Archiwum dla Sierpień, 2010

into my arms

Jak to było u Was z zakochaniem się? Od pierwszego wejrzenia, po jakimś czasie, za nic, za całokształt, za szczegół?
Bo mnie zawsze „kręciły” detale.
Ot, na przykład Ktoś z Dawnych Czasów urzekł mnie uśmiechem. Nawet teraz gdy uśmiecha się na mój widok miękną mi nogi ;-)
Pisałam tu też kiedyś o Panu od Ładnych Esemesów, moim pierwszym kochanku. Ładne esemesy… i wszystko jasne ;-)
A za Danielem (o którym sporo było na początku istnienia bloga, oj sporo) gotowa byłam pójść na kraniec świata po tym, jak mnie pierwszy raz pocałował. No cóż… nikt wcześniej ani później tak nie całował, mrrrr…
I tak dalej, i tak dalej.
Natomiast Moja Cholera, hm… Pierwsze wrażenie wizualne było koszmarne, co tu dużo mówić ;-) Ale fajnie się nam rozmawiało, więc nie zerwałam planowo na drugiej randce. Doszło do randki trzeciej, traf chciał że w walentynki, spacerowaliśmy po toruńskim bulwarze patrząc w rozgwieźdżone niebo, czułam się fatalnie, kompletnie nie na miejscu i chciałam uciec, ale zatrzymał mnie, objął i przytulił… i to był właściwy początek nas-dwojga. Później to już na wszystko MU pozwoliłam, wystarczyło przytulenie ;-)
Zakochałam się w ramionach. Można i tak ;-)
Jest postawnym mężczyzną (teraz to zbyt postawnym, hehe), a że ze mnie też kawał baby, idealnie dopasowałam się do tychże ramion i… i trudno mi z nich zrezygnować, mimo że od dawna tak źle się u nas dzieje.
Dopóki niemal co wieczór zasypiamy wtuleni w siebie, wierzę że ta codzienna harówa ma sens.
A że przytula mnie jak miśka-zabawkę a nie kobietę… może i na to znajdę sposób.

przeszłość – przyszłości

Powiedzmy że jedziemy w te góry. Chociaż to pewnie do dnia wyjazdu nie będzie pewne ;-)
W każdym razie odwiedziliśmy rodziców z prośbą o zaopiekowanie się naszą chałupką i kotem na ten czas. I siostrę uprzedziłam, że wpadniemy do niej na Śląsk w drodze powrotnej.
I przy okazji dowiedzieliśmy się, że siostrzenica się zaręczyła.
No ładne cacko!
Zawsze miałam ją za dziecko – pamiętam jak ją woziłam w wózku, jak mazała mi kredkami po szkolnych zeszytach, podduszała moją morską świnkę i bębniła w klawisze pianina przeszkadzając mi w ćwiczeniach ;-) A tu rozpieszczona przez wszystkich eM. (no przyznam się że i mnie) jedynaczka już sobie życie układa. A jakże dziadkowie zadowoleni! Bo to taki wspaniały chłopak! I jaką ma cudowną rodzinę!
Ach i och.
A z mojej strony wirtualny rzyg.
Broniłam się rękami i nogami, myślą i uczynkiem… nie dało rady. Wspomnienia powróciły i dały popalić że hej.
Śmiech mamy i lekceważenie taty, gdy powiedziałam skąd mój chłopak pochodzi i czym się zajmuje.
Walka o pozwolenie na pierwszy wyjazd z NIM na tydzień nad morze. Przypominam uprzejmie że miałam wówczas 22 lata.
Ucieczka z domu z jedną walizką. Do NIEGO.
Zmieszanie nas oboje z błotem na wieść o naszych zaręczynach.
A gdy pewnego letniego dnia pojawiliśmy się u nich z informacją, że pobieramy się za dwa miesiące i prosimy tylko o obiad dla najbliższej rodziny w ich mieszkaniu, żeby jak najtaniej było – tata rzucił na stół pieniądze i powiedział, że możemy brać ślub gdzie chcemy tylko nie tutaj. Pewnie że wzięłam tę kasę! Za dwa dni mieliśmy załatwiony kościól, statek i knajpę w Warszawie. I kupiłam sobie taką kieckę że oko wszystkim zbielało ;-)
Tyle że do ostatniej chwili nie byliśmy pewni, czy na ślub przyjadą, mimo bardzo grzecznego zaproszenia.
A gdy już się pojawili… mama siedziała jak chmura gradowa i nie odezwała się do nikogo z rodziny Mojej Cholery, a tata upił się trzema kieliszkami wódki i zrobił z eleganckiego obiadu wiejską chamówę. Tylko dzięki temu że byłam na silnych lekach otumaniających udało mi się przeżyć ten teoretycznie najpiękniejszy dzień w życiu (rzyg).
No wiem wiem, że najważniejsza jest ceremonia ślubna a nie wesele, ale z racji rzeczonych leków z ceremonii nie pamiętam NIC.
No i co się dziwić, że w małżeństwie układa się tak a nie inaczej? Chociaż stop, problemy zaczęły się dużo przed ślubem i nie pytajcie mnie dlaczego w takim układzie się pobraliśmy, bo… sama nie wiem. Zajrzę do archiwum bloga, może wtedy wiedziałam ;-)
W każdym razie wracając do meritum, niefajnie się poczułam jak tak wychwalali narzeczonego eM. pod niebiosa.
Znaj proporcjum, Mocium Panie!

A ja… cóż? Upadłam, więc się podnoszę.
Jak zwykle.
Blog to dobra rzecz jest.

generalnie jest niefajnie, no

Mam dość.
Siedzę i ryczę w kocie futerko.

„znowu jestem sama… chociaż niby z tobą”

Pewnie jutro znów nie będę mogła unieść spuchniętych powiek. I co z tego, sprzątać można i na półślepo. Moja Cholera w pracy będzie, znów całe porządki na moich barkach. Jakoś mnie to nie dziwi. Właściwie to miałam dziś sprzątać, ale zwyczajnie nie mam siły. Ledwie do domu dotarłam z roboty. Jasne że grubo po przepisowej szesnastej.
Wygląda na to, że znów muszę roboty szukać.
Co jak co, ale przekwalifikowywać się na specjalistę do spraw sprzedaży to się nie zamierzam i już.
Zwłaszcza tutaj.
Znów dziś pierdyknęłam telefonem o szafę pancerną, po tym jak kolejny raz usłyszałam w języku Szekspira że jestem idiotką. Co najciekawsze, faktycznie czuję się jak idiotka. Wszystko ustalane jest za moimi plecami, nie wiem nic a potem obrywam od wściekłych klientów. To nie na moje sterane nerwy! Już raz przypłaciłam całkowite oddanie się pracy depresją z której ponad rok wychodziłam. Tyle że wtedy stać mnie było na leczenie i przede wszystkim bardzo chciałam być zdrowa dla mojego świeżo wówczas poślubionego Męża.
A teraz? Teraz chyba niczego już nie chcę poza świętym spokojem.

Cholibka, żeby chociaż w jednej dziedzinie mi się układało.
Klasyczna chujnia z grzybnią i patatajnia: małżeństwo, rodzina, znajomi, praca, nauka, hobby, finanse, wygląd – porażki na wszystkich frontach.

Kota mruczy na kolanach. Dobrze że ją mam…
Na wieczór planuję kanapę przed TV. Jak nie ja, bo telewizornia to zwyczajowo mój wróg numer jeden. Ale skoro dają Pottera, to się obejrzy ;-)