie najlepiej od przedwczoraj ;-) Jutro składam rezygnację w obecnej firmie. Albo i nie. Bo się boję.
Muszę się z tym przespać. Tutaj i w tym towarzystwie:
sypialnia