Archiwum dla Czerwiec, 2010

Z cyklu „Rozmowy niedokończone”.

- To znaczy że będziesz przez całe życie sama?
- Słucham? Byłam pewna że jestem z tobą na całe życie.

…czy muszę dodawać na jaki temat była to rozmowa?
A tak lubiłam noce z poniedziałku na wtorek przy dżwiękach El-muzyki…

MUNDIALEJRO:
Kończy się mecz Paragwaj-Japonia. Chrrrrr…

Z cyklu „śniło mi się”.

Mianowicie ostatniej nocy śnił mi się mój występ w „Najsłabszym ogniwie” sprzed lat sześciu. Wszystko było PRAWIE jak w rzeczywistości. Tyle że we śnie odpowiedziałam prawidłowo, że Titanic wypłynął z Southampton i wygrałam te nieszczęsne jedenaście tysięcy osiemset.
No cóż.
Rzeczona wygrana zmieniłaby nasze życie o tyle, że pospłacalibyśmy wówczas wszystkie długi, pobrali się w czerwcu 2005 i odpowiednio wcześniej zaczęli budowę domu. I bez tych wszystkich ceregieli.
Właściwie to już o tym dawno nie myślę, pojęcia nie mam skąd taki sen.
Może dlatego, że dzieliłam dziś sypialnię li i jedynie z kotą. Mąż śmiertelnie na mnie obrażony wybrał nocleg w siłowni, gdzie jest najmniej wygodna kanapa, której zresztą nawet nie rozłożył (chyba żeby się ukarać za własną głupotę). Ale siłownia jest najbardziej od sypialni oddalona, pewnie o to chodziło. A poszło o bzdety niby. Wieczorem grillowaliśmy z sąsiadami i wieczór niebezpiecznie się przedłużył. Bawiłam się super, lekko flirtowałam (aaaaaach jak ja to luuuuuuubię :D), ale w pewnym momencie miałam dość, chciałam po prostu połoźyć się spać, wiedziałam że rano muszę wstać do pracy, a roboty mam teraz tyle, że wyspanym być trzeba żeby funkcjonować na wysokich obrotach. Ale głupio mi było tak po prostu wstać i powiedzieć „sorry ale ja już wychodzę” albo co gorsza ciągnąć Moją Cholerę za chabetę, myślałam że zna mnie na tyle że skoro milczę przez kwadrans to znaczy że jestem zmęczona i chcę już być w domu… a ten nic. Bawił się z dzieciakami, gadał z sąsiadką. No dobra. Ech tam, nieważne. A może jednak ważne? Bo gdy ON pracował, bardzo pilnował wysypiania się, pory odpoczynku i tak dalej, i ja to jak najbardziej przystawałam, bo przecież tak ciężko pracuje i kwakwakwa, i brekekeks. Tak, ale ja też ciężko pracuję od lat siedmiu bez przerwy dłuższej niż miesiąc (ON już drugi miesiąc „na chorobowym”). Owszem, od biedy rozumiem że JEMU praca biurowa kojarzy się z wymalowaną tipsiarą parzącą kawę szefowi ;-) ale do diabła, ja mam teraz robotę cholernie odpowiedzialną, zupełnie niepodobną do tego co dotąd robiłam (chociaż akurat odpowiedzialnością wszędzie i zawsze mnie obarczano), tylu rzeczy się już nauczyłam i wciąż się uczę, w dodatku ciągłe posługiwanie się angielskim… Czuję się tak kurewsko (excusez le mot) niedoceniona przez najbliższą osobę, że głowa mała. A raczej ogromna od przejmowania się tym wszystkim.
W każdym razie wyszłam dziś bez pożegnania (jeszcze spał), ale poczuł się do przeprosin, zrobił zakupy, sprezentował czekoladę, teraz poleciał robotę oglądać, jutro kolejne spotkanie i pojutrze też… niech się ten szołbiznes kręci, ja już mam GO serdecznie dość niepracującego ;-)

Weekend na wsi. Takiej bardzo daleko od szosy, nie to co mój cywilizowany Żet.
Chociaż może nie do końca cywilizowany… w I turze wyborów w naszej gminie Kaczyński uzyskał 1278 głosów, Komorowski 1149 (w tym jeden Mojej Cholery), Napieralski 356 (w tym jeden mój), a dalej nie kandydaci ludowi chociaż wieś, tylko Korwin-Mikke :D
A główną drogę przez wieś już trzeci raz w ciągu roku zrywają, bo NIBY wciąż unijnych norm nie spełnia :P
W każdym razie sobota i niedziela z ostatnimi truskawkami i pierwszymi malinami. I ogołociłam jedyny krzak białej porzeczki, mimo że jeszcze nie do końca owocki dojrzałe były ;-)

Poniedziałek z dobrymi wieściami. Kumpel zdał egzamin na prawo jazdy, siostrzenica obroniła licencjat.

MUNDIALEJRO:
Football’s coming home! Mimo wszystko żegnam ich optymistycznie…
Sędziowie w rolach głównych. A FIFA przybrała strategię „nic się nie stało” :/
Holandia pokonała dziś Słowację może bez finezji, ale „momenty były”, hehe. Byle do finału! Wierzę!

Chce mi się wyć.

A wyjątkowo wyć nie ma gdzie i jak.
W pracy nie można – wiadomo.
W domu takoż nie można. Próbowałam pod prysznicem, ale skończyło się natychmiastową interwencją Mojej Cholery – ponoć darłam się jakby Norman Bates mnie zaatakował. Inna sprawa jak rzeczony Norman dostałby się do mnie przez ledwie 60centymetrowej szerokości łazienkowe okno ;-)
Pozostaje droga do i z pracy. Ostatnimi dwoma dniami niestety skrócona, jako że przez fatalną pogodę samochodem jeździłam. Byle do słoneczka, to sobie w lesie powyję.
A propos wycia – pełnia. Wprawdzie niewidoczna przez pogodę, ale pełnia. A jak pełnia, to o północy moja ulubiona Trzecia Strona Księżyca w Trójce. Tym razem tuż po tej audycji następna do zasłuchania się do nieprzytomności – Noc Muzycznych Pejzaży, których to pejzaży słuchałam jeszcze w RMFie jako „Rock Malowany Fantazją” w nocy z niedzieli na poniedziałek, tuż po ukochanym JW23.
Ech… gdzie te czasy… rozmarzyłam się z lekka :-)))

Z kasą tradycyjna już chujnia. Z grzybnią. I patatajnia.
Naruszyliśmy świnkę-skarbonkę :-(
Wczorajsza rozmowa po północy:

ON: – Sprzedałabyś dom, jakby ktoś zaoferował sześćset tysięcy?
Ja: – No gdzie tam, a w życiu!
ON: – A ja bym sprzedał. Za połowę tego zbudowałbym taki sam, ale bez tych błędów ;-) działkę kupił po znajomości i jeszcze sporo by zostało.
Ja: – Aha, jasne że byś zbudował. Ale szkoda by Ci tego było.
ON: – Racja.

Całe szczęście dziś telefon, robota chyba będzie od przyszłego tygodnia. Co nie zmienia faktu, że najbliższe dwa tygodnie (do mojej pensji – jeszcze skromnej, od następnego miesiąca będzie sześć stów więcej) żyć będziemy o chlebie i wodzie ;-)

Teściowa już w ośrodku. Teść pojechał w odwiedziny z zapasem papierosów, został przez lekarzy obsztorcowany równo. I dobrze :-))) Wciąż na ostrych lekach odtruwających, kontakt trudny, może jednak będzie chodzić samodzielnie, kwestia kilku miesięcy. Ponoć w ostatniej chwili trafiła do szpitala… Oczywiście gdyby nie Moja Cholera, byłaby to faktycznie ostatnia jej chwila.

Weekend u rodziców na wsi, owocowy. I odpoczynkowy, mam nadzieję.

A mam po czym odpoczywać. I psychicznie po ciężkim tygodniu pracy, i fizycznie też. Dzisiejsza porcja ćwiczeń jest tu.

MUNDIALEJRO:
Ciao ciao Italia :-)))
Jakby tak jeszcze Hiszpania odpadła, to normalnie pełnia szczęścia niemal jak księżyca.
Holandia awansowała z kompletem punktów po grze niezbyt fascynującej, ale ja i tak kocham ich bezgranicznie od lat dwudziestu dwóch, oczywiście!!!
Cieszę się na mecz Anglia-Niemcy w fazie pucharowej. Komu by tu kibicować, hm…