Archiwum dla Kwiecień, 2011

Chyba odbija mi na maksa.

Zamierzałam malowniczo zbojkotować dzisiejsze wiekopomne brytyjskie celebracje.
Ale mój duch przekory zadziałał bez pudła.
Otóż śniło mi się minionej nocy, że ślub Williama i Kate odbył się na naszym podwórku, wesele u sąsiadki, ja uwiodłam księcia Harry’ego a kolega od uczuciowych zawirowań spędzał upojne chwile z Victorią Beckham. Kate miała sukienkę mini, a Królowa wystąpiła w czarnej todze. Obudziłam się z niesmakiem i stwierdziłam, że trzeba się naocznie przekonać, jak to będzie wyglądać ;-)
Zatem skróciłam rowerowy wypad do cnotliwych dziesięciu km (ale za to sporo pod górkę i po szutrowych dróżkach) i z kubkiem kawy zasiadłam przed telepudłem. Jeszcze się z Mojej Cholery uśmiałam, bo niby go temat nie interesował, a tak „wycyrklował” żeby urwać się z roboty na śniadanie właśnie w porze ślubu, hehe ;-) Pożerał wzrokiem druhnę… no fakt, jego typ ;-)
Suknia panny młodej, hm… Góra świetna, dół – bardziej by mi pasowała klasyczna linia A, ale to nie mnie ma pasować, prawda? ;-) A obrączkę to mogli bardziej dopasować ;-)
Ceremonia bardzo zgrabna, ciągu dalszego nie oglądałam bo trzeba było do banku jechać ;-) Ale przynajmniej odwiedziłam stare kąty i zatankowałam na ulubionej stacji paliw przy Leclercu (5,05!!! a w mojej okolicy 5,29…).
Jutro przyjeżdża w odwiedziny kolega (nasz świadek), w poniedziałek może do rodziców skoczymy, no a we środę powrót do pracy (wrrrr…).

W kwestii królewskich zaślubin zacytuję na koniec jednego z moich ulubionych bohaterów literackich, czyli Adriana Mole’a:
Wtorek, 28 lipca 1981:
(…) Mam nadzieję, że książę będzie pamiętał, aby usunąć z podeszew butów metki z ceną. Mój ojciec na swoim ślubie zapomniał to zrobić i kiedy ukląkł, wszyscy w kościele ujrzeli napis „rozmiar 45, z odrzutu, cena 10 szylingów”
Środa, 29 lipca, DZIEŃ KRÓLEWSKICH ZAŚLUBIN!:
Jakże dumny jestem z tego, że jestem Anglikiem!
Cudzoziemcy na pewno skręcają się z zawiści!
Doprawdy, przodujemy w świecie pod względem widowisk dworskich. (…)
Kiedy książę i Diana wymieniali obrączki, babcia się rozpłakała. Nie zabrała chustki do nosa, więc musiałem przynieść z góry zapasową rolkę papieru toaletowego. Kidy wróciłem, małżeństwo już zostało zawarte, tak oto przegapiłem historyczny moment!(…)
Oglądaliśmy transmisję do chwili, gdy szczęśliwi nowożeńcy odjechali z dworca Victoria dziwnie wyglądającym pociągiem, Bert oznajmił, że jego dziwny wygląd bierze się stąd, że jest czysty. (…)
Czwartek, 30 lipca:
Oglądałem w telewizji siedem powtórek królewskich zaślubin.
Piątek, 31 lipca:
Mam królewskich zaślubin po dziurki w nosie.

Szczyt optymizmu: wydać ostatnie pieniądze na truskawki.

Jeszcze a propos mojego podwórka – zapraszam wszystkich razem i każdego z osobna, jestem takim odludkiem że normalnie z racji odwiedzin bym się z radości wytarzała w tym błocie :D

To był dziwny dzień, ten dzisiejszy. Ej, dopiero dziewiętnasta, więc to JEST dziwny dzień.
Wczoraj telefon w sprawie tej roboty na Bielanach – umówiłam się na dziś w samo południe, w świętej naiwności wierząc że o tej porze to traffic pozwoli żyć. Spotkanie w agencji na Rzymowskiego – w to mi graj, bo to zagłębie biurowców i dużo ofert dają, mogłam dojazd przećwiczyć. Po wnikliwej analYYYzie przygnębiająco skromnej zawartości szafy wyciągnęłam z jej dna wielce wiekową czarną lumpeksową kieckę, której zaletą jest ażurowa góra, miałam zatem nadzieję że nie uświrgnę z gorąca zanim dojadę na miejsce (rzecz jasna mój duperelek klimy nie ma). Jedyne jasne rajstopy rozdarły się na palcu przy zakładaniu – ja to mam szczęście :/ a najbliższy sklep z tekstyliami z pięć km ode mnie, nie było czasu jechać, no nic, nie widać. Jeszcze czółenka (w których o dziwo mi się dobrze prowadzi) i lecim na Szczecin, czyli Mokotów. Drogą okrężną, bo przy okazji rodzince do Pruszkowa roczne PITy zawiozłam. No i okrężna droga okazala się masakryczna. Już Jerozolimskie dały w kość, a po skręcie w Łopuszańską stanęłam sobie malowniczo. I tak stałam. I stałam. A jak już jakoś się doczłapałam do Rzymowskiego, to nie było gdzie zaparkować i musiałam skorzystać z parkingu w Galerii Mokotów (której nienawidzę z wzajemnością). Spóźniłam się pół godziny, rzecz jasna uprzedziłam że się nie wyrobię. Wrażenia? hm, no sama nie wiem, firma spora, zespół kilkuosobowy, zakres obowiązków ciekawy… Obym miała szansę na rozmowę już bezpośrednio w firmie. Oby.
Wyszłam wy-pom-po-wa-na, z jedną myślą „ja już nie chcę tej Warszawy”.
Rzecz jasna zanim znalazłam duperelka na parkingu, pobłądziłam malowniczo ;-) Ale jedno w tym wszystkim dobre: pod galerią ustawił się dostawczak z truskawkami – nie omieszkałam skorzystać, kupiłam za ostatnie 4 zet jakie w portfelu miałam ;-) Całkiem smaczne i nie chcę wiedzieć na czym były pędzone ;-)
Droga powrotna przez Raszyn o dziwo ok (40 minut), co nie zmieniło faktu że podjechałam pod dom zgrzytając zębami z chęcią sprzedania go pierwszemu lepszemu zainteresowanemu ;-) Bo nie dość, że nie ma pieniędzy na ostateczne wykończenie i straszy okolicę (całe szczęście od głównej drogi widać tę lepszą stronę, hehe), to jeszcze na końcu świata… Ech, co mi pozostało? zdjęłam galowe ciuchy, założyłam ulubione czerwone pseudobojówki i hajże rowerem na okolicę! Dawkuję sobie ostrożnie te wycieczki – przedwczoraj 15 km, wczoraj 20 km, dziś 25 km – zdrowie wciąż nie idealnie, kaszel i osłabienie… W każdym razie już po kilku minutach jazdy tradycyjnie stwierdziłam, że nie chciałabym mieszkać nigdzie indziej :D Jutro 30 km? łaj not, zaraz sięgam po mapę ;-)

Samotność – cóż po ludziach?………..

UPDATE, wieczorem:
No i mam za swoje narzekanie! Jutro znów kierunek Warszawa, do banku muszę jechać, wrrr…

A moje podwórko po świętach wygląda tak:

wielkanoc

Bo najpierw nie było kasy na wyrównanie terenu i zasadzenie świeżej trawki w tym miejscu, potem spadł deszcz (w niedzielę wielkanocną), potem w wielkanocny poniedziałek  z rana Mąż ganiał dzieci ze szlauchem, a potem całe popołudnie graliśmy z naszymi gośćmi w badmintona (resztki linii boiska widać) :D

Ergo: święta udane :D

W Wielką Niedzielę obudziłam się piąta punkt – lata chodzenia na rezurekcję robią swoje :D Tym razem westchnęłam tylko i wróciłam do Morfeusza, bo co jak co ale Mojej Cholery o tej porze obudzić się nie da ;-) Ale Msza o późniejszej godzinie to jakoś nie teges… Za rok rezurekcja musowo, choćbym miała sama drałować! Ale pewnie rodzice będą już z nami mieszkać, więc…

I Po. Świętach. Co oznacza sprzątanie (ech, wiadomo że na co dzień jesteśmy my dwoje+kota, na święta doszła szóstka+piesa), rowerowe wypady (piękna pogoda!) i szukanie roboty. Dzwonili dziś z agencji, fajna oferta ale dlaczego na Bielanach, hę??? Czterdzieści parę km jak w mordę strzelił,  :/ Dlatego nawet nie mówiłam że mogłabym zacząć od zaraz (właściwie i tak bym nie mogła…), ale z drugiej strony na moej oczekiwania finansowe gościu spontanicznie wypalił „tak mało”?, więc… Zobaczymy.
W międzyczasie pojawiła się oferta jak dla mnie wymarzona, bo i wielce poważna firma, i niespełna 20 km ode mnie , i spełniam wszystkie wymogi… List motywacyjny wysmażyłam tak błagalny, że aż sama z siebie się śmiałam. No nic, pożyjemy-zobaczymy :-)

Między nami… ech, szkoda gadać.
Jak na razie jestem w dobrym nastroju po świętach, zatem wisi mi toto i powiewa, ale niech moi adwersarze szykują się na smętną notkę :D