Archiwum dla Wrzesień, 2010

„Jaka bania? Nic nie rozumiem. Ja zidiocieję! (idiocieje) „*

*cytat STĄD

Wczoraj około południa telefon. „Sex on fire”, a jakże.
- Kochanie miałabys ochotę dziś wieczorem na coś fajnego?
- (zatkało mnie z lekka) Eee… co masz na myśli?
- Powiedzmy masaż i szampan…
- A stać nas na szampana?
- Na sikacza za dychę jeszcze tak ;-)
Był trzaskający ogień w kominku, musujący sikacz i wielce relaksujący masaż w trakcie którego mi się zasnęło :D

Dzisiaj za piętnaście czwarta telefon. „Sex on fire”, a jakże.
- Kochanie tak tylko dzwonię żeby powiedzieć że bardzo za tobą tęsknię i już wyjechałem z pracy. Szampana kupiłem na wieczór, bo wczoraj tak miło było.
- (zatkało mnie z grubsza i tak trwam zatkana, czekając – wyszłam z roboty punkt szesnasta, a co należy się, też tęsknię)

Żeby nie było tak fajosko – pracy mam coraz bardziej dość. Uaktualnianie CV zaczęłam od wklejenia swego najładniejszego portretowego zdjęcia. Mniejsza o to że fotka sprzed sześciu lat :P serio niewiele się zmieniłam.
Na razie Moja Cholera znów u mnie popracuje dwa tygodnie – szef dziś przemaglował GO dokumentnie, przeliczając wszystkie Mężowskie stawki na funty ;-) co mnie rozbawiło i wnerwiło jednocześnie. Całe szczęście w piątek wraca do Anglii.
Nie chciałabym wracać do Warszawy, bo szczerze wątpię że dostane pracę za takie same pieniądze jak tutaj – a co najmniej pięć stów musiałabym przeznaczać miesięcznie na dojazdy (dobrze że duperelek pali niewiele), że nie wspomnę o paru godzinach dziennie stania w korku (błeeee). No niestety z mojej miejscowości transport publiczny do Warszawy praktycznie żaden – kilka busów do pętli Okęcie i ze dwa pekaesy do Zachodniego, a co dalej? To już wolę własne auto. Może gdzieś w naszej okolicy by się udało zaczepić…
Kurcze, a tak liczyłam na dwa lata spokoju tutaj. Spokój, baaaaa… w karierze zawodowej jeszcze go nie zaznałam ;-)

Mniejsza o pracę, do jutra o niej nie myślę, Moja Cholera zaraz będzie w domu i mam nadzieję na udany wieczór.
A skoro już tak cytatowo, to na koniec Mrożek, który zresztą pojawił się w tytule poprzedniej notki:

„CHŁOP III A wyjdzie z niego co?
CHŁOP I A coby nie miało wyjść? Wyjdzie.
CHŁOP II A co?
CHŁOP I A kto to może wiedzieć? Poczekać trza.
CHŁOP II Ano, poczekamy.
CHŁOP III Ano, poczekamy.
CHŁOP I No, to czekajmy…
(podnoszą dzbany)”

„nie jest dobrze Marcinie”

Takie rzeczy to tylko u mnie.
Otóż zaspaliśmy dziś potwornie. Że to normalne? Owszem tak, ale nie w moim przypadku!!! Może ze cztery-pięć razy w życiu zdarzyło mi się zaspać do szkoły czy pracy (ale za to spektakularnie – na przykład na próbną maturę z polskiego przybyłam dwie godziny po jej rozpoczęciu ziewając uroczo; zaspałam też na egzamin z prawa pracy, ale co za idiota ustala termin egzaminu w Juwenalia?). Nie mam żadnych problemów ze wstawaniem, karnie wstaję na pierwszy dźwięk budzika i bardzo rzadko zapominam go nastawić. Wczoraj też nie zapomniałam. Budzik w komórce ustawiony mam na dni robocze, a komórka z sobie tylko znanego powodu stwierdziła, że dzień dzisiejszy jest niedzielą i alarmu nie odpaliła. Niewiarygodne ale prawdziwe!!! W dodatku kota, która normalnie budzi się około piątej i łazi po naszym łóżku traktorząc mi do ucha i liżąc po nosie, tym razem spała jak suseł na mojej poduszce. Spaliśmy sobie zatem we trójkę aż do ósmej, a o ósmej to ja pracę winnam już rozpoczynać :D

A jeśli mowa o pracy – już współpracownicy zwrócili uwagę, że u mnie od euforii do załamania jeden krok. Że to przeszkadza wszystkim. A pewnie. Mnie samej najbardziej. Że leczyć się trzeba? Pewnikiem. Że w przeciwieństwie do ostatniego silnego ataku, teraz nijak mnie na leczenie nie stać? No to mamy problem.
I pomyśleć, że w czasach nastoletnich przez kilka lat byłam na dnie absolutnym i nikt nie zauważył. I nie zależało mi żeby od tego dna się odbić. No tak, ale takie wahania nastrojów są łatwiejsze do uchwycenia…
Zresztą: sama u kogoś dna absolutnego nie zauważyłam. To znaczy zauważyłam, ale nie zdążyłam pomóc…
Generalnie nie potrafię być dla nikogo wsparciem w trudnych chwilach, gubię się totalnie. Teraz też. Przepraszam :-(

Finanse po prostu tragicznie. Nie widzę światełka w tunelu. Nic a nic.

Właściwie to dobrze że sobie dłużej pospałam, bo dziś z zaśnięciem mogą być kłopoty. Szkoda że w czeluściach eteru zniknęło Trójkowe Studio El-Muzyki, dla którego zarywałam każdą poniedziałkowo-wtorkową noc… Ale zniknęło pasmo politykowania po piętnastej, hurrra! o tej porze powraca W Tonacji Trójki, cieszę się bardzo.

Święto Trzech Króli wolnym od pracy będzie. Znaczy się mogę w rocznicę urodzin pić od samego rana ;-) Ale jeśli kryzys finansowy wciąż będzie trwał, to ja tej rocznicy w zdrowiu, szczęściu i pomyślności nie doczekam.
Kurcze, niektórzy potrafią zarobić na „byle czym”, a nas dwoje tak wciąż ma pod górkę. Mimo że oboje wykonujemy konkretne zawody, na które teoretycznie zawsze jest popyt, jakoś wciąz coś jest nie tak.
Dwa spore kredyty życia nie ułatwiają. Ale gdyby Mąż miał ciągłość robót, można byłoby śmiać się z tych kredytów. Albo gdybym ja zarabiała więcej, w końcu nie mogę wszystkiego na NIEGO zwalać. Tyle że mi w ciągu ostatnich miesięcy pensja wzrosła i odpadły koszty dojazdów, a ON… szkoda gadać. Dopiero teraz ten sławetny kryzys finansowy odczuwamy. Nie tylko my, wszyscy okoliczni koledzy z branży mają podobnie przechlapane.

Moja Cholera mówi „jeśli między nami będzie dobrze, to wszystko przetrwamy”.
Oby miał rację.
Jest dobrze? Biorąc pod uwagę że świat się nam na głowy wali, jakoś się razem trzymamy.
Cóż, u mnie tak od zawsze – jak się polepszy (tym razem między nami), to się popieprzy (tym razem kasa).
W dodatku ta dobroć między nami też wisi nawet nie na włosku, ale na pajęczynie mojego zdrowia psychicznego…

wcale się nie dziwię że Fenicjanie źle skończyli…

Dziękuję bardzo za kciuki. Przydały się niezmiernie, przypadłość poczekała, sauna zatem bez przeszkód, a i masaż bardzo przyjemny.
Ale z gratulacjami proszę się wstrzymać. Napisałam przecież, że wszystko tak po koleżeńsku.
Między nami jest lepiej – ba, nawet bardzo dobrze, nie licząc zdołowania brakiem kasy, ale o tym później – ale li i jedynie dzięki mnie. No bo ON od zawsze uważa, że problemu nie ma i że ja sobie cosik wymyślam żeby tylko się posprzeczać. A zatem gdy biorę tę sprawę na dystans, ironię, śmiech- wszystko jest w porządku. I tak od tych ponad pięciu lat staram się z humorem do sprawy podchodzić i dzięki temu wciąż razem jesteśmy. Tyle że czasem naprawdę nie starcza mi już ironii i dowcipu. Bogom i demonom dziękować, że szybko te pokłady znów w sobie odnajduję.

Z pieniędzmi krucho. Tak jak późna wiosną po operacji.
Odpadła duża robota, praktycznie kilka dni przed rozpoczęciem. Była pewna na dwieście procent, odmówił kilka innych i co? i gucio. Kończy teraz inną dużą robotę, w międzyczasie kilka dni u mnie sobie dorobił – hehe, niby pracowaliśmy w jednej firmie a kontakt mieliśmy mniejszy niż normalnie; ale przynajmniej poznał moje stanowisko pracy i może przestanie gadać jak to można być zmęczonym pracą za biurkiem ;-) ale co dalej? czarna dziura, a wydatków od groma i ciut-ciut. Trzeba nareszcie dom odebrać i się tu zameldować, oba samochody wymagają interwencji mechaniorów, garaż i podjazdy musowo (cała reszta spraw związanych z domem poczeka….), wiadomo ZUS i podatek, dwa kredyty, pracownikom zapłacić no i choć część długów oddać dobrym ludziom! A tu z mojej pensji po obu ratach kredytów zostaje pięć stów (i tak dobrze, jeszcze niedawno nie dało rady obu kredytów z niej opędzić) i… I chyba nie muszę więcej mówić.
Parszywy bardzo finansowo jest ten rok – ba, poprzedni przecież też pod kreską, bo Mąż przez pięć miesięcy nie zarobił ani złotówki, tylko chałupę naszą wykańczał! Fakt że całe nasze wspólne życie to borykanie się z brakiem funduszy, więc niejako jestem przyzwyczajona, a własny dom wynagradza mi wiele, żeby nie rzec – wszystko.

Dziś leniwie. Zasłużyłam sobie po wczorajszym sprzątaniu w pracy do późna (brrr!). Leżę sobie ciesząc się słońcem, czytam, Al i Romina w tle, no i zaraz dostanę śniadanie do łóżka. Żyć nie umierać. Okna zdążę dziś umyć i tak :-)))

UPDATE, po półgodzinie:
Jakbym kiedykolwiek zastanawiała się, po kiego grzyba jestem z tym facetem, oto odpowiedź.
Kasy w portfelu może z pięć dych, na kontach zero absolutne, świnka skarbonka naruszona… a my sobie leżymy, wcinamy gofry, słuchamy włoskich przebojów i planujemy wyprawę do Włoch w roku przyszłym.
Bo Moja Cholera zakochana wielce w Italii jest.
Był tam raz li i jedynie przez dziesięć dni, w dodatku na prowincji - ale to wystaczyło, żeby zauroczył GO klimat, język, architektura, mentalność (hłe, hłe) i w ogóle wszystko z tym krajem związane.
I tak sobie marzymy.
A że ja mam jeszcze jedno marzenie… Może kiedyś zrozumie. Jeśli nie – do stu tysięcy złych uczynków