Archiwum dla Luty, 2012

Są powody do mruczenia.

Bo na sobotniej imprezie wypiłam sporo na wcale wesoło.
Ot co.
Czułam się świetnie i podczas picia, i na drugi dzień (obawiałam się kacosensacji, ostatnio mam słabą głowę). Kolega od uczuciowych zawirowań zaliczył natomiast klasyczny zgon zasypiając na środku pokoju ;-) Więcej takich fajnych nasiadówek proszę. A po Wielkanocy również potancówek – już ja chłopaków namówię, ha! Oj, przyjemnie było wysłuchiwać komplementów współbiesiadników, jaka to z nas uroczo dobrana para. Zwłaszcza że ostatnio nie są wcale to komplementa na wyrost, naprawdę nieźle nam razem nie na pokaz (no bo w towarzystwie to często zachwyt wzbudzamy, domowe zacisze natomiast zaciszem nie było, wiadomo).
Dopełnieniem imprezy były kalosze w kwiatki (akurat pogoda roztopowa – ci którzy u mnie byli niech sobie wyobrażą roztopy na drodze dojazdowej, hehe), których o mało w rzeczonym błocie nie zgubiłam w drodze powrotnej około drugiej w nocy. Zresztą zdarzyło mi się parę razy zostawić buty w błocku, jeszcze za dziecięcych czasów kiedy to z duszą na ramieniu przyprowadzałam krowy z pastwiska na polecenie babci (do dziś czuję respekt przed mućkami).
A już całkowicie rozłożyła mnie na łopatki późnonocna debata z Moją Cholerą, już po powrocie…

Bo niedziela cudownie odmóżdżająca.
Poranne rozleniwienie ze śniadaniem do łóżka i zaległymi lubczasopismami plus nieodłączna kota.
A później kotów o wiele więcej. Na wystawie w hali sportowej Koło, która to hala kojarzy mi się z cudownymi godzinami tam spędzanymi przez lat kilka (że o treningu z reprezentacją Polski w siatkówce nie wspomnę, hehe). Mrukotki zauroczyły nawet Moją Cholerę, uparcie twierdzącego że z łogoniastych futrzastych to tylko naszą małą czarną uznaje ;-)
Wieczór pamiętam jak przez mgłę. Książka, radio i padłam jak kawka :-)

Bo poniedziałkowa wizyta u lekarza w miarę bezbolesna :-)
I powrót do domu, i po prostu przytulenie się wieczorem…

I nawet dzisiejszy powrót do pracy niestraszny. Zwłaszcza że tylko na dni dwa.

I uwaga, zapraszamy do reklamy: polecam zieloną herbatę z wanilią z Lidla. Dobry smak potwierdzony organoleptycznie z uśmiechem.

Śnił mi się Ktoś z Dawnych Czasów dla odmiany (to pod wpływem Lady Pank, motywu przewodniego sobotniej nasiadówy). Ech, co jak co ale na koncert bym z nim poszła…

indoor cycling rulez

Bo ponieważ dopiero wczorajsze popołudniowe rowerki pomogły przełamać całotygodniowy marazm i dekadencję. Aeroboks we wtorek i czwartek tylko na krótko podziałał.

„Marazm i dekadencja”, ha, łagodnie powiedziane! Łagodnie tudzież nie do końca z prawdą zgodnie. Bardziej afektywność (nie mylić z efektywnością – efektywność zero) i dwubiegunowość.
Dla przykładu: we wtorkowy wieczór słodka byłam jak miód i kochana jak… jak kiedyś, no ;-) w środę natomiast agresywna tak, że nie spodziewałam się po sobie że aż. Oliwy do ognia dodawała reakcja Mojej Cholery „tak, mnie to gnoisz, a czemu nie jesteś taka wygadana w innych sytuacjach”. Ano właśnie…

Zmęczenie. Li i jedynie.
Dlatego środowa awantura rozeszła się po kościach bardzo szybko, bo on po prostu rozumie i chwała mu za to.

I dlatego czas najbliższy będzie co nieco odreagowujący.
Dziś wieczorem impreza u kolegi od uczuciowych zawirowań.
Jutro rano tradycyjne gofry i kawa z pianką ;-) a później wystawa kotów.
W poniedziałek lekarz (no, tu akurat średnio przyjemne odreagowanie, chociaż będąc od 14. roku życia pod stałą opieką ginekologa badania nie robią już na mnie wrażenia, ale boleć zawsze boli).
Wtorek kino – wejściówka z pracy, grzech nie wykorzystać ;-)
Środa mecz Polska-Portugalia, szkoda że tylko w tiwi…
Czwartek-sobota wSPAniały relaks, mam nadzieję.
A niedziela, cóż? przygotowanie się do tradycyjnie pięciodniowego roboczego tygodnia – no bo ten najbliższy będzie miał tylko dwa dni robocze :-)

Poza tym co?
W pracy mówią że schudłam.
Hm, waga pokazuje że wcale ależ nie ;-) ale ciało tak jakby nieco się zmieniało, spódnica jeszcze niedawno zbyt opięta na biodrach nieco ładniej się układa.
Zawsze to miło.

Pogoda rujnuje zdrowie. Gardło boli cały tydzień i nos zatkany jakimś ropnym świństwem. A przez to wiuuuu! spać nie bardzo mogę.

Dobra, dość narzekania.
Że o jakimś tygodniu relaksu pisałam, no nie?
No tak.
Tylko jeszcze kilkanascie faktur wystawię i wyciągi bankowe wprowadzę.
Ot, sobota pracująca.

forever and a day

Wczoraj wieczorem początki anginy. Naszpikowana medykamentami (a nuż uda się zdusić bez antybiotyków? ok, nigdy się nie udało, ale może teraz?…) pożegnałam urodzinowych gości tuż po walce Kliczki.
Sen krótki i niespokojny. Z dwójką bohaterów. Wojtek i ja.
Ot, mam za swoje powroty do przeszłości.
Obudziłam się ze ściśniętym gardłem. No dobra, przyjmijmy że to angina je ciśnie…
Na paluszkach dreptałam po domu w poszukiwaniu samograja i niby po omacku znaleziona ta piosenka…

A potem tylko spojrzałam na kotę zwiniętą w kłębek w samym rogu łóżka. Dlaczego nie leżała przytulona do mnie swoim odwiecznym trzyipółletnim zwyczajem?…
Cóż, jeśli się uczyć to od najlepszych. Prawda?
Też zatem zwinęłam się w kłębek. Jestem raczej słabo rozciągnięta i długo w takiej pozycji wytrzymać nie mogę… ale nie dziś.
I skupienie na jednym jedynym doznaniu.
Tam w głowie?
Tam niżej?
Tam gdzie najbardziej boli?
Tam gdzie nikt nigdy wcześniej?

Dziś mam dwadzieścia lat. No, ewentualnie jeszcze kilka tygodni po urodzinach dwudziestych pierwszych.
Nazwisko z początku, a nie końca alfabetu :-)
Kilkanaście kilogramów więcej.
Wszystkie siwe włosy mniej.
Czerń na głowie zamiat obecnych rudoblond pasemek.
Długie paznokcie pomalowan na czarno.
Nie zmęczona nigdy. Ani po nudnych wykładach, ani po nocnym zakuwaniu, ani po całych dniach za konsoletą, ani – to szczególnie i najczęściej – po imprezowych maratonach.
Z nieodłącznym papierosem i piwem. Pół kroku za śmiałymi koleżankami, ale dziwnym trafem bardziej niż one zauważana.

Tak… tak… to ja…
Gdyby nie zdjęcia i wspomnienia w pamiętnikach papierowych zawarte (tudzież u zarania tegoż bloga) – nie uwierzyłabym.

Dwa lata ledwie z trzydziestu dwóch.

Paradoksalnie – dają siłę.

A takie sny, jak ten dzisiejszy, pomagają z uśmiechem życzyć Mojej Cholerze wszystkiego najlepszego z okazji urodzin :-)))

A Wojtek, cóż… Tradycyjnie dedykacja. Do następnego :-)