Archiwum dla Lipiec, 2010

Na wszelkie bóle fizyczne i psychiczne polecam saunę.

Wystarczyło jedno spojrzenie Mojej Cholery w czwartkowy ranek – minę zapewne miałam bardzo nietęgą, bo uśmiechnął się tylko niewinnie (jak to ON potrafi) i powiedział ot tak „a nie chciałabyś dziś z sauny skorzystać? tyle nas kosztowała a tak rzadko używana”. No to cały roboczy dzień myślałam już tylko o gorącym wieczorze, mając nadzieję że babska przypadłość nie zrobi mi psikusa objawiając się dzień przed terminem. A roboty było w pip przed urlopem głównej księgowej – ech, nawet nie będzie spokoju gdy się będzie wczasować, bo w zamian szef nas znów nawiedzi, a ja przy nim zapominam języka angielskiego w gębie :/ Babska przypadłość mnie ominęła, ale za to na Męża się doczekać nie mogłam – chciał koniecznie skonczyć pewien etap w robocie. Dotarł do domu po 22 (a wyjechał 6:30!), połamany w osiemnaście – już się bałam nawrotu rwy kulszowej, ale to „tylko” organizm się musi przyzwyczaić do przebywania w dziwnych pozycjach, dwa miesiące bez pracy pozostawiły ślad.
Nagrzaliśmy zatem ustrojstwo do słusznej jak na takiego domowego duperelka temperatury 65 stopni i sru.
Łojezu, jak fajnie.
Sauna działa na mnie tak, że po kilku minutach wszystko mi lotto :D Gdy miałam karnet do Fit Fun, potrafiłam siedzieć w ichniejszej saunie godzinami. Do domu mi się wówczas nie spieszyło – Mąż i szwagier pracowali całymi dniami, a szwagierka… o niej jeszcze będzie. W każdym razie kabina prysznicowa z fińską sauną była moim jedynym kaprysem w urządzaniu domu. Zaoszczędziliśmy na wszystkich innych sanitariatach – najtańsza wanna, kibelki i umywalki, ale sauna jest. I tak zresztą stosunkowo niedroga, zwykłe wanny z hydro tyle kosztują.
Posiedzieliśmy sobie zatem w ciepełku trochę, pogadaliśmy, później chłodny prysznic i… i tak fajnie się spało :-)

Trochę mi lepiej.
Wczoraj miły wieczór u koleżanki z pracy, najmilszy był powrót z końcówką trójkowej Listy Przebojów – „Uprising” na cały regulator, słota za oknem i ja w czerwonym duperelku ;-)
Dziś Moja Cholera w robocie, miał też jutro iść, ale już zapowiedziałam że GO nie puszczę i bardzo wątpię że JEGO pracownicy przyjdą ;-) Zresztą zapowiedział się na wieczór kuzyn z żoną za którą nie przepadam :/ ale i ona czasem się rozkręca.

A propos mieszkania we czwórkę i kobiet za którymi nie przepadam.
Zaglądam czasem na profil byłej szwagierki na nk, ot tak. I jej męża też ot tak. Ostatnio dodał zdjęcia z jakichś południowych plaż. Mina mi się wyciągnęła :/ I nie z zazdrości, że oni sobie wojażują, a nam w tym roku jedynie na weekend udaje się czasem gdzieś wyskoczyć. Przecież jeszcze trzy lata temu ta dziewczyna kisiła się w sosie rodzinnej wioseczki i maminego mieszkanka, nie ruszała się dalej niż do Elbląga, a Krzysiek tyrał na trzy zmiany na nią i na mamusię. Ściągnęliśmy ich do Warszawy – i wiadomo jak się to skończyło. Krzyśka już nie ma, a ona… A ona po prostu nie zdaje sobie sprawy, że przyczyniła się do śmierci już drugiej osoby.
Ostatnio widziałyśmy się w dniu jego śmierci. Ciało już zostało zabrane, ale w mieszkaniu jeszcze policja, więc nie pozwoliłam jej wejść do środka, stała na progu, Mąż był u sąsiadów, nie dopuściłam do tego żeby ją zobaczył bo chyba krzywdę by jej zrobił. Wyrwałam jej z ust papierosa, wypaliłam go do końca (a nie paliłam już od sześciu lat! ale w takiej sytuacji…) i powiedzialam tylko żeby nie śmiała pokazywać się na pogrzebie. Ale chyba jej to nawet w głowie nie było. Rok później była już matką…
Nie mam do niej pretensji że ułożyła sobie życie, ale… ale jak można przez ponad sześć lat zwodzić partnera który świata poza nią nie widział, ech…
Było, minęło. I tylko młodego chłopaka żal. I jego matki też…

Ale… przecież miało być że trochę mi lepiej.
Bo jest lepiej, mimo tych tragicznych wspomnień.
Śmierć teściowej właściwie dopiero teraz do mnie dociera, a że jest tak związana ze śmiercią szwagra, to i tamten feralny luty wraca.
Skoro wówczas jakoś to przeżyłam… to i teraz dam radę.
Zresztą sami wiecie… JA NIE DAŁABYM RADY??? Wolne żarty!!!

Kryzys. Solo, bez Brygady. Taki że hej.

Właściwie to z niczego. Pardon, z półtorej butelki piwa wypitej wczoraj wieczorem z sąsiadami. Wróciliśmy do domu i szlag wszystko trafił.
Wniosek: nie pić (???)

Rzadko mi się zdarza odczuwać ciężar swego wieku. Pewnie dlatego że na owe lata nie wyglądam, poważna też nie jestem (odkąd nabrałam do świata dystansu traktuję wszystko z ironią, czasem aż na-zbytnią). Czasem jednak trzydziestka doskwiera bardzo i teraz jest ten czas właśnie.
Doskwiera z jednej przyczyny: masz tyle lat i jesteś nikim.
Gdybym choćby w jednej dziedzinie życia się spełniła, ech…
Dziesięć lat temu wszystko wyglądało na takie proste. Miało być małe mieszkanko w kamienicy w dużym mieście dzielone tylko z dwoma kotami i dziennikarstwo radiowe. Jest spory dom na wsi, Mąż, jeden kot i księgowość.
Mąż dla którego zrezygnowałam z zawodowych planów, któremu oddałam wszystkie swe studenckie oszczędności, przez którego oddaliłam się od rodziców tak że bardziej nie można. A przecież ON wcale tego ode mnie nie wymagał. To ja sama wpadłam w pętlę „im więcej dla NIEGO zrobię, tym bardziej mnie będzie kochał”. Tyle lat, a wciąż mnie to dziwi, jak ja taka głupia mogłam być. A tak się wszem (i) wobec chwaliłam zdrowym rozsądkiem. Gdzież on był w strategicznych momentach, ach gdzież?
Wiele nieprzespanych nocy przed wspólnym zamieszkaniem.
Wiele nieprzespanych nocy przed ślubem.
A już w trakcie starania się o kredyt (rok z hakiem!!!) to bezsenność permanentna – raz ze złości że przez JEGO kawalerskie wybryki nie jesteśmy dla banków godni zaufania, dwa – bo wiedziałam że kredyt hipoteczny zwiąże nas bardziej niż ołtarz. Obiecywał „zmienię się, zobaczysz będziemy szczęśliwi w naszym domu, przecież zawsze mówiłem że go dla ciebie zbuduję”.
Tak, zbudował. I mam ochotę powiedzieć „co z tego”?
Być może mści się na nas mój brak doświadczenia w związkach i JEGO wspomnienie byłej narzeczonej, wykorzystującej GO do cna. Ale to przecież dawno było.

A co jest najsmutniejsze?
Zauważył mój stan, a jakże. Zapytał o co chodzi. Co odpowiedział na moje wynurzenia? Że właściwie to tak samo jest nikim, tyle że jest jeszcze trzy lata ode mnie starszy. Pocieszające jak diabli.
I po co ja się tak starałam, hę???

Nic to.
Trzeba się otrząsnąć, choćby i dla pracy w której bardzo wiele się ode mnie wymaga (oczywiście dziś i tam się mi wszystko pierniczyło).
Czekam na Moją Cholerę. Akurat robota w samym centrum Warszawy, więc długo trwa zanim do domu dotrze.
Uśmiechnę się na JEGO widok. Czy tylko wargami?

A pod Aniołem było tak:

Ładna szklana Pilsnera, prawda? Jest moja :-) Pozdrowienia dla przesympatycznego barmana, który podarował nam rzeczoną szklanicę :D
Odmłodnieliśmy oboje o dziesięć lat. Jak zawsze tam.
Poza Aniołem też się działo:
- odwiedziny u kumpla, dzięki któremu się poznaliśmy w tamtą pamiętną noc sylwestrową – planuje ślub w przyszłym roku, nie miał dotąd szczęścia w miłości więc… oby wytrwali :-)
- wieczornonocne Polaków rozmowy i do śmiechu, i z łezką, sowicie zakrapiane
- długie godziny na Starym Mieście i metrowa róża, której zapomniałam zabrać do domu… potem się okazało że dobrze się stało, bo przez roboty drogowe wracaliśmy prawie cztery godziny i z róży zapewne niewiele by zostało. Niech ją ciocia pielęgnuje :-)
A po pier(d)niczki proszę się zgłaszać OSOBIŚCIE :D Zapraszam do Żet, żółty dom po prawej ;-)

Zasiłek ostał się w większości. Z naszą pomocą pogrzeb opłacony, rachunki też, długi oddane i cokolwiek im jeszcze zostało. Oby nie przehulali. Aha, dowiedziałam się ile szwagier zarabia. Tyle że… nie powinni biedować. No ale cóż, nikt w tej rodzinie grosza nie uszanuje :-(

Jak już o rodzince mowa – mama moja dzwoniła, a jednak się przemogła. Rozmowa około minuty. Cześć, co u was, srutututu, do zobaczenia. Chyba nieprędkiego.

W pracy tradycyjny już zapiernicz. I pomyśleć że miałam mieć urlop w pierwszym tygodniu sierpnia. Dobry dowcip… W dodatku muzycznie nieślicznie, bo kolega zmienił stację radiową na eReMeF. Co godzinę „Alejandro, Alejandro” :/ I pomyśleć że w czasach licealnych rzuciłam Trójkę dla RMFu! Taaak… to były dawne czasy, kiedy to połowa obecnego składu TVN tam pracowała.

Sąsiadka „przez płot” wróciła z urlopowych wojaży, skończyło się zatem nasze paradowanie saute po salonie i kuchni, których okna wychodzą na okna jej sypialni ;-) Ale wiadomo, czasem obie strony się zapominają. Że tak powiem :D Wrócili też sąsiedzi nieco dalsi, jutro już jesteśmy na piwo umówieni. W środę może wino&ploty z koleżanką z pracy… i byle do weekendu.

Lipiec się kończy, czas decydować co z nauką w nowym roku szkolnym. Kasa misiu kasa…