Archiwum dla Kwiecień, 2012

Polskie Koleje Popierdolone. Że hej.

O wtorkowym staniu w polu już pisałam.
Wczoraj w drodze powrotnej prawie godzina kiblowania gdzieś przy Zachodnim, bo na Ursusie stał inny pociąg zepsuty.
Dziś wieczorem, ledwo żywa po dwóch godzinach rowerków, z artystycznie zamotanym turbanem z szaliczka na głowie (no co! włosy miałam mokre od potu, trzeba było zakryć), odstałam kilkadziesiąt minut na peronie, bo gdzieś tam w tunelu wcześniej się jakiś skład zaklinował i nic dalej nie puszczali. No super. Jako że wczoraj w kiblowaniu przeczytałam całą świąteczną „Politykę”, dziś rada-nierada zapakowałam do torby aktualnie czytanego ponadtysiącstronicowego Folleta – oj, przydał się ;-)

Serio, zimą było dużo lepiej.
No ale cóż. Autem jeździć nie będę, nie stać mnie. Pozostaje mieć nadzieję, że Moja Cholera będzie mieć roboty gdzieś „po trasie”, żebyśmy jak największy odcinek drogi razem pokonywali. Zresztą nie tylko finansowo jest to fajna sprawa, te wspólne ranki i wieczory w aucie ;-)

A teraz będzie wspólnego bardzo dużo.
Jutro wyjazd z samego rana – ja oczywiście jeszcze nie dopakowana ;-)

Będzie fajnie. No nie???

PS. Pytania proszę zadawać jeśli macie ochotę, ostatnia notka na dole ;-)

Magia i ja? To się musi przecudownie rypnąć.

Rypło się zatem we wtorkowy poranek. Krew z nosa, tak
niespodziewanie z niczego. I  tak sobie romantycznie siedziałam w łazience
na „tronie” z głową pochyloną do przodu, szmatą przy nosie i mokrym
ręcznikiem na karku. Przejść nie chciało, psiakrew, aż w końcu stwierdziłam że
nie ma co rumakować, urlop na żądanie i Mąż wiezie mnie na ostry dyżur. I co?
Od razu po krwotoku :-/ Ech, pieprzone poczucie obowiązku! Cóż poradzić,
posprzątałam krwawe pobojowisko w łazience i sru do roboty. Pociąg zatłoczony
wielce, zostałam wciśnięta w podest dla niepełnosprawnych, jedziemy sobie
radośnie, a tu jedno-drugie-trzecie szarpnięcie i stoimy w polu. I tak godzinę.
Gimnazjaliści egzaminacyjni wyskakiwali na tory ;-) więc zrobiło się cokolwiek
luźniej, ja tam czekałam aż ruszymy i się doczekałam, ale do pracy spóźniłam
się godzinę. Po pracy chojrakowato udałam się na aeroboks i musiałam
zrezygnować po półgodzinie, za bardzo kręciło się w głowie. Mi. No cóż, do domu
i do łóżka.
Jakoś żyję.
Wczoraj wpieprzyliśmy się po południu malowniczo w korki na Mokotowie, przez co
dotarłam bardzo późno do drugiej roboty, nie  zrobiłam wszystkiego i muszę się dziś jeszcze pofatygować po siłowni. Kiedy ja się spakuję w góry, hę, skoro jutro wrócę z rowerków dopiero około 21? taaak, mogłam sobie odpuścić te rowerki, ale nie odpuszczę – przytyło mi się haniebnie, nie wiem jak ja to zrobię ale się cholerstwa do lata pozbędę, o!

Ech, przyda się odpoczynek.

Chociaż optymistyczne prognozy pogody cieszą mnie tak sobie – trzeba będzie full ciuchów brać, i „na ciepło”, i „na zimno” bo ranki i wieczory zwłaszcza w górach do upalnych nie należą. No i słabo się czuję, całe szczęście jedziemy w towarzystwie niezbyt kondycyjnie wygórowanym, więc moje wleczenie się jakoś ujdzie.

No i w górach odchudzać się chyba nie ma sensu? :-))) Nie no, chociaż słodycze itp. okropieństwa odpuszczę.

A poza tym słucham sobie optymistycznych piosenek. Ot na przykład takich:

PS. Pytania przyjmuję do końca przyszłego tygodnia, jakby kto jeszcze chciał :-)

a kind of magic

Z soboty na niedzielę, 21:00 – …ciut po trzeciej.
Ta noc do innych była niepodobna.
Śmiem twierdzić, że od paru ładnych lat nie spędziłam tak cudownych godzin.
Ot, jak niewiele aŁ!torce trzeba. Cisza, spokój, kota w pobliżu, kieliszek wina, wymiana esemesów z Porcelanową i rozkoszowanie się muzyką w pewnym internetowym radiu. I dzielenie się na fb wrażeniami z innymi słuchaczami. Zgodnie stwierdziliśmy, że KOSMOS, tak po prostu oczywiście.
W gardle słony smak, ale to było jedynie kilka łez, radości łez.
Cieszę się przeogromnie, że jeszcze potrafię cokolwiek czuć…
Mąż wrócił z fuchy jakoś około drugiej… zdziwił się wielce że jeszcze nie śpię, spojrzał raz i drugi… „Jesteś jakaś inna. Taka jak dawniej”.
Mogłam się tylko uśmiechnąć i wtulić w jego ramiona, co niniejszym uczyniłam :-)))

Spałam bez przebudzenia, bez żadnych snów, mocno i twardo do dziewiątej. Dawno nie obudziłam się taka… spokojna :-) Tradycyjne śniadanie do łóżka, kawa na tarasie… Pogoda piękna, więc oczywiście rower – miał być w samotności, ale jednak z Moją Cholerą, zdziwiłam się że nie chce dłużej odespać ciężko pracującej soboty ;-) Kondycji to on za bardzo nie ma, więc zaplanowałam „z dziesięć kilometrów… no, góra piętnaście”. Skończyło się na dwudziestu siedmiu i szalonej ucieczce przed deszczem (skąd się nagle wzięła ta chmura?). I żadnych pretensji! Tyle że zasnął mi jak aniołek o dwudziestej drugiej :-)

Co by tu zrobić, żeby magia trwała, hm… Melodia wciąż brzmi :-) Na przykład ta…

PS. Pytań trochę się już zebrało, na pewno odpowiedzi trzeba będzie rozbić na kilka notek (przed weekendem raczej nie zdążę nawet zacząć), ale chętnie przyjmę na mą wątłą klatę kolejne :-) Gwoli ułatwienia: pytania o to, dlaczego nie chcę mieć dzieci i co by się stało gdybym jednak w ciążę zaszła padły już parokrotnie ;-)