Archiwum dla Kwiecień, 2010

był kwiecień

Praca w Fabryce ma swoje „uroki”. Ot na przykład dzisiaj rozładowywałyśmy z koleżanką tira. Produkcja ma wolne już od czwartku, siedzimy w biurze same, dziś planowałyśmy urwać się około południa – cóż kiedy świeżutka dostawa z Anglii. A tu nawet klucza żeby bramę otworzyć nie było – poradziłyśmy sobie wrzucając paczki na ręczny wózek który ledwo się w drzwi mieścił. Wszystko co miałam na sobie nadało się tylko do prania ;-)

Pranie suszy się już na tarasie, pogoda zjawiskowa, i do pracy i z pracy jechałam przez las, w drodze powrotnej wstąpiłam do kolegi na budowę, potem zakupy i możemy zacząć łykenda świętować ;-) Szkoda tylko że dzisiejsza aura to jednorazowy wyskok i reszta wolnych dni ma być już do kitu. Jutro przyjeżdżają znajomi, pojutrze rodzice – wydajemy ostatnią forsę, życie totalnie ponad stan ale czego się nie robi żeby choć na chwilę zapomnieć o planowanej operacji, ech!

w dupie mam taką pogodę :-(

Wczoraj upalnie – cóż z tego, skoro pół dnia spędziłam w aucie załatwiając w okolicy sprawy różniaste.
Dziś listopadowo – czyli znów auto, nie zmusiłam się do roweru w taki siąpiący ziąb.
Na to konto po południu pół godziny na orbitreku i 20 minut morderstwa brzucha. Ale nie ma to jak rower, ech…

Weekend był ZNÓW super, zatem chętnie do niego wrócę :-)
Rozpoczął się w piątek czytaniem „Playboy’a” – za studenckich czasów czytałam w radiu każdy numer od deski do deski, zatem gdy Mąż dostał gazetkę od klienta, dorwałam się do niej jak mysz do sera :-) I co? I rozczarowałam się wielce. Faktycznie to pismo dla dwudziestolatków, Moja Cholera i ja nie znaleźliśmy tam nic dla siebie. Śmiałam się że 10 lat temu to nawet panienki na rozkładówkach były ładniejsze ;-) Wieczorem już tradycyjna czerwonołazienkoterapia ze świecami, winem, mnóstwem piany i wszędobylskim kotem ;-) Odreagowaliśmy trudy tygodnia. Nie powiem, roboczy tydzień zakończył się całkiem nieoczekiwanie pozytywną rozmową – że są ze mnie zadowoleni i chcą żebym prowadziła kadry (mimo że nigdy nie miałam z kadrami do czynienia stwierdzili że na pewno szybko się nauczę), za odpowiednim wynagrodzeniem oczywiście. Nooo… jestem za! Zawsze chciałam cokolwiek na ten temat wiedzieć, na kurs mnie nie stać więc nauczę się w praktyce. Miło :-) Bo ja się lubię uczyć, serio :-)
Sobota początkowo spokojna – czytanie w łóżku, zakupy, sprzątanie (nareszcie auto mam umyte! Się Mąż postarał!)- a tu zapowiedziało się na wieczór towarzystwo z którym spędziliśmy minioną niedzielę. W to nam graj! Nasiadówa niemal do rana, szalone tańce na 13 mkw (minus meble) kuchni, dwie godziny snu… i następnego dnia ledwo żyliśmy oboje. Wypiłam ledwie cztery drinki, więc albo mam tak słabą głowę (jak nigdy!), albo to raczej brak snu… Pomogła nieco sauna (dobiła do 75 stopni aż!) i długi spacer, ale po południu i tak drzemkę sobie ucięliśmy. Później telemost skype’owy z Karolą (przyjeżdżają w połowie czerwca na prawie 3 tygodnie! już się nie mogę doczekać, Mąż już będzie tyle czasu po operacji że będzie mi towarzyszyć we wszystkich swawolach, hihi) i dość tego dobrego, wieczór paciorek i spać :-)

Pierwszy majowy weekend również zapowiadał się zjawiskowo, jednak dziś sobie przypomniałam że będziemy bez kasy… bo w nowej firmie płacą nam dopiero około 10, a Moja Cholera kasę weźmie po zakończeniu roboty czyli najpewniej dopiero po operacji, skończą bez NIEGO… W takim razie posiedzimy sobie sami, nie bardzo mi to w smak bo będziemy się nawzajem nakręcać „co to będzie”, no ale pewnych rzeczy się nie przeskoczy. A nuż widelec będzie fajnie tylko we dwoje, w końcu tak mało czasu dla siebie mamy teraz gdy widzimy się rano pięć minut i dwie godziny wieczorem. A korzystamy z tych chwil wielce – nawet wspólnie prysznic bierzemy, za czym raczej nie przepadałam, czerwonołazienkoterapie piątkowe to ina sprawa oczywiście, ale cowieczorne krótkie ablucje wolałam w samotności wypełniać, a teraz hm… okazuje się że sporo traciłam chyba :-) I plecaczek beżowy od Mojej C holery dostałam (nie ma to jak ostatnie pieniądze na żonę wydać)… nareszcie coś fajnego na rower mam.

Zabieram się pomału do oporządzania domu – w sobotę przeniosłam ksiązki z pokoju gościnnego do salonu (docelowo oczywiście będą się pyszniły w gabinecie/bibliotece na górze, ale kiedy my ją urządzimy…), w szafkach pokoju gościnnego zagoszczą natomiast zimowe ciuchy (tyle że w pracy zimno jest więc swetrów jeszcze nie chowam) i zimowe buty (cholibcia nawet paru stów na szafkę na buty na razie nie mamy), letnie ubrania trzeba od rodziców przywieźć… ech, nareszcie wszystko będzie u siebie.
Nareszcie my u siebie. Piąty miesiąc już, a ja nie dowierzam :-) I przeszczęśliwa jestem mimo bidowania.

UPDATE, środa:
Nno, aura dziś łaskawsza. Na tyle że po wyjściu z Fabryki tuż po szesnastej zamiast skręcić w lewo do głównej drogi, skręciłam w prawo do lasu… :-) Precz z miastem!!!

minus dla Trójki

Wbrew pozorom nie za politykowanie  po piętnastej, bo po prostu nie słucham ;-) ale za dzisiejszą piosenkę dnia, będącą również propozycją do listy przebojów:
Pogodno – Suka
No ja naprawdę rozumiem pogoń za alternatywą, ale to chłam nie alternatywa :-(

Co poza tym?
Wczorajsze popołudnie i wieczór pod znakiem chorób u krewnych i znajomych. I wstępnych planów na ten nieszczęsny maj, kiedy to żyć będziemy tylko z mojej pensji (przypominam uprzejmie, że ona nawet na raty obu kredytów nie starczy). Zasnęłam wielce zmęczona, już zaczynam się bać powikłań okołooperacyjnych…
Pracowa środa migana, nie mogłam się skupić.
Dzisiejsze popołudnie pod znakiem PITów krewnych i znajomych. I dobrego obiadu made by myself.
Już prawie dziewiętnasta, czekam na Męża. Staram się uspokoić.
Wieczorem piłka kopana w telewizorni, odreaguję co nieco.