Archiwum dla Październik, 2011

Jeden nieciekawy komentarz, a tyle fajnych wspomnień :-)

Odnośnie słowa powszechnie uważanego za obelżywe:
Miałam przyjemność uczęszczać do liceum uważanego za jedno z dwóch
najlepszych w mieście, a na pewno z największymi tak zwanymi
„tradycjami”. Słowo przyjemność jest tu jak najbardziej na
miejscu – po ośmiu latach bycia pośmiewiskiem całej podstawówki, w
szkole średniej mogłam co nieco odetchnąć. Duch placówki oświatowej był stricte konserwatywny. Przykładowo przez kilka tygodni przed wyborami
prezydenckimi w 1995 roku każda lekcja angielskiego kończyła się
dyskusją „Dlaczego Wałęsa a nie Kwaśniewski” – na chwałę angliście, że nie ukrócił
wypowiedzi naszej nielicznej, ale bardzo rozgadanej lewicującej
mniejszości! Albo pewna lekcja geografii: śp. już niestety nauczyciel
(bardzo go lubiłam, wcale nie dlatego że miałam u niego celujące noty)
pojawił się pewnej lekcji dopiero po kwadransie. Usiadł ciężko przy
stoliku, spojrzał na nas i rzekł: „Spotkałem dziś mojego starego
przyjaciela komucha. Muszę przemyśleć to co mi powiedział”. I myślał do
końca lekcji, a w klasie cisza była jak makiem zasiał! Że nie wspomnę o
wszelkich wycieczkach, na które jeździły razem wszystkie równoległe
mojej klasy (co się nigdy wcześniej ani później nie zdarzyło); każdego
wieczoru spotykaliśmy się wszyscy na „WC Kwadransach”, trwających i do
rana czasami.
No dobra, wstęp nieco przydługi ;-)
Postanowiliśmy pewnego dnia zaadaptować dla potrzeb jakiegoś
zwariowanego kółka zainteresowań pomieszczenie służące od lat za
graciarnię. Razem z wychowawcą ( bardzo nabożnym) odsłoniliśmy wielce
zakurzoną kotarę, a tu za nią na ścianie napis sprejem (excusez le mot)
„Lechu chuj”. Wszyscy ryknęliśmy śmiechem, wychowawca (polonista zresztą)
spojrzał na ścianę i zrezygnowanym głosem rzekł: „No cóż, jeśli już
patrzycie na ten napis, to zapamiętajcie że to słowo pisze się właśnie
przez ce cha”.

Odnośnie striptizu:

Raz w życiu go robiłam. Bynajmniej nie w obliczu kochanka, a w obliczach
współtowarzyszek wieczoru panieńskiego kumpeli ;-) Pierwszy marca 2002
roku, „Sex Bomb” w głośnikach, w rolach głównych to pisząca (rzecz jasna
po wielu głębszych) oraz miotła. Piosenka skończyła się, gdy zostałam w
stringach li i jedynie. Popis mój zgodnie uznany został za czaderski.

Odnośnie dalej na ten sam temat:
Bo moim skromnym i jak zwykle zboczonym zdaniem, świnia fruwać nie powinna.
Ktoś ma ideały, a świnia ma koryto.
A w życiu wypada być tylko świnią.
To ostatnie było nawet przez czas jakiś mottem tego bloga ;-)
Do czego zatem zmierzam drogą zwyczajowo krętą?
Ano nie mam najmniejszego zamiaru za…iwaniać (tak wolę, hehe) po
koszulkę i wyginać śmiało ciało przed Mężem. Ani przed żadnym innym
facetem, gwoli ścisłości.
I wcale nie dlatego, żem moherową cnotką-niewydymką. Wręcz przeciwnie,
nagości swojej absolutnie się nie wstydzę. Śmieszą mnie przykładowo na
siłowni panienki ubrane w spódniczki ledwie dooopy zakrywające, ale aby
pozbyć się tych spódniczek, zamykające się w toalecie ;-) Ja tam nie mam
żadnych oporów ani waporów przed zmianą stanika z normalnego na
sportowy w szatni, o. Albo sauna. Często koedukacyjna. Raz się zdarzyło,
że korzystał z niej facet, sam. Goły jak święty turecki – co w saunie
jest naturalne, ale rzadko spotykane. Gdy się dołączyłam, nie osłonił
się nic a nic, zatem ja też zrzuciłam ręcznik, bo i po co miałabym być
owinięta?
I tak dalej, i tak dalej.
Nagości się nie wstydzę, ale kompleksów na punkcie wyglądu mam co niemiara (prawie tyle co na punkcie intelektu i naprawdę wolę już te wyglądowe!). Sprawiły one, że nigdy nie mogłam się przed facetem do końca otworzyć – więc spuszczałam na drzewo wszystkich zaczynających znajomość od „cześć, fajna jesteś, chodżmy do łóżka, a jak będzie fajnie to zobaczymy co dalej”. Fakt że z jednej strony wielce mi pochlebiało bycie obiektem seksualnym (wiecie, rozumiecie – to znaczy lepiej żebyście nie wiedzieli – jeśli przez tyle lat się jest pośmiewiskiem, to się nie bierze pod uwagi faktu że może się komuś podobać, choćby i na te parę chwil), ale jak sobie pomyślałam, że miałabym odsłonić przed kimś swe wątpliwe wdzięki, plus zerowe doświadczenie w „tych sprawach” (teorii miałam aż nadto, Wisłocką przeczytałam w podstawówce jeszcze, ale cóż z tego?), to zapewne delikwent mnie wyśmieje, a ja kolejnego wyśmiewania nie wytrzymam i nie przeżyję!!! Co się dziwić mnie biednej żuczce zatem, że gdy mój obecny Mąż na pierwszej randce nawet za rękę mnie nie wziął, a na pożegnanie spojrzał nieśmiało i spytał „zobaczymy się jeszcze?”, w niepamięć puściłam i jego znienawidzone przeze mnie imię (którym zresztą do dziś się nie posługuję, a przed ołtarzem ledwie mi przez chore gardło przeszło), i wygląd wielce od mych niewygórowanych przecież wymagań odbiegający, i fach nie do chwalenia się przed koleżankami że o mamie nie wspomnę, i portfel dziurawy (ale płacił za nas oboje, w przeciwieństwie do mego byłego ze szkoły oficerskiej, któremu na każdej randce żołdu brakowało)… Ledwie po kilku tygodniach okazało się, że oboje kryliśmy w sobie pokłady seksualnej energii, o które byśmy się nie podejrzewali, ot co. I – zmierzając do sedna – niepotrzebne były żadne gadżety :P

Hm, może i się wyczerpała ta energia już.
Ale nie zamierzam jej podsycać czymś, co absolutnie nie jest w ani moim, ani jego stylu (co jak co, ale poznałam faceta co nieco przez te prawie dziesięć wspólnych lat). Bo i czemu miałoby to służyć, hę? Jeśli nawet trzeba mu innych jakichś podniet (chociaż z tego co się przekonałam przez te lata prób to po prostu żadnych mu nie potrzeba) – droga wolna, niechże je otrzyma od kobiety, dla której będzie to normalką ;-)

Mi trochę ciężko, ale nie aż tak, by rezygnować totalnie z samej siebie w imię pogoni za czymś, czego i tak mogę nie uzyskać.
Będzie co ma być, ot co.

A dziś mi dobrze.
Relaks w saunie i dziś to ja spędzę noc w salonie przy kominku :-)))

Mój przebój jesieni. Jak mi dobrze, to mi dobrze :-)))

Sypialnianymi klimatami to ja niestety ani nie zaszantażuję, ani nie skuszę ;-)

Jak to powiedział Rett Butler? „Gdyby twoja sypialnia kryła dla mnie jakieś ponęty, żaden zamek by mi nie przeszkodził”? (z góry przepraszam admiratorów tej powieści, jeśli poziom przekręcenia sięgnął absurdu). 

Otóż to. 
I dlatego nalegałam na wyprowadzkę, skoro dzielenie łóżka ograniczało się do wieczornego w nim czytania i słowa „dobranoc” przed odwróceniem się dooopami i skulenie na przeciwległych łóżka brzegach.
Otóż to.
„A więc” niemal-że szczęśliwa jestem, że dojrzał do takiej decyzji, a że „dojrzałość” tę okazał tak, że całą noc przepłakałam… 
Już nie płaczę. Dobrze mi. Normalniej w każdym razie.
Spokojniej.
A spokój jest mi bardzo potrzebny w kontekście pracy zawodowej, której mam tyle, że nie powinny prywatne smuteczki w niej przeszkadzać.
Otóż to.
„Seksowna koszulka”, ech.
Nawet takiej nie mam. Nawet z dawnych czasów – Mąż nigdy nie był zwariowany na punkcie bielizny ;-)
Nawet pewnie bym już nie umiała być seksowna. Zresztą nie mnie to oceniać. A innych sędziów na horyzoncie brak.
Spokój.
Przyda się na weekendowe odwiedziny rodzinnych grobów. Konfrontacja z rodzicami, ech.
Na poniedziałek też się przyda. Na uczelni dzień rektorski, wykorzystam zatem na nadrobienie zaległości w drugiej robocie.
A w środę wypłata. I pędzę-lecę po Ome. 
Spokój.

powiedziałam no cóż w końcu wszystko ma gdzieś tam swój kres

Że niby twardzielem jestem, zwłaszcza w okolicach dooopy?
Hm, zaatakowana z dwóch stron – bo i przez rodziców, i przez Moją Cholerę - wcale niekoniecznie.
Niedzielne popołudnie i wieczór z gatunku tych najgorszych, wrogowi nie-życzonych. Zresztą ja chyba nie mam wrogów?
W każdym razie przeryczałam całą noc. A rano wyglądałam tak jak się czułam. Dopieściłam się po południu sushi. A wczoraj dopieściłam się aeroboksem. A dzisiaj już tylko słodyczami ;-)
A mój Mąż, który dotychczas agresywnie reagował na moje sugestie dotyczące oddzielnych sypialni, od rzeczonej niedzieli przeniósł się z własnej i nieprzymuszonej woli do salonu. Ki diabeł do salonu, skoro ma wygodniejsze łóżka w trzech innych pokojach (w tym w jednym również z telewizorem)? Ano salon jest najbliżej sypialni. Przez ścianę li i jedynie. A w sypialni jestem ja z kotą. Mąż przychodzi co noc kilka razy. Staje w drzwiach i patrzy na mnie. Albo siada na brzegu łóżka. A ja udaję że śpię.
Dziwnie spokojna jestem jak na kogoś, komu świat się rozpadł na kawałki.
Tyle że chyba nigdy nie był on całością, więc… Był czas przywyknąć przecie.

Teatrzyk Zielona Gęś
ma zaszczyt przedstawić

Koniec świata

Pan Bóg:
Rrrrrrr. Ogłaszam koniec świata. Rrrrrrr.

(Cała kosmiczna kombinacja zaczyna się demontować)

Biurokrata:
Rrrrrrr. Bardzo dobrze. Rrrrrrr. Ale gdzie jest w tej sprawie odnośne pismo z okrągłą pieczątką zaopatrzone tamtejszym numerem przeciągniętym przez tutejszy dziennik podawczy?

(Okazuje się, że takie pismo było, ale zginęło, wobec czego koniec świata wprawdzie następuje faktycznie, ale formalnie nie ma żadnego znaczenia)

K U R T Y N A
spada optymistycznie
Konstanty Ildefons Gałczyński
1947