Archiwum dla Luty, 2011

słoneczne chorowanie ;-)

Jak chorować to razem. Z kotą znaczy się.
Do koty wieczorem zawita lekarz, u mnie mam nadzieję obędzie się bez interwencji.
Zemściła się weekendowa dyskoteka… Albo raczej przeraźliwe zimno w pracy, z rana ledwie 15 stopni, w ciągu dnia podnosi się co najwyżej do 17. Zatem wyszłam dziś z roboty po dwóch godzinach z nadzieją na wygrzewanie się w ciepłej chałupie – i co, akurat dziś musieli przyjść magicy-gazownicy (pamiętacie jak się nam gaz ulatniał? otóż wciąż jest cosik nie tak), wyłączyli piec i cosik tam dłubią. Nic to, swetry poszły w ruch, alleluja i do przodu ;-)

Dziękuję bardzo Żonie Programisty za kolejne wyróżnienie:

… zatem 10 x „tak” czyli co mnie uszczęśliwia oraz 10 x „nie” czyli co mnie wkurza ;-)

JESTEM NA „TAK”:
1. Spokój, spokój, spokój.
W tak beznadziejnym życiu, jakie sobie do spółki z przewrotnym losem zgotowałam, pełnią szczęścia jest dla mnie każdy dzień, w którym nic się nie zebździło, że tak powiem. A że dni takie należą do rzadkości, to i pełni szczęścia rzadko doświadczam. Zwłaszcza że taka jedna spokojna doba niejako dla „równowagi” okupiona jest tygodniem pod zdechłym Azorkiem.
2. Sukcesy bliskich.
Jako że mi się nic poza wpadaniem w kłopoty nie udaje ;-) tym bardziej cieszę się, gdy cosik pozytywnego zdarzy się krewnym-i-znajomym-Królika (no bo czasem mi się wydaje że ten mój wierny pech emanuje na otoczenie).
3. Bycie przydatnym. Potrzebnym. Zwał jak zwał.
Cieszę się przeogromnie, gdy jestem komuś potrzebna……………
4. Rozmowa.
Łojezusicku, jak ja uwielbiam dysputy. Bardziej słuchać niż gadać, ale jak już się rozkręcę, to potrafię brylować w tak zwanym „towarzystwie”. Tyle że okazji coraz mniej…
5. Książki.
Trzy czytane na raz, pięć w tygodniu roboczym, pięć w weekend i tak dalej. Choćby oczy się zamykały, choćby coś teoretycznie ważniejszego do zrobienia było.
6. Sauna fińska.
Po prostu relaks na maksa :-) Piątek wieczór, Trójkowa lista przebojów i nas troje. Czyli para i ja :D
7. Dom.
Mimo wszystko. Że dwa kredyty na niego wzięliśmy, że wciąż niewykończony tu i ówdzie (ach kiedyż będę miała gabinet na antresoli, ach kiedyż?), że podwórko woła o pomstę do nieba a auta stoją zamiast w garażu to pod domem już drugą zimę (bo na kostkę brukową kasy brak), że pluję sobie w brodę na kilka niefortunnych rozwiązań (na czele z ciemnobrązową podłogą w salonie – po roku nadaje się li i jedynie do wymiany), że wcale nie wydaje mi się tak funkcjonalny jak wtedy kiedy go przy winie projektowaliśmy (ergo: jak projektować to na trzeźwo), że-że-że… Ale jest nasz, jedyny i niepowtarzalny, nie gotowiec z katalogu, nieskalany chorą myślą projektantów zewnętrz i wnętrz od siedmiu boleści ;-)
8. Lata ’80.
Pewnie dlatego, że to dzieciństwo… Muzyka, moda, styl życia (nawet wystawanie w kolejkach, a co!), wspomnienia rodziców i starszej siostry, wspomnienia moje…
9. Nauka.
Uwielbiam się uczyć – i teorii książkowej, i organoleptycznie-praktycznie. Każda nowo nabyta umiejętności sprawia że cieszę się jak norka :-)
10. Chwile tuż przed zaśnięciem.
Wtulona w Moją Cholerę, kota wtulona we mnie… I wystarczy :-)

JESTEM NA „NIE”:
1. Ja sama.
To jaka jestem. A może że w ogóle jestem? Wierny pech prześladujący mnie od tylu lat…………. No ileż może się czlowiekowi nie udawać i dlaczego wszystko od zawsze?????????????
2. Bieda.

Dwoje ciężko pracujących ludzi i nie stać nas na nic poza ratami kredytów, rachunkami i prze-skromnym tak zwanym „życiem”.
3. Samobójstwo i samobójcy.
Sama mam za sobą próbę przejścia na tamten świat, ale bezsens tego procederu pojęłam bardzo boleśnie znajdując doczesne szczątki bliskiej osoby…
4. Tu się narażę, ale… niech będzie. Terror dziecięcy.
„Bo mi się wszystko od życia należy bo mam dziecko”. Rany boskie! Mam pecha (patrz punkt pierwszy a propos pecha) do spotykania na swojej drodze wielu takich zwariowanych mamusiek. Czara goryczy przebrała się niedawno w markecie, kiedy to taka pewna pani stojąca za mną w kolejce zmieszała mnie z błotem, bo nie zachwycałam się jej dzieckiem. Dobrze że w świecie wirtualnym tylu fajnych rodziców poznałam ;-)
W sumie w tym punkcie mogłabym umieścić też wieczne pytania życzliwych do mnie „a kiedy dziecko”, „przecież to już ostatni dzwonek”, „jesteś psychiczna skoro nie chcesz mieć dzieci” i tym podobnie wielce przyjemnie.
5. Brak szacunku dla Mojej Cholery.
A konkretnie dla braku wyższego wykształcenia (o hipokryzjo! gdy był na studiach ci sami życzliwi mawiali „a po co ci to”) i fachu który obecnie wykonuje. Fachu dodajmy niewdzięcznego i obrosłego niechlubną legendą, no cóż. Ale skoro to lubi i umie robić, to… to niech życzliwi zamkną jadaczki, no!
6. Kaleczenie języka polskiego.
Pseudoangielskie słówka wtrącane z lubością, nieumiejętność sklecenia poprawnego zdania, no i błędy ortograficzne!!! Dysleksja i owszem, rozumiem,  przecież nawet rasowego przedstawiciela tej rasy mam w domu – ale do jasnej Anielki, minimum starań i można naprawdę wiele zdziałać!!!!!!! Sama nie jestem jakąś przesadnie językową mistrzynią, ale…
7. Narzekanie na Polskę.
Krótką piłkę mam na malkontentów: nie podoba się w naszym kraju – droga wolna, wyjeżdżaj tam gdzie będzie ci lepiej.
Bo rząd taki a taki, bo komuna była zła a Wałęsa jeszcze gorszy, bo nic nam ten kraj nie daje…….
Daj sam coś „temu krajowi”!
8. Przeciętniak zerem.
To nie są czasy dla przeciętnych ludzi.
Jednostki wybitne sobie poradzą. Zawsze. I pomoc otrzymają jakby co.
Jednostki że tak powiem „patologiczne” też spadną na cztery łapy, bo przecież bidakom pomagać trzeba.
A ty, szary człowieku, zdechnij pod płotem.
Znów się narażę, ale co tam: pod tym względem tęskno mi do ancien regime.
9. Bałaganiarstwo.
Nie jestem specjalnie porządnicka, ale jako-taki ład chciałabym mieć.
Cóż, trafił mi się chłopina niereformowalny. Dziwna sprawa w ogóle, bo śp. teściowa zawsze go chwaliła że jako jedyny z dzieci zawsze dbał o porządek, w wojsku to wiadomo jaki dryl miał, nieporządek ma niejako wpisany w specyfikę pracy a wszyscy klienci nadziwić się nie mogą, jaki picuś-glancuś zostawia… A w domu – no właśnie. Jeszcze mu na stancjach darowałam, mieszkaliśmy w klitkach więc sprzątania było niewiele, obiecywał zresztą że „u siebie to będzie dbal”. No i co? „u siebie” wcale nie jest lepiej, a powierzchni do sprzątania o wiele więcej. Nie są to hardkory typu przepocone skarpetki piźgnięte na środku salonu, ale drobnostki i tak denerwujące, no.
10. Wieczne narzekanie.
No wiem wiem że sama wiecznie narzekam, ale czujecie bluesa, znaczy ironię, no nie? :-))))))))

Tradycyjnie kto chce, niech się czuje nominowany tudzież wyróżniony :-)))

A skoro „tak” i „nie”, to kolejna piosenka w temacie. Jacek i Placek oczywiście, a propos lat ’80 ;-)

czemu nas tam nie ma?

O słonecznej nagrodzie od Żony Programisty będzie następnym razem, znaczy następną notką, bo to myślenia wymaga ;-)
A ja jestem zmęczona jak… jak nie wiem co. No porównania mi brakuje. No.
Cały poniedziałkowy wieczór przeglądałam oferty weekendów SPA. A w miniony weekend snuliśmy plany letniej Chorwacji… Cóż, podróże palcem po mapie od zawsze były moją specjalnością. „W realu” coraz spokojniej przyjmuję do wiadomości, że w tym roku znowu nici z wakacji.
Cały wtorkowy wieczór przegadaliśmy z Moją Cholerą przy symbolicznym drinku. Miło było :-)
Środowy wieczór to kominek, kąpiel w czerwonej łazience i Liga Mistrzów.
Co dalej, hm……..

Wkurwia mnie ta bieda jak nie wiem co!
Piosenka w temacie. Jacki i Placki rządzą!

o koncercie, sołtysie, dyskotece, projektantach i co tam jeszcze mi się przypomni

Bilety pewnie nie potanieją, bo Sala Kongresowa się ceni, psiamać… Ale w listopadzie koncertuje w Polsce Jean-Michel Jarre i w obliczu tej wieści przestałam się Lady Pankiem przejmować. Zatem kto z nami w połowie listopada na Torwar, kto? :-)

Weekend taki, że… że zakręciłam się w kozi ogon i tak trwam.

Zaczęło się w piątek zebraniem w remizie. Wybory sołtysa i takie tam ;-) Uśmiałam się jak norka wyborami do rady sołeckiej.
Pani Wójt (w skrócie Wójtowa): – Panie Andrzeju, może pan będzie kandydował?
Pan Andrzej (obejmując sąsiada): – Będę, ale razem z Józkiem.
Wójtowa: – Ale pan musi się sam zdecydować.
Pan Andrzej: – Będę, ale razem z Józkiem.
Wójtowa: – To jak, kandyduje pan?
Pan Andrzej: – Jeśli Józek to ja też.
Ostatecznie obaj uzyskali sto procent głosów ;-)
Wieczorem sauna tak dziwnie miła i usilna chęc dotrwania do Trzeciej Strony Księżyca w Trójce, ale jak przez mgłę pamiętam… ponoć tuż po północy dałam jednak urodzinowego buziaka Mojej Cholerze, ale to chyba już na śpiąco…

Za to w sobotę obudziliśmy się zgodnie tuż po czwartej rano i wypiliśmy urodzinowego drinka. Normalnie szok.
Zapowiedział się kolega od zawirowań uczuciowych z aktualną dziewczyną – mogłaby być już na zawsze, lubię Be. ;-) No to zakupy żarciowe i przy okazji spódniczka z przeceny. Biodrówka, biało-czarna kratka, trapez i… krótka. Zadałam sobie trud wymierzenia ile przed kolano. 12 cm. A w życiu takiej nie miałam (preferuję długość do kolan, niewielki plus minus). Oczywiście w niej wystąpiłam, a jakże :-) Tak sobie siedzimy, drinkujemy, Be. przy soczku… i rzuca pomysł dyskoteki. O dziwo Mąż chętny. No to sru. Ja w rzeczonej spódniczce. I na tym mogłabym zakończyć ;-) Przy okazji trafiliśmy na koncert Papa Dance (to moi pierwsi idole! ha!), ale jako że wyrosłam już z wieku wczesnoszkolnego, teraz się tylko uśmiechnęłam z  politowaniem i przeszłam na salę tańczącą. Kurcze, ja już chyba z tego wyrosłam, no ;-) Najstarsi w lokalu nie  byliśmy, ale średnia wieku… wiadomo, w dodatku zszokowały mnie stroje uczestniczek, za moich czasów się chodziło na dysk w dżinsach, a tam mało która panna tak ubrana, same miniówy (przy której moja to pikuś), ewentualnie lateksy, ech ubawiłam się setnie patrząc jak bawi się prowincja ;-) I tak dziwnie miło

Wróciliśmy około trzeciej, więc niedziela baaardzo leniwa, spacerowa i …tak dziwnie miło…

A dziś po południu powitało mnie sushi. No bo w okolicy gdzie teraz pracuje ma „suszarnię”…

Nic nie rozumiem. Ja zidiocieję.
Niech trwa.

W międzyczasie dyskusje z kolegą na temat urządzenia jego mieszkanka… Pisałam kiedyś o darmozjadach-headhunterach, ale projektanci wnętrz to w większości jeszcze większe darmozjady. Z tyloma już projektami (z racji fachu Mojej CHolery) miałam do czynienia i ani jeden nie był funkcjonalny! Wizje mają ci projektanci jak po dopalaczach czy innych używkach. A jak potrafią klientom wmówić że ma być tylko tak a nie inaczej! Próbujemy przetłumaczyć kumplowi, że w łazience o powierzchni niespełna 4 mkw umywalka 80 cm jest zawalidrogą – nie, bo projektantka mówi że mniejsza jest bezużyteczna. Z pokoju z aneksem kuchennym o powierzchni 23 mkw kolega chciał oddzielną sypialnię wykroić – to mu wykroiła na 10 mkw, za to z drzwiami szerokości ledwie 70 cm, ile zostaje na kuchnię i pokój dzienny zatem? Na takiej powierzchni to sypialnia tylko z łóżkiem i komodą!
Moja Cholera to w ogóle przeklina projektantów na czym świat stoi, jako że musi te ich widzimisia przerabiać ze stanu wirtualnego na realny ;-)
Ja tam nikomu bym nie pozwoliła decydować co ja gdzie mam mieć w chałupie, zaprojektowaliśmy sami bryłę domu to wnętrze tym bardziej ;-)

I co tam jeszcze?
Niech trwa!