Archiwum dla Maj, 2011

Lekcja stylu vol.2 i takie tam inne no.

Poumawiałam sobie ęterwjus na czwartek, piątek i poniedziałek, a nie mam się w co ubrać, jeśli nadal taka letnia już pogoda będzie!
Od biedy mam fajną sukienkę białą z delikatnym granatowym motywem kwiatowym, która z dużym przymrużeniem oka aspirować może do miana odpowiedniej, ale jest na cienkich ramiączkach, ergo: lekki biały żakiet poszukiwany na gwałt. Jutro po pracy kierunek CH Janki :-)
We czwartek w końcu jakaś odmiana, bo w moim mieście powiatowym ewentualny pracodawca. Ale w piątek znów okolice Galerii Mokotów (ha!), a w poniedziałek „ukochany” biurowiec w centrum, piąte podejście do pracy w nim, piąta rezydująca tam firma (i najbardziej znana – szans nie mam żadnych, ale chociaż będzie co opowiadać na spotkaniach towarzyskich, bo proces rekrutacyjny tam jest nieziemski!) Znów będę błądzić w poszukiwaniu wind potykając się o własne nogi na tych marmurach, znaczy się :-)))
A najlepsze w tym wszystkim jest to, że jestem usilnie namawiana do pozostania w obecnej pracy. Qń by się uśmiał i ja takoż :D
Rower musiałam dziś oddać do serwisu i rzewnymi łzami po nim płaczę. Zemściły się dwa ostatnie wieczorne wypady – jak wiadomo uwielbiam jazdę NIE PO ASFALCIE, no to się wybiło to i owo (dobrze że nie własne zęby przy okazji). Do piątku zastępczo pojazd Mojej Cholery. Przy okazji licznik mi naprawią, bo zbuntował się jakiś czas temu i nie mam pojęcia jak długie są moje wojaże ;-)
Dziś w pracy prawie dziesięć godzin, za to potem leniwie(j). Wizyta u Mojej Cholery na robocie, na fajrant jako dobre duszki opiekujące się domem (właściciele raz na tydzień przyjeżdżają tylko na inspekcję jak roboty się posuwają) podlaliśmy ogródek warzywny – swoją drogą to pomysł roku posadzić warzywa w miejscu odwiedzanym tak rzadko, normalnie bezcenne ;-) Po obiedzie zaszyłam się na tarasie z mrożoną kawą i „Krótkim życiem Juffie Kane” - ptaki darły się jak opętane, świerszcze świerszczyły, za to kocham wieś, no weź się człowieku w mieście tak zrelaksuj ;-) Relaks przerwał kolega od uczuciowych zawirowań, zjawiając się z podkaszarką (dobry chłopak, no, zlikwidował nam chwaściory) oraz dwoma butelkami czerwonego Carlo Rossi. Hm, właściwie więc relaksu nie przerwał :-)))
Wieczór. Znów moja ulubiona pora dnia.
Mimo że sama, chociaż niby z Tobą…

Lekcja stylu :-)

Nareszcie zrobiłam ciuchowe przemeblowanie ;-)
Zimowe swetry powędrowały do szafy w pokoju gościnnym (ach kiedyż się doczekam w holu szafiszczy z prawdziwego zdarzenia…), do sypialni przeniosłam letnie rzeczy, przyglądając im się przy okazji krytycznie jak nigdy.
Dracznie, wesoło, kolorowo. Rutyna znaczy się.
Przymierzyłam wszystkie letnie „doły” czyli spodnie (3 pary)  i spódnice (4 sztuki) – mieszczę się w to co w zeszłym roku się mieściłam, nie mieszczę w to co w zeszłym roku się nie mieściłam. Rutyna znaczy się.
Całe szczęście nie trzeba nic nowego dokupować, jakoś to lato opędzę.
No ale… jedna zasadnicza sprawa, że tak zacytuję mojego tatę :D
Otóż sprawa jest taka, że moje ubrania – zimowe, letnie, przejściowe, wsio ryba – przystoją dziewczynce z podstawówki, a nie kobicie, bądź co bądź, po trzydzietce.
Moda nigdy dla mnie nie istniała, miało być po pierwsze: żeby na mnie weszło (bo mając tak nietypową figurę – małe piersi, całkiem znośny brzuch, zero fałd w talii, tyłek prawie płaski; za to monstrualne biodra i uda plus łydki też grube – trudno było cokolwiek dobrać), po drugie: żeby było wygodnie. I tak od lat. Czyli dżinsy i tiszerty, do tego buty na płaskim obcasie.
No i spoko. Skoro mi tak pasuje, to…
To wszystko byłoby cudnie-świetnie, gdyby nie fatalnie wspomnienia kilkunastu lat bycia pośmiewiskiem.
Otóż obawiam się bycia pośmiewiskiem i teraz. W sensie że ubierając się jak nastolatka, chcę przywrócić utraconą młodość.
Czy nie nazbyt ufam swemu młodemu wyglądowi?
Fakt że przedwczoraj odkupując klientce wino ;-) zostałam poproszona o okazanie dowodu osobistego. Babeczka (notabene też wyglądająca smarkato hehe) wielce się zdziwiła, żem ja rocznik osiemdziesiąty. No cóż… imydż ówczesny mój: dżinsowe rybaczki, bluzeczka w maziaje, kolorowe baleriny (bo do wszystkiego pasują), włosy w kitkę, zero makijażu, no i brak obrączki (dopiero jutro jadę do Warszawy odebrać świecidełka z renowacji).
Co nie zmienia faktu, że wciąż boję się być odbierana jako stara-malutka.

Rozważania czysto teoretyczne, bo i tak nie stać mnie na wymianę garderoby :-)))

Że też.

Wieczorny rytuał: świece i kadzidełko. Codziennie, od lat. Tylko dla mnie. Na tych kilkanaście minut wieczornej toalety Mojej Cholery. 

Kilkanaście minut zapomnienia.
A później trzeba sie lampką wina znieczulić. Wino podkradłam klientce z garażu wczoraj wieczorem. Ale dziś odkupiłam ;-)
Po raz kolejny zaproponowałam osobne sypialnie. Co usłyszałam w odpowiedzi? „Jak mi przyniesiesz papiery rozwodowe to wtedy mogę spać gdzieś indziej”. Opadła mi szczęka, opadły mi ręce i w ogóle wszystko opadło oprócz samooceny, bo ta to od zawsze poniżej zera absolutnego.
No bezczelny jest ten mój… Jeszcze mój.
Stara i głupia jestem, to prawda, ale zagadki dlaczego chce spać ze mną w jednym łóżku to chyba najtęższe mózgi by nie rozwiązały.
Trudno się mówi i szuka się pracy dalej.
Jeszcze tylko tego by brakowało, bym za miesiąc była na jego utrzymaniu…