Archiwum dla Lipiec, 2011

idylla maleńka taka

Tak mi się nie chciało wczoraj iść do drugiej pracy, że świat nie widział.

Około południa SMS do Mojej Cholery: „A może byś do mnie przyjechał dzisiaj? Zrobiłabym sobie wagary…”. Odpowiedź: „Ale ja też jestem na dwóch robotach, wiesz przecież, jutro się zobaczymy”.
No cóż, w takim razie flaga na twarz i za ojczyznę. Zapieprzałam jak mały motorek, żeby chociaż piątek mieć w połowie wolny.
Około dwudziestej trzydzieści lekkie pukanie do drzwi (w pracy oczywiście sama siedziałam, las o dwa kroki, trochę strach wieczorem). Dłuższą chwilę trwało, zanim wróciłam ze świata cyfr do tego co realne. Jedno spojrzenie na drzwi wejściowe, a tu w nich Moja Cholera.
Sympatyczna niespodzianka, nie powiem że nie :-)
Wieczorem zatem sauna , lampka wina i czytanie do północy w towarzystwie nie tylko kota.
A tak właściwie to powinna być norma nie wyjątek, prawda???
Dziś zdycham całkowicie. Bo babska przypadłość, bo odreagowanie całego trudnego tygodnia, bo zaklinanie ladnej pogody na jutrzejszy wieczór, który zamierzam spędzić w bardzo doborowym towarzystwie na lubelskiej Starówce. Bo nie chce mi się sprzątać, ale muszę, bo przez roboczy tydzień nawet podłóg nie zamiotłam.
W poniedziałek spodziewam się kasy z obu źródeł. Z jednego na dwa kredyty, z drugiego na pewien stary dług i od razu będę bez kasy. Normalka.
Jeszcze jedno wspomnienie z ubiegłego weekendu. Otóż wyjątkowo na ślubie nie płakałam! Tylko dlatego, że organista zagrał marsza weselnego (który zawsze mi wyciska łzy z oczu) w rytmie i aranżacji godnej hip-hopu. Połowa gości w ogóle nie zorientowała się że to Mendelssohn był :D
Siedzę  sobie teraz w fotelu, patrzę niewidzącymi oczami, Moja Cholera na piwie u kolegi od zawirowań uczuciowych, ja nawet na wypicie alkoholu nie mam siły (co znaczy że ze mną naprawdę źle), za godzinę „Drakula” w telewizorni, jeden z tych filmów które mogłabym oglądać bez końca, ale dziś chyba nie dam rady…
UWAGA, postanowienie.
Jeśli w roku przyszłym z najrozmaitszych względów nie będę mieć choćby tygodniowych wakacji – tak jak nie miałam rzeczonych wakacji w roku 2009 i 2010 oraz nie mam w 2011 – w łeb sobie palnę.
Wychowałam się w domu, w którym urlop był rzeczą świętą (jedna z niewielu pozytywnych cech mojego rodzinnego gniazda).
A teraz, cóż? Nie mam nic poza ogromem długów (żeby chociaż z hulanek te długi były…) i poczuciem przegranego życia, mimo że biorąc pod uwagę długowieczność którą mam w genach, za mną ledwie jedna trzecia tegoż życia.
Wakacje? No to Gałczyński.
Teatrzyk Zielona Gęś
ma zaszczyt przedstawić
„Biurokratę na wakacjach” 

Osoby:
Biurokrata i Amator Kąpieli 

Amator Kąpieli
(pośrodku jeziora): 

Ratunku! 

Biurokrata
(na brzegu jeziora):

 Nazwisko? 

Amator Kąpieli
(jw.): 

Dajmy na to Jankowski. Ratunku! 

Biurokrata
(jw.): 

Imię?! 

Amator Kąpieli
(jw.): 

Piotr. Ratunku! 

Biurokrata
(jw.): 

Imię ojca? 

Amator Kąpieli
(jw.): 

Też Piotr. Ratunku! 

Biurokrata
(jw.): 

Imię matki? 

Amator Kąpieli
(jw.):

 Balbina. Ratunku! 

Biurokrata
(jw.): 

Obywatelstwo?! Zawód?! 

Amator Kąpieli:
…gl… gl… gl… gl… gl… gl… gl…
…gl… gl… gl… gl… gl… gl… gl…
…gl… gl… 

(tonie) 

Biurokrata
(jw.):

 Nic nie rozumiem!! 
(patrząc w niebo):
 Dzień zapowiada się pogodny. 

K U R T Y N A

z dołu do góry, z góry na dół…

Wychodzę przed siódmą, wracam około dwudziestej drugiej.
Rano pomarańcza, w pracy jogurt i kanapki, potem coś na mieście szybkiego (ach gdzież moje odchudzanie).
Kąpiel, radio i książka żeby do cna nie zdurnieć.
I kota spragniona mojego widoku.

Nawet za Moją Cholerą nie tęsknię.

(po)ślubne i (po)weselne wspominki

1. Wstając od ołtarza po komunii, zaczepiłam obcasem o brzeg kiecki i klapnęłam na doopę.
2. Kuzynka Joanna, wychodząc z kościoła, scenicznym szeptem: „Tylko nasza rodzina była u komunii, no wstydziliby się tamci”.
3. Pierwszy mój taniec: wywijałam sobie hołubce ze starszym drużbą (fajny chłopak), a tu wodzirej dał znak, żeby wziąć partnerkę na ręce. Kurcze no, nie chciał mnie na ziemię postawić, tak się rozochocił! (fakt że nie ułomek, no ale ja mam swoją wagę!).  A że kieckę miałam asymetryczną, z lewej do pół uda, z prawej do pół łydki, to wszystko mi się poodsłaniało. Cóż, jak mu jego babeczka po tym tańcu nagadała, tak więcej z nim nie zatańczyłam niestety :-(
4. Moja ukochana 97letnia babcia wytrzymała do drugiej po północy i więcej toastów wypito za jej zdrowie niż za państwa młodych :-)
5. Wódka smakowała mi bardzo, a nawet bimber z wiejskiego stołu, który to bimber co i rusz polecałam gościom i z każdym chodziłam próbować ;-) Min rodziców długo nie zapomnę :D
6. Zostałam potężnie zaskoczona przez Moją Cholerę piosenką z dedykacją (Kancelarya), już „na zaś” piątej rocznicy naszego ślubu. Wszyscy goście wzięli nas w kółeczko i było romantycznie, nie powiem ;-)
7. Romantyczność skończyła się, gdy chłop mi padł jak kawka około czwartej. Chociaż w sumie ja już też ledwo żyłam.
8. A tego wesela to chyba przez tydzień nie odeśpię. Starość nie radość.