Archiwum dla Listopad, 2010

mam talent, zima i cała popieprzona reszta

Talent. Ano talent.
W sobotni wieczór zasiedliśmy oboje przed tiwi, a jakże.
Mąż kibicując z całego serca Magdzie, ja kibicując wszystkim oprócz Bednarka (bo mi się wydawał caly czas jakby na haju, zresztą zmasakrował „Tears in heaven” tak że bardziej nie można), Lisieckiego (bo jakiś taki rozmemłany), śpiewających dziewczyn (bo wszystkie takie same) i UDS (bo dla mnie to nie sztuka) —> właściwie to prawie nikt nie został :D
Wiadomo zatem, kto zadowolony z wyniku ;-)
A tak w ogóle to żenada z tymi pseudotalentami. To już wolę jedzenie bigosu na czas, serio.
Z drugiej strony może talenta i w naszym kraju-raju są, ale formuła programu jest jak jest… I co się dziwić że jestem antytelewizorniowa? Ot na przykład nie oglądałam ani jednego odcinka House’a i tym podobnych kultowych seriali. Lost kiedyś tam próbowałam, ale dałam se siana po drugim odcinku. I żyję ,wyobraźcie sobie :D

Zima. Ano zima.
A ja na letnich oponach. Cóż, ostatki ze świnki wydobyte i wykorzystałam Moją Cholerę do zajęcia się wymianą (ma czas, niestety…). Okazało się, że duperelek na letnich radzi sobie lepiej niż mężowska cytrynka na zimowych gumach (!). Toruje sobie drogę przez śnieg niczym Rudy 102. A tak się dziwił mój chłop, że całą poprzednią zimę sobie świetnie w nim radę dawałam na drodze mimo bycia dupowatym kierowcą. No to już się nie dziwi :/ Sam sie cytryną zakopał na zakręcie obok sąsiadki chałupy doszczętnie, urwał tłumik, zajechał opony i w ogóle coraz bliżej końca tego auta :-((( Natomiast duperelkamojego to ja się w życiu nie pozbędę! jak już w końcu mnie będzie stać na coś lepszego, to przerobię fordzika na pług śnieżny i jeszcze zarobię na tym :D
Jutro ma przylecieć szef, może nie da rady przez tę aurę…
Nasze podwórko zawiane całkowicie – miesiąc temu właściciel sąsiedniej działki powycinał wszystkie rosnące na niej krzaczory, które skutecznie izolowały nas przed światem zewnętrznym oraz kaprysami pogodowymi…

Bieda. Ano bieda.
Idiotyczne marzenia o przyszłorocznym Sylwestrze – bo marzy mi się taki prawdziwy BAL SYLWESTROWY na jakim raz tylko w życiu byłam przed czterema laty i wspominam bardzo dobrze (mimo że z racji choróbska paskudnego, przed którym teraz się tak wściekle bronię,  nie mogłam w pełni ze wszystkich atrakcji skorzystać wtedy) – a po chwili świadomość, że jeśli ten 2011 rok będzie równie parszywy jak obecny, to jego końca już nie chcę doczekać.
Kłótnia telefoniczna z mamą, która bezczelnie pyta „jak macie problemy to może przesłać wam jakieś pieniądze?” Taaak, jasne, a niby skąd byście je wzięli skoro przecież już jesteście przez nas goli i nic z tego nie macie?

Dość mam. Ano dość…

uczciwa bieda, uczciwa bieda…

Chłop po tygodniu pracy przywiózł dwie stówy. Fakt że klientowi autentycznie się zebździła sytuacja, nie że taka świnia z premedytacją, ale kiedy będzie reszta kasy to nie wie nikt.
Zaklęłam tylko szpetnie w duchu – nie na głos co chyba się chwali? – i wszelkie weekendowe plany wzięły w łeb.
Chociaż właściwie i tak największą ochotę miałam na książkowe lenistwo, co niniejszym uskuteczniamy. Moja Cholera z „Katedrą w Barcelonie”, ja z „Rock-Mannem”. W bonusie wczorajsza sauna i co ciekawsze piosenki z listy przebojów śpiewane wniebogłosy… o ile to co mi się z gardzieli wydobywa w temperaturze 85 stopni i odpowiedniej wilgotności śpiewaniem nazwać można (przy „Lubię wrony” normalnie chałupa się zatrzęsła… błogosławione niech będzie nie-mieszkanie w bloku i tylko jedna sąsiadka przez płot).
Na wieczór zapowiedział się kolega od problemów sercowych. Z winem się zapowiedział. Znów narzekać będzie że żony nie może znaleźć. No z takim podejściem – znaczy że od razu spojrzenie jako na ewentualną żonę – to jeszcze długo te problemy będzie miał. Chociaż z drugiej strony się nie dziwię, bo kolega w magicznym wieku 29 lat jest – wiek magiczny, bo kilku moich znajomych panów (na czele z Moją Cholerą) w tym wieku dążyło do żeniaczki z uporem godnym lepszej sprawy :D

Grunt to prund…

…a prund to elektryka, ale o tym za chwilę.

Godzina 22, właśnie wróciłam od koleżanki , ledwo wróciłam bo na oparach paliwa i opon na zimowe to ja nie miałam za co wymienić (trzeba do weekendu czekać aż Moja Cholera z kasą wróci) – i tak jestem kierowcą do dupy (nie od kozery mam na tylnej szybie duperelka nalepkę „uwaga baba”, a na połeczce świnkę z kiwającą głową), a lekki mróz i świeży śnieg dokładają swoje, a już całkowicie mnie rozłożył Celestyn Księżyc – no świeci tak bezczelnie pięknie, żem się zapatrzyła i ledwo na zakrętach przy kościele wyrobiła :/ Ale zrelaksowałam się co nieco i pożyczyłam Mannową autobiografię, będzie na długie weekendowe wylegiwanie w łóżku :-)

O prądzie teraz.
Bo tak w ogóle to ja córka elektryka jestem, a mój Mąż też sobie nieźle w tej dziedzinie poczyna.
A na działce naszej słup średniego napięcia stoi. Dlatego stosunkowo tania była ;-) No i dlatego żaden gotowy projekt parterowego domu nie pasował, bo parterówki są rozłożyste, a słup ograniczał wielce.
Pisałam w poniedziałek że światła nie ma? Ano nie było. Poszłam do łóżka, bo co mi pozostało? Spać mi się nie chciało, no to czytałam przy świeczce. Okazało się zresztą że mam ledwie dwie zapałki :/ W każdym razie czytam sobie, kota grzeje, w oddali jakieś trąbienie – a niech se trąbią.
(potem okazało się że to stali panowie elektrycy przy furtce i trąbili żebym ich wpuściła – myśleli że furtka zamknięta na klucz, a sypialnię mam na drugim końcu domu i naprawdę ledwo słychać było; za to dobrze słyszała sąsiadka i zadzwoniła do Mojej Cholery żeby im otworzył! tu mała uwaga: sąsiadka ze mną nie gada, tylk dlatego że jestem kobietą… w każdym razie Mąż rzecz jasna nie otworzył bo był 100 km od domu, panowie mieli zatem skakać przez płot ale jeden z nich wpadł na genialny pomysł żeby jednak nacisnąć klamkę furtki która oczywiście otwarła się na oścież)
Czytam sobie czytam, a tu latarki w okno świecą. Panowie przy słupie działają. Odstawiłam zatem przepiękną scenę a la Werona, wychylając się do nich przez sypialniane okno – a mój strój na samotne noce znacie: mdłozielona piżama frotte w spadku po mamie – z kotą pod pachą ;-) To sobie porozmawialiśmy, podziałali i w nocy prąd włączyli. Jeszcze we wtorek rano chwilowe przerwy, no i dotąd odpukać wszystko okej. Ale zapałek zapas już mam :-)

Między nami masakra jakaś. Tym razem tylko i wyłącznie przeze mnie. Bo mówię wciąż i wciąż o tej biedzie, analizuję po raz enty, gazylion pomysłów co z tym zrobić… a z drugiej strony albo cisza, albo wrzask „zamilcz wreszcie kobieto”. Nie rozumie durna istota, że to gadanie własnie trzyma mnie jeszcze przy zdrowiu, że duszenie wszystkiego w sobie doprowadziło mnie już tyle razy na skraj…

A ja chcę żyć. Nie wiem po co i na co, ale CHCĘ!!!

Miał wrócić w sobotę, będzie jutro bo rozmowa w sprawie roboty jakiejś tam. Czyli tradycja piątkowej sauny zachowana zostanie. Już się doczekać nie mogę…

Przeszłość wraca. Teraźniejszość jest jaka jest, a przyszłości nie widzę żadnej.
Świąt nie będzie dla nas w tym roku.