Archiwum dla Lipiec, 2012

na głowie bieży baranek

Albowiem włosy mi się skręciły dziś wielce. Po dwóch dniach wystawiania na słońce i pocenia się :-) A myć się nie opłacało, bo dziś się wybieram na siłownię, więc znów trzeba byłoby myć, a szkoda mi koloru sprzed ledwie dwóch tygodni, o właśnie tak, a zatem mam baranka na głowie, wyglądającego jak trwała ondulacja z lat ’80, więc fajnie jest :-)

A weekend maksymalnie relaksacyjny – no, nie licząc soboty w godzinach 8-13, kiedy to w pracy byłam :D Do pracy pojechałam rowerem i ledwo dojechałam – za gorąco! planowaną eskapadę przełożyłam zatem na weekend chłodniejszy, a resztę soboty i całą niedzielę spędziłam leniwie na zielonej trawce łapiąc opaleniznę (wiecie że nienawidzę byc blada) czytając Białoszewskiego (po 750 stronach jeszcze bardziej wyję do życia w tamtych czasach!), a pod wieczór grając w badmintona z Moją Cholerą (na zasadach olimpijskich, czyli do 21 pkt w secie i dwóch wygranych setów) oraz oglądając zmagania sportowców na igrzyskach :-) Się pochwalę, że wygrałam sześć z ośmiu meczów! Byłam w totalnym szoku, a Moja Cholera jeszcze bardziej, bo zwyczajowo to ja wygrywam w kometkę li i jedynie z dzieciakami ;-) Zaklinał się że forów mi nie dawał. Hmmm… znaczy się że nie taka ze mnie ostatnia łamaga :-)

A wczoraj tuż przed snem wkurzył mnie tak, że snu nie było. Ot co. Dziś rano ciąg dalszy.
No tak, przecież za długo było w miarę okej.

Zastępczą Mariolkę wyrzucono z pracy. Aż dziw że dopiero teraz, leciał sobie w kulki od dawna. Teraz snuje się za grosze po jakichś budowach, chociaż nie zna się na tym w ogóle. Był na tyle bezczelny, że zapytał Moją Cholerę czy by go nie zatrudnił! Mąż zaśmiał mu się w twarz ze słowami, że z pijakami i bumelantami nie pracuje. Brutalnie. Cięty jest wielce, odkąd mu powiedziałam, że się do mnie przystawiał (bo sam bidusia nie zauważył, jak wiadomo). Mariolka zatem się obraził i ledwo głową kiwa na powitanie – głupia sprawa, w końcu jeden z najbliższych sąsiadów, no ale skoro tak pałę przegina…

Od jakiegoś czasu rozsmakowałam się w chodzeniu boso po trawie. Mimo obawy przed bzyczkami, na które mam uczulenie :-) Działkę mamy coraz ładniejszą, no nie licząc wykonania melioracji sprzed dni paru, kiedy to trochę się działkę zmasakrowało :-)

W piątek impreza urodzinowa Porcelanowej. Porządzimy :-)

A dziękować dziękować za komplementa :-)))

Anka, ot tak

Jako się rzekło, pracy jest multum. Na krzewienie kultury fizycznej siły nie mam. We wtorek ledwie 40 minut na orbitreku, na jutro planuję indoor cycling (ale tylko godzinę, bo to pierwszy dzień babskiej przypadłości), a w niedzielę planuję porwać Moją Cholerę na rowerowa eskapadę (o ile zdrowie mu pozwoli, bo kręgosłup dokucza masakrycznie – oj, sypie się ten mój chłop, czas zamienić na lepszy model). Dobrze że wieczorna porcja ćwiczeń na brzuch przestrzegana jest. Trza sobie samemu rygor nadać.

Marazm i dekadencja jakoś tak. Czas za szybko leci ;-) Lipiec już praktycznie za nami. W sumie nie mogę narzekać na „wakacje” – bo i górski weekend, i sporo spotkań z ludźmi… Nad morze teraz nie jedziemy, no cóż, finansowo jest kiepsko, ale trzeba się przemęczyć, za dwa tygodnie spory zastrzyk gotówki. Nawet zaliczkę wczoraj w robocie wzięłam :-(

Przenosiny mnie czekają. Udało się wysępić dodatkowy pokój dla naszego działu, niestety wydzielony z szatni – mam nadzieję że dobrze go wygłuszą, bo inaczej się nie da pracować gdy w październiku studenci wrócą. Szatnia, główny ciąg komunikacyjny, kancelaria w pobliżu – ludziów jak mrówków, gwar i w ogóle. Poza tym problem ze sprzętem biurowym, mam nadzieję na odrębną drukarkę, ale ten sam nr telefonu, bo ludziska się nie połapią :-) Generalnie przeprowadzka to ostatnia rzecz na jaką mam teraz siłę i ochotę – no ale mus to mus. A od października rewolucja w planie kont i budżetowaniu, więc coś ostatnio pisałam o zarąbaniu się na śmierć???

Byłam wczoraj autem w pracy, pierwszy raz – miałam sprawę na Służewcu po południu, więc wygodniej było, no bo potem z rzeczonego Służewca się dostać do Pruszkowa po auto… bez sensu. Do roboty na Kamionek jechałam ledwie godzinę (42 km) – jednak w wakacje mniejsze obłożenie autami, później na Służewiec pół godziny niespełna, no i do domu 45 minut. Dałam radę bez problemu ;-) co nie zmienia faktu że auta prowadzić nienawidzę i jak tylko mogę unikam :-)

Spać mi się chce po nocnej burzy – się obudziłam i rozbudziłam :-(

Zaczęłam czytać „Tajny dziennik” Białoszewskiego – no bo ileż można jedynie lekką literaturę w rodzaju kryminałów obstawiać ;-) Z ponad dziewięciuset stron przebrnęłam przez 150 i jestem znużona – zbyt dużo postaci, a co za tym idzie przypisów. Ech, ale życie towarzyskie to się kiedyś prowadziło ;-) Nie dałabym rady wówczas być takim odludkiem jak teraz, oj nie.

A miłośniczka lat osiemdziesiątych wyglądam tak:

ja

i jeszcze raz o dzieciach, a raczej o braku dzieci

Jeden z komentarzy do artykułu „Coraz więcej bezdzietnych Polek”w portalu gazeta.pl.

schuwald:   „Oczywiście jest też grupa kobiet, które dzieci mieć po prostu nie chcą i – wiem, że niektórym ciężko w to uwierzyć – nigdy nie będą chciały. O kobietach tych mówi i pisze się – choćby w Polsce – w sposób wręcz podły. W dodatku problem ten wciąż ma status tabu, a dyskryminacja oraz agresja, z jaką spotykają się kobiety pozbawione owego mitycznego instynktu macierzyńskiego, są bardziej powszechne niż rasizm”.

Otóż to. Otóż to.

A poza tym pogoda coraz ładniejsza i weź tu pracuj człowieku, kiedy słońce za oknem, a w radiu takie oto klimaty: