Archiwum dla Listopad, 2011

Na zakończenie bardzo trudnego dnia.

Tylko piosenka, która ostatnio często mi towarzyszy…

Ach, kochany Augustynie – wszystko minie, minie, minie!!!

Od czwartkowego popołudnia żyję sobie niczym pączek w maśle i dobrze mi z tym.
Moja Cholera odgaduje me pragnienia i spełnia nawet to, czego zapragnąć jeszcze nie zdążyłam.
Inna sprawa, że rzeczone pragnienia zagrypiony człowiek ma raczej przyziemne :-))))))
Godne podkreślenia jest to, że jest w gorszym stanie niż ja, bo rwa kulszowa doskwiera mocno, zastrzyki jak na razie średnio pomagają, po nocach nie śpi a dniami mną się zajmował ;-)
A ja co na takie myśli, mowy, uczynki i zadbania? Ano staram się być taka, jak mając lat 19-20-21 (trzy najlepsze lata w moim życiu :D). Wtedy przyjmowałam hołdy z łaskawością księżnej pani, oszczędnie rozdając podzięki i uśmiechając się od czasu do czasu. Coś więcej? A niby po co. Przecież prędzej czy później każdy facet mnie zrani, wykorzysta i rzuci. Zatem po kilku dniach hołdów raniłam i rzucałam ja (dziś żal trochę że nie wykorzystałam przy okazji, hehe). I tak dalej, i tak dalej (trudno mi dziś uwierzyć, ale miałam dość spore wtedy powodzenie!). I mogłam tak dalej sobie żyć bezstresowo, ale cóż – pierwszy i jedyny facet, którego nie posłałam na drzewo, jest dziś moim Mężem. I wiadomo, jak mnie od dłuższego już czasu traktuje. A takich zrywów pełnych uczuć było już gazylion i każdy uleciał hen, mimo że – a może właśnie dlatego że – wierzyłam za każdym razem bezgranicznie, że teraz to już będzie dobrze i poniżałam się jak………… jakbym się nigdy za młodu po sobie nie spodziewała…
Tak czy tak teraz nie spodziewam się niczego. Znaczy niczego dobrego ;-)

Katar nieco mniejszy, za to wszystkie mięśnie bolą, aż trudno się poruszać. Juto aeroboks muszę odpuścić (oj, szkoda).

Pieniądze… Znów do kitu. Akurat gdy czas na prezenty gwiazdkowe, urodzinowe, imieninowe… Wielce skromne będą. No cóż. Skoro nie udało się wygrać trzech tysięcy (które jakby co wydałabym na same przyjemności, hehe), a zarabia się… no, się zarabia, za to Moja Cholera w połowie miesiąca prawdopodobnie wyląduje w domu i szczerze mówiąc denerwuje mnie to wielce, no ale sorry, ja mu roboty nie znajdę, swoją muszę się zająć. O właśnie.

Ale na razie chcę żyć wieczorami. Fajnymi.

And the winner is…………………….

…………………….not me.

Ale zdobyłam dużo więcej punktów niż zwyciężczyni :-) I nie skompromitowałam się na pytaniu z mojej branży, czego się najbardziej obawiałam – dostał mi się podręcznikowy przykład funduszy unijnych :D Za to dwa inne banalne pytania skopałam, ale inni uczestnicy mylili się jeszcze bardziej spektakularnie. I pomogłam temu i owemu. I ogólnie fajne doświadczenie ;-) Tyle że przeziębiona byłam i włosy mi ułożyli masakrycznie, więc zbyt dobrze wyglądać nie będę (Mąż wprawdzie mówi że byłam najśliczniejsza – oglądał nagranie na żywo, ale bez fonii – ale kto by tam jego opinią się sugerował; swoją drogą chyba mu zaimponowałam i jest dla mnie bardzo dobry, ciekawe ile to potrwa). Ech, dam znać kiedy emisja, podobno jeszcze przed świętami.

A przeziębienie wnerwia mnie.
Zero odporności.
Od lipca, kiedy to powróciłam do pracy w Warszawie, miałam już anginę (początek sierpnia), megaprzeziębienie (koniec września) i kolejne megaprzeziębienie teraz. Jak tak dalej pójdzie, to nie dożyję wieku emerytalnego (wg postępującej reformy 66 lat i 10 miesięcy).

W pracy jestem i nic mi się nie chce.
Nos mi odpada i gorączka telepie.
Amen, alleluja i w górę serca.