Archiwum dla Maj, 2010

i’m your private LANSER

Osoby uważające, że z wieku i z urzędu stanu cywilnego nie należy mi się zaszczyt klabingu raz na ruski rok, proszone są o zamknięcie okna przeglądarki ;-)

Siedem dni ma tydzień, a każdy z tych siedmiu dni
Gdyby nie sobota, każdy taki sam by był…
Sobota zatem. Późnym popołudniem odpaliłam fordzika duperelka, kierunek Jelonki. Nasze Jelonki… Wino i wieczorne Polaków rozmowy.
Po 21 wyjście. Kierunek – Praga. Ten klub. Oczywiście żadnej z nas nie przyszło do głowy sprawdzić adresu. Gdzieś na Dąbrowszczaków, takie miałyśmy namiary. No nic. Wylądowałyśmy na Placu Hallera, ciemno i głucho. Napatoczył się chłopaczek. Spytany spojrzał się na nas dziwnie (chyba myślał że nazwa szukanego miejsca to propozycja), po czym stwierdził że na Pradze nie ma żadnych klubów „a sorry, jest na Stalowej, ale tam nie radzę wam iść” i oddalił się krokiem spiesznym. Nie ma to jak wystraszyć na Pradze swojaków ;-) W końcu trafiłyśmy. Dałyśmy po pięć zeta, weszłyśmy powoli, wyszłyśmy szybko ;-) Porażka na wszystkich frontach.
A więc Centrum.
Z przygodami, bo trafiłyśmy do tramwaju którego motorniczy z niewiadomych powodów nie sprzedawał biletów, a ja po przygodzie w wukadce wolę na zimne dmuchać. Gdzie te czasy Warszawskiej Karty Miejskiej, hę? Przesiadłam się, a co.
Z bogatej oferty Centrum wybrałyśmy (to znaczy moje towarzyszki wybrały – ja klubowo w Warszawie zatrzymałam się 4 lata temu) Chmielną. Strzał w dziesiątkę. Dawno się tak nie wybawiłam!!! Muzyka różniasta, ale bez techno itepe, sporo lat ’80 więc dla mnie bomba. Tyle że DJ niedouczony, może z pięć przejść między utworami bez zgrzytów. Ale sympatyczny ;-) Trzy wieczory panieńskie, bogato ilustrowane zdjęciami na które dziwnym trafem się łapałam ;-) A z własnego panieńskiego weekendu w Krakowie mam tylko jedną fotkę, na której palę sziszę w objęciach Karoli…
Dużo dziewczyn zatem. Ale i chłopaków w wieku po dwudziestce, co przyjęłam z uznaniem. Do czasu.

Na parkiecie szalałam. A skoro szalałam, to amatorzy wspólnych szaleństw się znaleźli. W sumie co mi szkodzi zatańczyć jak ktoś ładnie prosi? No to łaps chłopaczka za łapki i kręcimy sobie piruety. Oczywiście koleżanki od razu szczeliły mi fotkę komórką.
On, śmiejąc się: – Fajne koleżanki masz.
Ja: – Ano fajne. Mam zdjęcie rozwodowe.
On (po chwili ciszy): – Aha, czyli jesteś mężatką.
Ja (jak zwykle chcąc być oryginalnie elokwentna): – A co, nie czujesz?
On (przyciskając mnie mocno do siebie): – Eee… nie czuję.
Ja (odsuwając się z rezygnacją, wiedząc że elokwencja poszła w diabły): – Ściśnij mocniej moją dłoń, to poczujesz.

On (ściskając moją lewą dłoń): – No co ty! Nic nie czuję…
…w tym momencie zaliczyłam glebę tarzając się ze śmiechu i skończyło się rumakowanie, albowiem wolałam już odrzucać wszelkie zaloty.
Zresztą, niższy ode mnie był ;-) Jak większość obecnych tam panów. A miałam ledwie dwucentymetrowy obcas! Ach, ta dzisiejsza młodzież.

Tak czy tak bawiłyśmy się doskonale. Do trzeciej godziny. Bo już siły nie miałyśmy!
Za to odreagowywałam całą niedzielę. Spałam, jadłam, czytałam, znów spałam…
I koniec. Poniedziałek. Do roboty marsz!
Jak-by nie patrzeć, trzeba czasem się odmóżdżyć. 

No nie?

Chociażby po to, żeby cieszyć się jak idiotka że ma się Takiego Męża :-)))

śpiąca królewna idzie na dysk :D

Niech się w końcu zrobi ta wiosna, albo lato. albo cokolwiek.
Pogoda+dużo pracy+kłopoty domowe sprawiają, że czuję się jakbym jedną nogą nad grobem stała. Własnym grobem.
Zasypiam przed 22. A przecież do niedawna normaln było że czuwałam do pierwszej-drugiej i spokojnie tuż po szóstej wstawałam do roboty. I było oki. A teraz dziewięć godzin snu mi nie starcza!
We środę wkurzyłam się już wielce i postanowiłam nie spać na chama. Przed dwudziestą kawa. Potm „Anioły i demony” w telewizorni. Dwudziesta druga – do łóżka. Ale z książką (zawiedziona mina Męża – bezcenne!). Lektura prawie godzinna. I spać się odechciało ;-) Na tyle że jeszcze pierwszej godziny Trzeciej Strony Księżyca wysłuchaliśmy – dużo Joy Division z racji 30. rocznicy śmierci. I we czwartek czułam się wyśmienicie. I częściej tak trzeba :-)

Weekend rozpoczęliśmy dawną tradycją, czyli czerwoną łazienką. Rana zagoiła się już na tyle, że kąpiel można brać (delikwent chce za kilka tygodni iść na basen!!! ze sznytami na pół brzucha może i by go wpuścili, ale z łuszczycą… no zobaczymy). Brakowało mi tego…

Wczoraj również telefon od dawno niewidzianej i niesłyszanej kumpeli… jak miło mi się zrobiło! Wiem że to ja powinnam się ludziom przypominać… ale samotnikiem jestem takim że… no, wiadomo.

A dziś wieczorem będę się lansować!!! Wypad z koleżankami z byłej pracy. Cieszę się przeogromnie że o mnie pamiętały.
W co ja mam się ubrać, HĘ???????

Od poniedziałku burdello na podwórku – ekipa elewacyjna wchodzi. Na to jakoś kasę wydobędziemy, ale cała reszta… Trza by na bank napaść. Jakieś pomysły?

„masz trzydzieści lat, zachowujesz się normalnie”

Od jakiegoś czasu przytłacza mnie mój wiek. Tak po prostu.
Pamiętam jak przeżywałam ćwierćwiecze. Ależ się dołowałam! Trzydziestka natomiast tak jakby przeszła bokiem. Do czasu.
Jedno jest pewne: nie wyglądam na swój wiek, zdecydowanie nie ;-)
Poza tym, hm… Nie spełniam się, że tak powiem. Nie robię kariery, nie zarabiam mnóstwa pieniędzy, nie poświęcam się pasjom, nie podróżuję, nie robię nic pożytecznego dla ludzkości, nawet dzieci nie mam (hłe, hłe).
Mam uśpiony chwilowo wulkan depresji, bardzo trudny związek, kredytów od groma i bloga sobie a muzom.