Archiwum dla Grudzień, 2010

Krok po kroku, krok po kroczku…

…ten 2011 będzie lepszy, MUSI BYĆ!!!

…źle, źle zawsze i wszędzie!

A rok temu było tak:
POSTANOWIENIA NOWOROCZNE, bez nich ani rusz:
1) Zmienię pracę: są dwie opcje – albo w Warszawie za sporo większe
pieniądze niż mam teraz, albo gdzieś blisko domu za stawkę godziwą.
2) Schudnę – to nie powinno być trudne zważywszy na to że nie będzie za co się objadać ;-)
3) Od jesieni szkoła – albo Mąż drugie podejście do polibudy, albo ja kolejny krok w kierunku usamodzielnienia się w zawodzie.
4) Uśmiechać się
jeszcze więcej, co wiąże się z punktem poniższym
5) Nie dołować się pojutrzejszą trójką z przodu!!! Nie jest najgorzej:
mam w miarę dobre zdrowie, kochającego Męża, dom własny i fach w ręku.
Gdybym tylko w siebie uwierzyła, byłoby o wiele lepiej.

A teraz jest tak:
1) Pracę zmieniłam, blisko domu za stawkę godziwą, ale firma pada i muszę się stamtąd zmywać.
2) Wręcz przeciwnie.
3) Nic z tego. Kasamisiukasa.
4) Naprawdę miałam taki zamiar, ale okoliczności nie pozwalały na uśmiech.
5) Eee tam, co za różnica czy trzydzieści czy sześćdziesiąt. Mam wrażenie że nic już się nie zmieni.

A rok 2009 żegnałam tak:
Jaki był ten miniony rok?
Chyba najcięższy w moim życiu.
(czy ja aby nie co roku tak twierdzę???)
Pięć pierwszych miesięcy to staranie o kredyt, siedem następnych zapierdziel na budowie.
Ale udało się. Jest dom, jesteśmy w nim razem – co wcale takie pewne nie było ,mieliśmy wiele kryzysów po drodze.

A rok 2010 żegnam tak (excusez le mot):
WY-PIER-DA-LAJ!!!
Jakieś szczegóły?
Chronologicznie: kompletny niewypał z pracą Mojej Cholery nad morzem (miesiąc w domu go nie było a zarobił grosze), mężowska operacja i dwa miesiące rekonwalescencji (co równa się brakowi zarobku), śmierć teściowej, od września żadnej porządnej roboty, moje problemy z pracą, ciągłe kłótnie z rodzicami, zakończone ich chęcią zamieszkania z nami (WTF???!!!), nic przy domu nie zrobione.
Wkraczamy w nowy rok kompletnie spłukani finansowo, a jeśli odpukać stracę pracę, to już nic tylko się załamać kompletnie.

Gdybyśmy chociaż młodzi byli…

…i Po ;-)

Świętach.
Daliśmy radę z obiema rodzinkami.
Jedna z rodzinek aż za bardzo się zadomowiła i stwierdziła, że na przyszłą zimę to już na stałe z nami planuje zamieszkać. Zatkało mię kakało i taka trwam zatkana, bliska powiedzenia Mojej Cholerze że albo oni albo ja :D Bo im przytakiwał, dupek żołędny, sto pięć kilo żywej wagi a wciąż się boi albo już nie wiem sama co?
To byłby koniec naszego domu.
Oczywiście noc dzisiejsza bezsenna, rano stwierdziłam że po kiego grzyba ja się teraz tym martwię, mam dość bieżących kłopotów na głowie i dopóki się z nich nie wykaraskam nie zwalę sobie nowych, o nie-nie-nie. Po czym grzeczniutko do pracy poczłapałam.
A miałam mieć wolny ten tydzień, no nie? No miałam. Może i lepiej, nie ma czasu na dołowanie. Się.

O przepraszam, na dołowanie się że nie mam się w co na Sylwestra ubrać, to czas jest niestety, zwłaszcza o czwartej nad ranem ;-)
Lustrowstręt maksymalny, przedświąteczna wizyta u fryzjera nie pomogła.

Adorator by się przydał. żebym na siebie jego zachwyconymi oczami spojrzała.
Hmmm… dla mnie pomysł roku. Tylko skąd rzeczonego adoratora wytrzasnąć, hę???