Archiwum dla Styczeń, 2011

Oj, przestałeś być zabawny.

Kołowania kota ciąg dalszy.
Miotam się po tym moim pożałowania godnym życiu, odbijając się od ściany totalnej beznadziei, malowanej wspomnieniem śp. szwagra i chęcią dołączenia do niego teraz-zaraz-dzisiaj (głos rozsądku przypomina, że przecież tam jest też śp. teściowa…), dużym palcem u nogi balansując na pajęczynie nadziei, że przecież nie może być wiecznie tak tragicznie.

A propos Pythonów, zmieniłam dzwonek w telefonie na „Always look on the bright side of life”.  Dotychczasowy „Your latest trick” jakoś przygnębiał dodatkowo, chociaż melodię uwielbiam, tak bardzo radiowe czasy mi przypomina…

Weekend męczący bardziej niż roboczotydzień.

Samochodowa epopeja. Może posłużę się starym dowcipem:
„Za krzakami na autostradzie skrył się patrol policji drogowej z radarem w radiowozie. Wszystkie przejeżdżające kolejno samochody jechały z niedozwoloną prędkością i kierowcy płacili mandaty, totez gdy wieczorem obok radiowozu przejechała powoli syrenka, policjanci postanowili dac jej kierowcy milion złotych nagrody.
-Co pan zrobi z nagrodą?- pytają.
-Nareszcie zrobię sobie prawo jazdy! – wykrzykuje kierowca.
- Niech pan go nie słucha – prosi siedząca obok żona – On jak sobie popije, to zawsze gada od rzeczy.
Na to babcia siedząca na tylnym siedzeniu:
-A mówiłam, Stasiu, żeby nie kraść tego samochodu.
W tej właśnie chwili z bagażnika wychodzi dziadek:
-Co, już Austria?”
W skrócie zatem:
1) Cytrynka sprzedana za półtora tysiąca, handlarz okazał się fajnym facetem nieco tylko starszym ode mnie ;-) wziął ją w ciemno po jednym spojrzeniu – zapewne niedługo ją gdzieś w okolicy zobaczymy śmigającą… Jeszcze jej nie zabrał, więc śmiejemy się z Moją Cholerą, że jakby tak jeszcze ze trzy razy ją przehandlować to by trochę kasy wpadło ;-) 
2) Mąż jeździ tatową skodzianką, która to sprawiła wczoraj niemiłego psikusa odmawiając posłuszeństwa znaczy odpalenia… Na szczęście cytrynkowy kupiec okazał się znawcą i stwierdził jakieś tam zacięcie w rozruszniku. Postukał postukał i odpala, ale do serwisu trzeba natychmiast albo jeszcze szybciej, a kiedy skoro Moja Cholera pracuje po 12 godzin plus 4 godziny dojazdów, hę?
3) Do wielu małych usterek mojego duperelka doszedł przegub, stuka na zakrętach jak nie wiem co :-( A do serwisu… patrz punkt 2, ja sama do mechaniora się nie pofatyguję, bo zostanę oszwabiona jak się patrzy ;-)
4) Nowe auto chyba jednak prosto z Niemiec, na naszym rynku vanów w dobrym stanie za niewielkie pieniądze nie uświadczysz, chłopaki już się na wyjazd uzgadniają, tylko skąd kasę wziąć… A trzeba jak najszybciej, bo tatowa skodzianka na zawsze i na wieczność przecież nie dana, no i niewiele większa od mojego duperelka, do roboty Mojej Cholery się nie nadaje.
5) Dziura w drodze jest nadal, przysypana co nieco przez Męża, ale i tak trzeba jechać bardzo ostrożnie, przy samym płocie sąsiadki. Droga jest prywatna i tak na chłopski rozum to wszystkim czterem rodzinom przy niej mieszkającym powinno zależeć, żeby była przejezdna, w praktyce… wiadomo. Przez dwa dni jeździliśmy na okrętkę inną drogą – obok sąsiada, który zapowiadał od zawsze, że to jego własna droga i każdego intruza poszczuje psami i przegna widłami. Śmigaliśmy zatem jak kamikadze na zgaszonych światłach. Cóż, trzeciego dnia uroczy sąsiad wysypał na drogę kupę gruzu, w którą to kupę mało się mój chłop duperelkiem nie władował (byłby rozwód, mówiłam!) i skończyło się rumakowanie ;-)

Interview. Dziś byłam.
AAAAA!!!
Jakby mogli to by mnie od wczoraj zatrudnili ;-) No, może lekko przesadziłam, ale się spodobałam, to fakt. Stanowisko jednoosobowe, czarna robota dla zewnętrznego biura rachunkowego, czyli sytuacja niemal idealna (oł jeee), co do finansów powiedziałam nie mniej niż teraz, przełknięte, ledwie 20 km ode mnie, firma wygląda na solidną… no i niestety chcą ludzia jak najszybciej, więc odpadam w przedbiegach, bo bym mogła od kwietnia jakby co.
No nic, jutro przylatuje szef, cholera wie co wymyśli.
Tak właściwie to mam ochotę odejść. Wielką ochotę.

Kino. Wczoraj byliśmy. Z przygodami, bo w sobotę dwa razy się spóźniliśmy i rezerwacje nam przepadły ;-)
„Jak zostać królem” – film naprawdę dobry, nawet Mojej Cholerze się podobał – ale stwierdził, że teraz chce iść na „Weekend”, a niech idzie tylko nie ze mną :D Oglądałam dość emocjonalnie, bo sama mam problem z jąkaniem się, w porównaniu z dzieciństwem jest o wiele lepiej, ale i tak potrafi dokuczyć w najmniej odpowiednim czasie… I to wyśmiewanie się i przedrzeźnianie, bezwiedne. Nawet u najbliższych.

Praca Mojej Cholery. Dużo jej bardzo. Tylko kasy jakoś z niej nie widzę. Zaraz zacznę coś podejrzewać.

Mama doczekała się sanatorium. Nałęczów jej przyznali! Szczegół: na co dzień mieszka 30 km od Nałęczowa, a z letniego domu na wsi ma jeszcze bliżej i co niedziela jeździ do kurortu na wody i kawę :D

Tematu Mariol(k)a ciąg dalszy.
Miotam się…

No dobra, nie znikam. Będzie spokój, hę? :D

Przede wszystkim: komentarze po nazwisku to po pysku i nie u mnie. Kapewu? Bo jeśli nie kapewu, to Fredro się kiedyś o serdeńku wyraził… :-)))

Tak sobie ostatniej (zwyczajowo bezsennej) nocy rozmyślałam i przypomniał mi się sztandarowy tekst kolegi ze studiów, Gumisia: „Trzymajmy się ramy to się nie posramy” i niniejszym postanowiłam się rzeczonej ramy trzymać, skoro nic konkretnego pozytywnego jakoś zdarzyć się nie chce.
A skoro rama, to piosenka w temacie.

Rama piątkowa dobra jest, bo… piątkowa :-) A w robocie to ja mam zapierdziel jak wiadomo i piątkowego popołudnia czeka się jak kania dżdżu. Miałam jechać dziś na interview do Janek, ale siły brak na prezentowanie się, przełożyłam na poniedziałek rano.
I na sam fajrant wiadomość: jest kupiec na cytrynkę! daje półtora tysiąca, wiadomo że jest to żaden pieniądz, ale żeby jeździła trzeba by w nią dużo więcej wlożyć… Ech szkoda, cztery lata nam służyła, ponad 150 tysięcy km nią zrobiliśmy… no ale cóż, przyszedł czas na zmianę, a że kilka miesięcy szybciej niż było planowane… Wpadła nam w oko inna cytrynka, w kolorze żółtym żeby było zabawniej ;-) ale my kasy nie mamy teraz nic a nic, zatem kto inny weźmie na pniu, bo w tym kolorze to unikatowe autko ;-)
Mąż dziś się busem do roboty udał (wstał 5:15 bidusia) i prosto z roboty w pociąg do rodziców po autko… ja na miejscu taty bym Mojej Cholerze samochodu nie pożyczyła, no ale… :D Tata i tak zimą boi się prowadzić, a u nas bez dwóch aut po prostu nie ma życia (chciało się wsi to się ma). I mojego duperelka trzeba na gwałt do mechaniora odstawić, bo pakowało się wciąż w cytrynkę, a duperelek jest jeszcze bardziej od cytrynki wiekowy i trzeba mu to i owo zrobić, zwłaszcza że przegląd już za miesiąc.
Sama zatem sobie siedzę. Ale sauna tradycyjna będzie, a jak! Dostałam pozwolenie na użytkowanie jej bez Mężowskiego nadzoru, ale mam co pięć minut się meldować że wszystko w porządku :-)

Trzymajcie kciuki proszę i modły do wszelakich bóstw zanoście, żeby temu handlarzowi się nie odmieniło, no :-)))

Czego najbardziej nie lubię, to dorabiania ideologii…

Wytłumaczcie proszę durnej starej babie ze wsi ;-) w którym to miejscu napisałam coś, co zostało skomentowane jako A co szczescia innych, nie wymagaj zeby ktos nie mowil o swoim szczesciu bo Ty masz zle.”

Dwadzieścia lat chciałabym mieć dlatego, żeby pokierować nieco inaczej swoim życiem. Teraz miałabym łatwiej. I tyle.
A może nie miałabym łatwiej, kto wie. Ale chcieć mogę. Zwłaszcza że to li i jedynie pobożne życzenia.

Co nie zmienia faktu, że nie zasłużyłam i już!!!!!!!

Pewnie że samo się nic nie dzieje i bardzo chętnie błędy swoje wykluczę, gdy będę wiedziała jakie to błędy są.
Święta naiwność i chęć przychylenia wszystkim nieba to wiem, a reszta?…. :-))))))))