Archiwum dla Styczeń, 2012

To nie tak miało być!!!

Pisałam że nie mam ochoty iść do pracy w sobotę? Pisałam.

No to szlag mi robotę trafił.
Poszłam grzecznie na ósmą, zrobiłam to i owo, a tu buch, prądu nie ma.
Liczyłam że zaraz włączą i siedziałam w zimnie, brrrr.
Włączyli i owszem – ale komputer mój odpalic się już nie chciał, resetował się co i rusz.
No cóż – wypisałam część PITów-11 ręcznie, zostawiłam do wysłania i wróciłam do domu szczękając zębami.
Cholera, mam nadzieję że to nie jest jakaś poważna awaria, w zeszłym roku jeden komputer już w robocie „skasowałam”. 
Kurcze, a tak chciałam w sobotę zrobić sporo, żeby tak co najmniej do środy nie musieć tam kiblować wieczorami. 
No a dziś mnie rozłożyło.
Z łóżka wstałam dopiero teraz, na finał ręcznej.
Gorączka, dreszcze, katar, głowa pęka w połowie – gardło ODPUKAĆ na razie nie boli.
Myślę nad urlopem na żądanie na jutro, chociaż brzydzą mnie takie praktyki.
Że nie mam kiedy czytać? Hyhy, już czwartą zaczęłam z tych pięciu świeżo w piątkowy wieczór pożyczonych ;-)
Cholera jasna, psiakrew, słowo honoru, która to już zdrowotna przypadłość w ostatnim czasie?
Za dużo tego, za dużo…
Coś jest nie tak, do stu tysięcy par diabelskich oczu.
Tak w sumie niewiele robię, a i z tym sobie nie radzę.
Przecież znakomita większość „kobiet pracujących” po pracy wraca do domu i jeszcze obiad gotuje czy coś w tym stylu, i dziećmi się zajmuje, itede, itepe.
A ja nie.
Inna sprawa że nie muszę. Gdybym musiała, może i dałabym radę. 
Dzieci nie mam – BO NIE MAM I JUŻ, i nikomu nic do tego, i jestem gotowa oczy wydrapać każdemu kto nazwie mnie egoistką i życzyć będzie zdechnięcia z głodu gdy na starość nie będzie na mnie miał kto pracować, i pozdrawiam wszystkie byłe koleżanki, które odkąd matkami zostały znać mnie nie chcą – więc zajmować się nimi nie muszę, dziećmi znaczy, koleżankami też w sumie nie.
Gotować nie muszę – nigdy nie lubiłam i nie umiałam, przez ponad rok pracy na miejscu jednak się „wyrobiłam” i nawet co nieco przyjemności w pichceniu zaznawałam, no ale teraz po prostu NIE MUSZĘ. Nawet nie to że nie mam kiedy, bo wiecorem od biedy dałoby się żarełko na następny dzień przygotować… Rodzinka jednak – i chwała jej za to – rozumie, że po kiego grzyba mam przygotowywać obiady skoro sama ich nie jem ;-) Moja Cholera coś sam sobie zawsze zrobi, a gdy rodzice pomieszkują u nas obiady są codziennie porządne (no bo co mają do roboty, hehe). Ja NIE MUSZĘ.
Albo że jeszcze się uczą. o.
Na podyplomówkę chciałabym iść, i owszem. Ale to na pewno nie z dwoma etatami.
Tak czy tak czuję się podle.
A z drugiej strony wciąż podświadomość skrzeczy, że w sumie nie powinnam od siebie aż tak wiele wymagać.
Z takim charakterem, z taką psychiką w strzępach, z ledwie zaleczoną depresją i co tam mi jeszcze w tym łbie siedzi.
W ostatnim numerze „Polityki” artykuł o niepełnosprawnych intelektualnie i psychidznie chorych pracujących w sortowni śmieci – czytałam z wdzięcznością, że mój organizm pozwala jednak na „coś więcej”. 
Jak długo jeszcze jednak?
Czuję się wypalona.
Staram się odbudować chociaż osobiste życie. Oboje się staramy.

Moje jedyne marzenie.

Na chwilę obecną, rzecz jasna.
To nie iść jutro do pracy.
I cóż, kiedy trzeba. Bo w lutym chciałabym wszystkie soboty wolne :D I sprawozdania do GUSu czekają, i rozliczenia pracownicze, i sprzedaż do ogarnięcia, i tak dalej po kolei do ogonka.

Rowerki „zaliczone”.
Przypomniałam sobie stare dobre czasy ;-)
Zajęcia prowadził facet – i całe szczęście, babki przy całym szacunku się do tego nie nadają – z humorem i dynamiką, dynamiką znacznie większą niż na zajęciach na które przed paroma laty uczęszczałam. Oczywiście spociłam się jak ruda mysz (nienawidzę tego mojego wielce obfitego pocenia się!) i musiałam swoje w szatni odczekać żeby na mróz tuż po prysznicu nie wychodzić… Ale dojazd na Zachodni z klubu bardzo dobry i udało się zdążyć do biblioteki przed 20. Pięć świeżutkich książek, tylko (kiedy?) czytać :-)
A do domu ledwo się dowlokłam.
Nienawidzę mrozu takiego aż! Oddycham z trudem i w ogóle masakra.
Sauna, grzaniec i…

I jakie to ja mam marzenie, hę?

prywatne życie kasjerki PKP, vol. bodajże 3

No i odpadli szczypiorniści. Trudno się mówi. A tak im dziś kibicowałam ćwicząc na siłowni :-)))
Znalazłyśmy spinning bez dopłaty, o rozsądnej godzinie – tyle że w nierozsądnym miejscu bo Wola. W piątek idziemy na pierwsze zajęcia, tak rozpozawczo – chciłabym dać radę, bardzo spining lubiłam, no ale z Kamionka na Wolę jest kawałek, potem do pociągu takoż, o której w domu bym była, ech… Ale ruszać się trzeba. No nie?

No trzeba, ale dziś po godzinie na zwykłym stacjonarnym rowerze ledwo do pociągu się doczłapałam, a w aucie puściłam muzykę na full żeby nie zasnąć.
Niedobrze.

I wcale nie podoba mi się mróz, nic a nic.
Śniegu trochę i owszem – trochę, żebyśmy odśnieżać nie musieli ;-) – ale mróz kilkunastostopniowy to zabójstwo dla mojego i tak skrajnie wyczerpanego organizmu. I pociągi będą kursować do kitu. Dobrze że duperelkowi zimno niestraszne.

Góry robienia ciąg dalszy. Wczoraj Moja Cholera wkuwriony na klientkę urwał się wcześniej z roboty, no i wykoncypowaliz tatą takie oto coś:

Ścianka się robi, znaczy się. Wczoraj konstrukcja, dziś już płyty przykręcają, a ja się boję że z drabiny mi chłop spadnie ;-) No ale przecież to dla niego nie pierwszyzna, nie każdy jest taką łamagą jak ja żeby się o własne nogi potykać ;-)
Zamarzył mu się własny pokój – no bo skoro ja będę mieć swój gabinet na górze to on co, od macochy? Ścianka zatem będzie na antresoli, od strony salonu przyklei się na niej jakąś fototapetę (Moja Cholera straszy że powiesi tam chustę swoją wojskową – cóż, jak wiadomo urodą ta szmata nie grzeszy, a pani na niej umieszczona wcale nie jest do swego pierwowzoru, czyli ówczesnej damy serca Mojej Cholery podobna :D (rzecz jasna nie jam tą panią jest, ale jam tę panią dobrze zna).

Pachnidełko wczoraj od Mojej Cholery dostałam, no bo nic już mi oprócz Chanela ukochanego nie zostało.
Jakby nie patrzeć, zna jeszcze bestia mój gust.

A propos bestii.
Czy ja coś wspominałam ostatnio o jasności w temacie?
Haaaaa, chciałabym.
Nie mam, do kurwy-nędzy-wędrowniczki, nie mam.