Archiwum dla Maj, 2012

time after time

Baby, ach te baby, jak Wy znajdujecie czas i siłę na blogowanie częste?
No bo ja nie znajduję.
Praca numero uno – wiadomo ;-) Praca numero due – jak jestem w niej sama, można sobie na blogi pozaglądać, ale ostatnio albo oba Angole (szef i handlowiec znaczy) siedzą i debatują, albo obie księgowe (główna i ja) siedzą i bilans klecą, a ostatnimi czasy i to, i to :P Musiałam zrezygnować z fitnessu we czwartki, przeniosłam na środę, jestem w robocie trzy popołudniowieczory w tygodniu plus cała sobota… I jak się to ma do moich ambitnych planów obejrzenia wszystkich spotkań Euro 2012, hę??? No nie dam rady, w życiu nie dam rady. Buuu. Chlip chlip. Rycz mała rycz, płacz maleńka płacz… Krzewienie kultury fizycznej mocno ucierpi na rzecz kibicowania w kapciach (będą szybkie rowerowe przebieżki między jednym meczem a drugim plus niedzielne długie wypady), no ale robota ucierpieć nie może.
W każdym razie wracając do „blogasków”, czasu nie mam. Ani siły.
No bo jak już się do domu dotelepię, to ostatnia rzecz na jaką mam ochotę to odpalenie kompa (nie licząc sobotnich wieczorów – kojące dźwięki w radiu internetowym). Zwłaszcza że laptop stał się nam stacjonarny – zasilacz po raz kolejny przylutowany, ledwo się trzyma więc sprzęciora ze stołu się nie rusza. Do czasu kupienia nowego lapka (za co? za CO?? ZA CO???) koniec z netowym surfowaniem w łóżku (chociaż i tak rzadko mi się zdarzało).
„A więc” mało mnie ostatnio w wirtualnym świecie i przez najbliższy miesiąc nie zapowiada się na więcej.
Ktoś tęskni w ogóle, hę???

Plany letnie się krystalizują. 30 czerwca teatr muzyczny (jak ja dawno się nie ukulturalniałam!), tydzień później wypad do Poronina (dziękować Kierownikowi!), jak najwięcej weekendów nad morzem (czytaj: oby chociaż jeden), a na wrześniowy dłuższy urlop na razie zaproponowałam Toruń, z wielką aprobatą zresztą – dwa lata już w naszym mieście nie byliśmy…

Tylko kasa-misiu-kasa…
Cóż, przyszło do tego że zarabiam więcej niż Moja Cholera. Dla nas obojga jest to krępujące. Mówiłam już, że jestem staroświecka?
Mniejsza o to że krępujące, większa o to że ogólnie pula znacznie mniejsza. Nie wystarcza nam, serio nie wystarcza. Tniemy wydatki maksymalnie, bardziej już chyba nie można… No dobra, można by było zrezygnować z planowanej na najbliższą sobotę wizyty u kosmetyczki (ale na to kasa już od dawna odłożona) i późniejszego sushi na mieście (z grupona za pół ceny… na co dzień żywimy się kanapkami), ale coś z życia trzeba mieć.

Ano trzeba.

A co ja miałam z życia w ostatnią sobotę? Zgrzytanie zębów i płacz do wewnątrz.
Mąż zaprosił gości na wieczór. Przyszłych sąsiadów znaczy się. Rozpalilismy grilla, nabyliśmy drogą kupna odpowiednią ilość piwek… Było miło. Tak mi się przynajmniej wydawało. Spędziłam dobre kilkadziesiąt minut sam na sam z siedmioletnią sąsiadeczką i okazało się, że jednak nie połykam dzieci w całości ;-) Generalnie rozmowa się toczyła wartko, ja jak zwykle na drugim planie, odzywając się tylko gdy miałam coś do powiedzenia… A co sąsiad in spe na to? Otóż przez ostatnie dwie-trzy godziny pobytu co chwilę wtrącał niby żartem „musimy się już zbierać bo Arietta jest zła” bądź „Arietta jest zdenerwowana i chce żebyśmy już sobie poszli”. Mąż o mało go za drzwi nie wyrzucił za takie głupie gadki. No przepraszam bardzo, to że jestem dość wycofana, że nie gadam jak nakręcona itede, itepe znaczy że odstraszam gości i mają sobie iść? Już po wszystkim zasypałam pytaniami Moją Cholerę – czy może faktycznie miałam jakąś skwaszoną minę, czy jakimś gestem mogłam dać do zrozumienia że cokolwiek mi sie nie podoba… Jest szczery w takich sytuacjach. Powiedział że nie, ależ skąd, że jak na siebie to i tak byłam bardzo otwarta ;-) Tak czy tak humor miałam do bani, przypomniały mi się od razu wszystkie takie sytuacje z przeszłości na czele z tą, gdy Mąż w gniewie powiedział mi, że stracił przez moje zachowanie wszystkich znajomych (wciąż mu wybaczyć tego nie mogę – jeśli potracił znajomych to przez swój egoizm i poważanie jedynie tych, którzy mogą mu dać wymierne finansowe korzyści; miał taki paskudny okres w życiu,  zrozumiał swoje błędy ale do końca wszystkiego się nie naprawi).
I odechciało mi się poznawania nowych ludzi.
A może nie tyle samego poznawania, co prób wejścia na poziom ciut wyższy niż poznanie.
No bo skoro moje zachowanie jest tak opacznie interpretowane, cóż… Chyba próby udawania duszy towarzystwa byłyby tym bardziej żałosne.
Inna sprawa, że od towarzystwa rzeczonego wiele też zależy. Przecież kiedyś brylowałam na spotkaniach i ludzi z Bardzo Poważnej Firmy, i młodych dyplomatów… Miło powspominać.
Jestem odludkiem. Koniec, kropka. Komu nie pasuje, niech się odpiermandoli z łaski swojej.

A żartów z siebie znieść nie mogę i nigdy nie zniosę.
Trauma z dzieciństwa nie minie. Nie tylko pod tym względem, ale tu jest najbardziej widoczna tudzież namacalna.
Z wiekiem (i urzędem, hehe) nauczyłam się podchodziś do siebie z dystansem i ironią, ale jakiekolwiek „żarty” bliźnich przyjmuję bardzo emocjonalnie i… I doła łapię, otóż to.
Moja Cholera też nie miała łatwo za młodu, ale jakoś potrafił pokonać większość demonów z dzieciństwa. Ja nie.

A propos pytania dlaczego nie chcę mieć dzieci?
Właśnie dlatego.
Żeby nie były ofiarą okrucieństwa rówieśników.
Akcja „Tygodnika Powszechnego” dotycząca odłożenia pierwszej spowiedzi mierzi mnie. Że niby dzieci w tym wieku nie grzeszą ciężko, że nie potrafią być okrutne.
Potrafią, są i nie znam osoby, która wie o tym lepiej ode mnie.
Żeby one same nie były katami dla słabszego kolegi.
Żeby nie stały z boku patrząc jak ktoś jest katowany. I fizycznie, i psychicznie.
Żeby nie oberwały próbując przyjść słabszemu z pomocą.

Nie umiałabym dobrze wychować dziecka. Wciąż patrzyłabym przez pryzmat własnych jakże bolesnych doświadczeń, o których mimo upływu lat zapomnieć nie mogę…

Zejście.

Mniej więcej od połowy ubiegłego tygodnia poradzić sobie nie mogę z dramatycznym spadkiem nastroju.

Nie pomogła zdwojona ilość pracy (w piątek ledwo zdążyłam na rowery, w sobotę wyszłam dopiero o 18).
Rzeczone rowery też nie pomogły. Może dlatego, że w pierwszej godzinie trener zapodał jakieś transy zamias zwyczajowego rocka.
Nie pomogła piątkowa sauna.
Nie pomogła Noc Muzeów (z rzeczy ciekawszych: śmigłowce, Sejm i koncert Deep Forest, że o jeździe starymi „ogórkami” nie wspomnę), którą ogólnie bardzo miło razem z Moją Cholerą spędziliśmy.
Nie pomogła też wczorajsza rowerowa eskapada, 40 km po okolicy. Musujący sikacz wieczorem takoż nie dał rady.
Ósma na zegarze, powinnam być już w drodze do Lublina (zwyczajowa kontrola u lekarza), ale wstać z wyra mi się nie chce.
Tak, pieniądze – czytaj: ich brak – ma(ją) na mój żałosny stan największy wpływ.
Podobno szczęścia nie dają i jestem skłonna się z tym zgodzić. 
Mniejsza o szczęście – mi dają tlen. Są niezbędne do życia, znaczy się. Nie ma ich – nie żyję.
A aktualnie nie mam. Dziś czy jutro Moja Cholera ma rozmawiać z szefem – kurcze no, samo słowo „szef” mi tak nie pasuje że głowa mała – na temat podwyżki. Moim skromnym zdaniem za wcześnie, skoro jeszcze tak czy tak żadnj kasy nie dostał ;-) jestem cholernie podejrzliwa i nieufna, boję się że facet zwyczajnie go oszuka. Z drugiej strony nie wygląda mi na cwaniaka, ot ktoś kto po prostu obecnie ma więcej szczęścia i układów niż Moja Cholera (bo jakością wykonania to absolutnie dołuje, hyhy). No nic, zobaczymy. W każdym razie obecna zarobkowa perspektywa nie jest wesoła. Musiałam uszczuplić o 1000 zł żelazną rezerwę i w najbliższym czasie nie ma szans na odrobienie. Lato się zbliża, ja jakoś je przetupię w tej garderobie co mam, ale Moja Cholera nie ma prawie nic. Przy domu tez wiele do zrobienia. Półki na górze czekają na zapełnienie książkami – cóż że skończone, skoro z racji rzeczonego na wstępie doła nie chce mi się, najzwyczajniej w świecie nie chce mi się książek ułożyć??? no i oczywiście pozostałego wyposażenia biblioteki brakuje, z biurkiem na czele :-) Aha, no i chodnik nareszcie mamy – Mąż pierwszy raz w życiu kładł kostkę brukową i całkiem nieźle mu wyszło, ale podjazd do garażu zostawimy tym którzy bardziej się na tym znają, zresztą i tak na razie funduszy nie ma.
Wczoraj tak jakoś zajrzałam na profil Danielowej żony na fb. Ależ przytyła! znaczy się nie odzyskała figury po dwójce dzieci. Daniel natomiast prezentuje się przeraźliwie smutno i staro! On i staro! Gdy się poznaliśmy w 2000 roku, pewna byłam że podobnie jak ja wcześniej rozpoczął edukację i jest bardzo młodym studentem, a tu się okazało że jest parę lat ode mnie starszy… Wyglądaliśmy razem jak dwójka dzieciaków, ot co. A teraz? Jest w wieku Mojej Cholery i wygląda na tyle, a nawet starzej, co wydawało się niemożliwe. Za to z moim chłopiną czas obchodzi się w miarę łaskawie, o ile kiedyś ludziska stawiali na nawet 10 lat różnicy między nami, teraz to się wyrównuje. 
„A więc” z takimi właśnie emocjami na Daniela patrzyłam. Że smutny i stary. Nie że kiedyś wielbiony…
A profil na NK skasowałam jakiś czas temu. I tak rzadko zaglądałam. Zresztą zastępcza Mariolka mnie na nim prześladowała.
A propos Mariolki… Smutno mi i źle po 123456789012345678901234567890 nieudanej próbie „zrobienia coś z tym”.

Się podobają odpowiedzi? Się cieszę.

Serio nikt nie wie, kto zacz Emilia Byrd Starr?
Znaczy się faktycznie ze mnie stara niedzisiejsza dooopa :-)
Poza tym niefajnie się z komentarza dowiedzieć, że nie ma się pracy, gdy ma się tak fatalne zdanie o własnych umiejętnościach i przydatności. Zweryfikowałam czym prędzej następnego poranka u jednego pracodawcy, po południu u drugiego – pogłoska okazała się fałszywa :-)
Pani Kierownik o(d)powiem osobiście na Mariolkowy temat już niedługo, mam nadzieję.
A co do tfu!rczości pozablogowej, hm… Starocie wszystkie powywalałam w szczytowej fazie depresji pod koniec 2006 roku. Zostały li i jedynie wiersze z podstawówki :P „Generalnie” gdy próbuję stworzyć coś co mogłoby być samodzielnym tworem, wychodzą gnioty, wyskrobki i popłuczki, niewarte niczego poza unicestwieniem. Musiałabym mieć przy sobie 24 godziny na dobę sekretarza, notującego moje złote myśli („złote myśli” – cóż za megalomania!) i nie pozwalającego mi tychże notatek wyrzucić w pisssdooo.
Może kiedyś coś stworzę, kto wie. eM-Że – nie musisz kupować, będziesz miała dość tego mojego dziełka jako jego redaktor :P

Czas wrócić do rzeczywistości.

Z cyklu „szurnięci naukowcy”:
Pan Profesor (filolog, wiek z wyglądu 70-75 lat), oburzony gdy kazałam mu podpisać rozliczenie: – Już nie pamiętam, kiedy coś ręcznie pisałem. Cóż za strata czasu i energii te podpisy.
Moi rodzice (w podobnym wieku) po usłyszeniu tej historii stwierdzili, że co jak co ale facet przesadził.

Z cyklu „kochana rodzinka”:
(Reckless nie czytaj tego, bo szlag Cię trafi! nie tylko Ciebie zresztą)

eM, siostrzenica znaczy się, 24 lata, kończy studia humanistyczne w tym roku. Pracą dotychczas nieskalana, znalazła posadę. Ileż na niej wytrzymała? dwa czy trzy dni! bo miały być nienormowane godziny pracy, a tu od niej obecności wymagają! oczywiście poskarżyła się narzeczonemu, narzeczony jej mamie czyli mojej siostrze, a siostra naszej mamie, która bardzo takie sprawy przeżywa i już była gotowa poratować biedną eM. kolejną sumką pieniędzy, ale tata się zbuntował, wszyscy się pokłócili, a ja śmieję się w kułak.

Z cyklu „do pracy rodacy”.
Cóż się robi w kryzysie? Zaciska się zęby i ma się znów szefa, od czego, znaczy się posiadania szefa, zdążyło się odzwyczaić przez lat siedem czy osiem. I co? Jajco holenderskie. Zęby w robocie zaciska, a w domu śmiejemy się razem z pożal się Boże wielkiego biznesmena-fachowca, który odwala fuszerkę najtańszymi materiałami, nic a nic się nie znając na robocie, no ale przecież po paru dniach się mu tego nie powie. Robi zatem Moja Cholera swoje, przy okazji uczy innych pracowników (bo mówi że serce mu krwawi gdy patrzy jak partolą – ot, zboczenie zawodowe) i oby jak najkrócej to zesłanie trwało… No bo i nie po drodze ze mną, musimy oddzielnie się telepać.

Co jeszcze? Zapisałam się na czerwiec do fryzjera, kosmetyczki i manikurzystki. Kto zabroni biednemu bogato żyć ;-)

A na dobre zakończenie dzisiejsza piosenka dnia w Trójce :-)