Archiwum dla Marzec, 2012

W transie, vol.2

Auto-maniacza scenka rodzajowa z wczoraj.

Otóż kościół jest w mojej miejscowości. Około 800 metrów od nas, dojście asfaltówką, chodnika niet (zaczyna się przy kościele ;P). Tak czy tak niedaleko. Parafia dość obszerna, zatem na wszystkich trzech niedzielnych mszach świątynia zapełniona wiernymi, a plac przed świątynią samochodami tychże wiernych.
No ale nic to.
Samochodu naszych sąsiadów na placu nie ma. A czemuż to? Otóż we mszy uczestniczy jedynie jeden członek rodziny, dziesięciolatek. Ojciec przywozi go samochodem do kościoła, wraca do domu, po niespełna godzinie po pociechę przyjeżdża i razem udają się w rodzine pielesze.
Przypominam uprzejmie: 800 metrów.
Wyjątkiem (ału, ałuuu) nie są. Nawet mieszkający trzy chałupy od kościoła przyjechali autem. Serio. 
A my po mszy wybraliśmy się na dziesięciokilometrowy spacer (zamiast rowerowej wycieczki – za bardzo wiało, Moja Cholera nie ma na tyle kondycji żeby przejażdżka w taką aurę była przyjemnością nie udręką). Ot, wieśmaki starej daty :-)
Wiosna.
Marzanna utopiona, a zastępcza Mariolka ożywiona. Wczoraj. 
Ignoruję jak na razie. Ignoruję w miarę możliwości, odciąć całkowicie się nie da.
Zraniona duma krwawi. Tylko ktoś tak podrzędny (za słabo powiedziane!) może się mną zainteresować? O ile to jest interesowanie a nie robienie sobie ze mnie jaj… nie no, to jeszcze w lecie ustaliłam, jaj tu nie ma, co wcale wielkim pocieszeniem nie jest.
Dobrze że teraz mam większe oparcie w Mojej Cholerze.
Na wagarach z drugiej pracy właśnie jestem. Pierwsza mi dała wystarczająco w kość. Zresztą druga również od rana samego. No bo wyjechała sobie na tygodniowy urlop prawa ręka szefa, jedyna osoba która posługuje się biegle angielskim w firmie, reszta ledwie po parę słów ;-) I co zatem? Ósma punkt telefon do mnie, żebym przetłumaczyła jakieś tam rzeczy co trzeba pilnie szefowi wysłać. Wysłali mi to tłumaczenie na służbowego maila – baranki boże, no jak ja mam odebrać, skoro w ramach cięcia kosztów z usług Ogicomu zrezygnowano? No dobra, raz jeszcze na prywatny. Ledwie przetłumaczyłam i odesłałam, dzwoni komórka – szef, znaczy Angol, znaczy oczywiście z pretensjami do mnie, bo TIR z towarem miał przyjechać z samego rana, czemu go jeszcze nie ma? Mam się dowiedzieć i zaraz do niego oddzwonić! Dziad stary, no ja mam do niego do UK z własnej komórki dzwonić? Szybki telefon do firmy zatem, niech dzwonią do przewoźnika co się z autem dzieje – za moment telefon „ale nikt tam nie odbiera” – no to dzwońcie bezpośrednio do kierowcy, nr tel powinien być na CMRce, mówię – a gdzie jest CMRka? – nie no, mało mnie szlag nie trafił; w koncu jakos się tam dodzwonili, ma dojechać za dwie-trzy godziny, informuję szefa mailem, koniec bajki. I wszystko to czterdzieści km od biura, psiakość, a moja własna pierwsza robota czekała. Cóż, kiedy kierowniczka też lata na kilka frontów… :D
Bony świąteczne już dziś dostałam. Zawsze to coś…
No i odkryłam niespodziankę, jaką szykuje dla nas Moja Cholera. Właściwie to od początku, czyli od tygodnia się domyślałam. Zbyt dobitnie zapytał w ubiegłą sobotę, czy na pewno mam wolny kwietniowo-majowy dłuuugi weekend (a mam wolny – najpierw kazali nam wszystkim wziąć urlopy, potem jednak ustalono że mają być dyżury, a ja się wypięłam – i tak nic się nie będzie działo, po co mam tracić czas i kasę na dojazd, niech miejscowi dyżurują). Już dawno ustaliliśmy, że Bieszczady odwiedzimy w tym czasie, ale że ostatnio kiepsko finansowo znów było, zapowiedziałam że nici z wyjazdu, ważne spłacenie długów z zimy… Po czym przez cały tydzień mówił o tej niespodziance, ja się podśmiewałam, bo w zasadzie żadna niespodzianka mu się nie udawała, wszystko wykrakał zawsze przed czasem (ot taki charakter). Z drugiej strony przede mną trudno jest coś ukryć, nie żebym specjalnie szpiegowała, ale tak jakoś za dziecięcych czasów wszelkie gwiazdkowe czy urodzinowe prezenty odnajdywałam długo przed czasem ;-) Tak czy tak gdy wczoraj po spacerze zamknął się z kompem w sypialni ze słowami „nie przeszkadzaj”, to niemowlak by się domyślił. Po wszystkim tylko zajrzałam w historię (jasne że jej nie wykasował) – same kwatery w Bieszczadach, no to się wściekłam, dostał ochrzan, po czym się okazało że kwatera od dawna zarezerwowana jest, tylko że kolega z którym jedziemy chciał jeszcze inne warianty sprawdzić… piździu piździu, nieważne, nijak mi się to nie podoba! Owszem, bardzo boleję nad tym, że wyjazdów wakacyjnych u nas jak na lekarstwo, ale teraz absolutnie nas na to nie stać!!! Oczywiście uniósł się jakimś tam honorem „ja zrobię wszystko żebyśmy pojechali” – odpowiedziałam, że jak w kwietniu zarobi na spłatę wszelkich zaległości i jeszcze na wyjazd to proszę uprzejmie, ale inaczej nigdzie się nie wybieram.
No – zobaczymy.
W przyszłą środę nareszcie fryzjer. Koniec wypłoszowatości znaczy się.
I słońca jak najwięcej być musi! Bo blada jestem niemiłosiernie. Blada czyli żółta. Błeee.
W sobotę nasiadówa u kolegi od uczuciowych zawirowań mnie ominęła, przed samym wyjściem jakieś sensacje żołądkowe (u mnie!!! wtf???), zatem wieczór w łóżku ze świeżo odkrytą audycją w radiu internetowym.
I tak jest najlepiej.
Nie że żołądek. Że radio i łóżko. I ja. 

Tran-s-portowo.

Bo ja jestem wielkim zwolennikiem zbiorkomu - co chyba widać, słychać i czuć :D – i stąd moje spaczone specyficznie poglądy na temat ilości samochodów prywatnych na polskich drogach oraz celowości tychże samochodów użytkowania.
Zwłaszcza przez rodziców podjeżdżających furami pod podstawówkę dwie ulice dalej, aby pociechę do szkoły zawieźć. Taaak, wiem że mówię tak bo sama nie mam dzieci ;-)
Albo przez pracowników jadących autem do pracy w sąsiedniej dzielnicy, bo przecież zbiorkom to obraza boska, a we wlasnym aucie mam klimo, piloto i laptopo.
I tak dalej, i tak dalej.
W swoim ogródku podwarszawiaków też kamyczek dołożę – stacja kolejowa pod nosem nieraz, a i tak autami się tłuką. Bo obciach inaczej.
Wrrrr.
Ja tam korzystam ze zbiorkomu i własnych nóg (OK, do stacji muszę dojechac autem, fakt) – jest szybciej, taniej i przyjemniej. Stojąc autem w korku książki sobie nie poczytam raczej, a w pociągu i owszem tak ;-) idąc po ulicy też :-)
Serio wprowadziłabym jakieś ograniczenia wjazdu prywatnych aut do miast, karała surowymi mandatami i może by się ta chora wg mnie sytuacja jakoś odmieniła.
No ale ja nie rządzę ;-) i ani mi się to śni ;-)
Ech, gdzie te czasy kiedy mieszkając w Warszawie byłam ekspertem od komunikacji po mieście ;-) Wszelkie połączenia między dzielnicami miałam w małym paluszku. Fakt że rozkłady jazdy nie zmieniały się tak jak teraz…

A tak w ogóle to ja chciałam o rowerach, bo weekend pod ich znakiem.
Wczoraj dwie godziny indoor cycling na dobry początek.
Dziś rowerkeim do pracy – w koncu go wyciągnęłam po zimie ;-) oboje nie mieliśmy czasu przygotować sprzętu do sezonu (ech, praca po całych dniach…), więc tylko sprawdziłam ciśnienie w oponach i sru, po pracy go wyczyszczę :-) fajnie się jechało, 4 km pod wiatr bez problemu (jednak nie straciłam formy, indoorki pomogły!), z powrotem będzie kilometrów sześć ulubioną drogą nad lasem…
A jutro dłuższa wycieczka, już we dwoje.

„Rower to mój świat”, że tak Janerkę zacytuję.
Chociaż wczorajszy trening pod znakiem innej piosenki „w klimacie”. Mało nie spadłam z roweru, słysząc ten kawałek po latach :-)

A pozatransportowo?
Pomału do przodu.

…and all the dreams we’ve had, I will carry on…

Że niby wiosna już tak naprawdę – i astronomicznie, i kalendarzowo, i pogoda się nawet zlitowała?

Ano zlitowała, powodując tłok na „mojej” krajowej ósemce. Kto żyw wyciągnął auto z zimowego letargu i jedzie się w kolumnie.
Damy radę. Niestety ja z dojazdu autkiem do stacji kolejowej zrezygnować nie mogę. 23 kilometry rowerem głównie po rzeczonej ósemce… No niekoniecznie ;-)

Oby mnie w ogóle stać było na te dojazdy.

Zaczynam mieć dość, wiecie? Dość niedojadania, obszarpanych dżinsów, braku życia kulturalnego, zmęczenia przekładającego się na brak koncentracji i żadnych nadziei że będzie lepiej.

A najbardziej dość tego, że tylko ja się tym przejmuję.

Oraz przyznaję się bez bicia: tak, nie podejmuję żadnych decyzji.
Bo czasu ani sił na to nie mam.

Sukces jakikolwiek potrzebny. Na gwałt albo i bardziej!

Teatrzyk Zielona Gęś
ma zaszczyt przedstawić


„Dyskusję”

Dyrektor-Najmniejszego-Teatru-Świata:
Oto macie charakterystyczny przykład dyskusji, gdzie każdy mówi na inny temat, a wszyscy nie na temat. Posłuchajcie…

Przewodniczący:
Otwieram niniejszym dyskusję nad prelekcją kol. Pomidora pt. „Moje wrażenia z podróży do Świdra”.

Królikowski:
Co do mnie, mieszkam w Milanówku i się dziwię, że ob. Pomidor nie
wspomniał ani słowem o Milanówku. Ja cały czas notowałem. O Milanówku
ani słowa. Nas nie dostrzega, co?!

Świerszcz:
Ja właściwie nie umiem przemawiać, ale pozwólcie państwo, że… (tu
następuje dwugodzinny wybuch wulkanu wymowy, nie mający nic wspólnego z
tematem)

Macierzanka:
Ja chciałabym dwa słowa na temat Balzaka. Dlaczego np. w jednej
księgami jest Balzak, a w księgami naprzeciwko nie ma Balzaka? Dlaczego?
Skończyłam.

Siłacz:
Ze względu na spóźnioną porę proponuję zamknięcie dyskusji.

Przewodniczący:
Ze względu na spóźnioną porę zamykam dyskusję.

Cały szereg osób:
(budzi się i wychodzi)

K U R T Y N A

Konstanty Ildefons Gałczyński
1950