Archiwum dla Sierpień, 2012

A cyborg na plaży wyglądam tak:

Praca, praca i jeszcze raz praca. Pierwsza i trzecia, drugą zaniedbałam okrutnie więc całą sobotę będę musiała w niej spędzić.
Egzystuję siłą woli tudzież z rozpędu tudzież na złość.
Ale w lustro nie patrzę, co by się całkiem nie dobić :-)
Jutro fryzjer na poprawę humoru.
Następny tydzień bardzo ciężki również, ale już z myślą o weekendowym Toruniu i tradycyjnym piwie „Pod Aniołem”, gdzie byliśmy na pierwszej randce 10 stycznia 2002 roku :D

No chyba że nie dożyję.
No.

miauczy kotek miau, coś ty kotku miał?

Weekend miaUam jak poniżej.

Piątek: praca 7:30-22:00, w tym trzy godziny dojazdu.

Sobota: praca 9:00-21:00, w tym godzina dojazdu.
Niedziela: praca 12:30-19:30, w tym godzina dojazdu.

Poza tym z piątku na sobotę czytałam prawie do rana (spać nie mogłam jakoś), w sobotę odwiedziła nas Karola i gadałyśmy do trzeciej w nocy, a dzisiejszy wieczór pod znakiem relaksującej kąpieli ze świecami i winem. Należy mi się, a co. 
W piątek planowałam indoor cycling na 18, pospałam więc dłużej bo miałam się godzinę później w pracy stawić – a tu z rana esemes: „chcesz zarobić xxx zł”? Ech, pewna jestem że przy czytaniu pojawiły mi się dolarki w oczach, jak bohaterom disnejowskich bajek :D Zamiast na rowerki poleciałam zatem po południu do drugiej roboty oporządzić to co miałam zrobić w sobotę, a w rzeczoną sobotę oraz niedzielę księgowałam gazylion dokumentów. Ech, oby szybko zapłacili, no. Bo straciłam resztki paliwa na dojazd ;-)
A to, co opowiedziała Karola o Kimś z Dawnych Czasów, nie mieści się w głowie. Jak mi jest żal tego faceta!!! Mam nadzieję wielką, że sprawa rozwodowa skończy się na pierwszej rozprawie, ale znając jego jeszcze żonę, może wyskoczyć ze wszystkim, łącznie z powołaniem mnie na świadka na ewentualnej kolejnej sprawie :/
Kurcze no, Zmęczona jestem. Którędy do wanny, heloł?

załoga G, czyli historia jednej znajomości

No, tośmy nad morze pojechali i wrócili nawet też :-)
Jak zwykle metę mieliśmy u Bolka – kolegi Mojej Cholery z wojska. Znają się zatem już piętnaście lat z ogonkiem. Potwierdzenie teorii o przyciąganiu się przeciwieństw – różni ich niemal wszystko, począwszy od postury fizycznej, hehe. Jakoś się jednak jako rekruci zgadali i przyjaźń trwa do dziś (Bolek świadkował na naszym ślubie, z przygodami zresztą) . Jeszcze w wojsku Mąż odwiedził rodzinny dom kumpla i poznał jego rodzeństwo – Lolka i Tolę. O Toli słów jedynie parę: miała chrapkę na bliższe zapoznanie się z Moją Cholerą, ale jako młodsza od niego o lat pięć, szans żadnych nie miała (woli starsze – w sumie psim swędem się ze mną w końcu związał, hyhy), od jakiegoś czasu mieszka w Anglii. Lolek natomiast zawsze był z bratem mocno związany, więc i przyjaciela w osobie Mojej Cholery mieli obaj. Bracia razem wyjechali z rodzinnego miasteczka do 3city, wynajmowali mieszkanie, pracowali każdy w wyuczonym zawodzie (do czasu gdy Lolek wciągnął Bolka do swojej branży – teraz robią mniej więcej to samo ale w różnych firmach) i razem też przeżywali kolejne uczuciowe zawody. No nie miały chłopaki szczęścia w miłości. Bolek był za dobry – swojej ukochanej nieba by przychylił, a dziewczyny niestety bezlitośnie to wykorzystywały, Lolek natomiast nieco odstraszał luźnym trybem życia (który  mi bardzo odpowiadał – każda nasza wizyta u chłopaków to flanelowanie po trójmiejskich klubach, Bolek z Moją Cholerą zaszywali się w kącie i gadali, a Lolek i ja szaleliśmy na parkiecie)
Do czasu. Do czasu jednak.
Do czasu gdy niemal dokładnie cztery lata temu Lolek spotkał Ewkę – miłość swojego życia.
Od razu zdziwiłam się, że równolatka – wydawało mi się, że co jak co ale sporo młodsza dziewczyna będzie dla niego idealna ;-) Nic to jednak. Przy pierwszym spotkaniu dziewczyna oczarowała mnie wielce – przegadałyśmy cały weekend, wymieniłyśmy się numerami tel., za kilkanaście dni odwiedzili nas w Warszawie, cudnie-świetnie się wydawało, paczka się powiększy, super. Dość szybko Ewka przeprowadziła się do chłopaków – no i się zaczęło. Koniec ze wspólnymi wyjściami, wizyty tylko u jej rodziny (kawał drogi – zaiwaniali tam w prawie każdy weekend, no bo mamie pomóc trzeba), oddzielne kuchnie, rachunki dzielone na pół a nie 1/3 do 2/3 jak powinno być, coraz częstsze animozje między braćmi… Po roku Ewa i Lolek postanowili kupić własne mieszkanie, udało się nam namówić Bolka żeby też sprawił sobie własne lokum – rata kredytu wyszła mniejsza niż wynajem. Mieszkają zatem na tym samym osiedlu, dwa bloki od siebie. I co? Bolek i Lolek spotykają się najczęściej w piwnicy pod pretekstem zrobienia czegoś tam ;-) w tajemnicy przed E. oczywiście, bo ma wielkie pretensje że Lolek spędza czas z bratem nie z nią ;-) Z nami kontakt stracili całkowicie – nie widziałam ich ponad dwa lata, aż do minionej soboty.
Bo pojawili się u Bolka na grillu, czego się nikt nie spodziewał ;-) Oczywiście ich zaprosił jak zawsze, ale zawsze się wymigiwali… Ech. Ewka ma termin porodu pod koniec września, raczej już z domu nie wychodzi (!) więc dziwne że przyjść raczyła. Od progu „tylko mnie nie całujcie”, bez komentarza :-) Posiedziała może z godzinę, narzekając wciąż że a to jej niewygodnie, a to coś tam boli, a to że to na pewno ostatnie jej wyjście z domu przed porodem (!!! – następnego dnia pojechali na plażę w ten najgorszy upał, sami oczywiście, no nie wiem które wyjście było ewentualnie szkodliwsze). W każdym razie po tej godzinie Lolek odprowadził ją do domu (no bo przecież sama nie pójdzie – dwa bloki dalej, przypominam uprzejmie), wrócił do nas i dopiero zaczęliśmy się bawić :-) Serio był taki jak kiedyś. A jednak potrafi :-)
Kurcze, szkoda mi tej znajomości. Mi jak mi, ale co rodzony brat ma powiedzieć?

I żeby tylko tej znajomości.
Ileż to ja koleżanek straciłam, gdy matkami zostały… Szkoda gadać. Zwłaszcza ze mną, skoro dzieci nie mam.
Nie żal aż tak strasznie. Widocznie tak być miało.
Niegodnam, niegodnam :-)

A może to ja jestem jakaś dziwna.

Ogólnie pobyt udany. Głównie dzięki Mężowi – starał się bardzo umilić mi te miniwakacje, błagając najsamprzód abyśmy jednak jechali (albowiem przed wyjazdem miało miejsce bardzo nieprzyjemne zdarzenie – nie on był winien i nie ja – które odebrało mi całą chęć wczasowania się), później natomiast spełniałby każdą mą zachciankę gdybym tylko takąż zachciankę miała, ale wiadomo że dla mnie prosić o cokolwiek to zadanie ponad siły… Jak na mnie to i tak szalałam konsumpcyjnie. No i szylu nowym kostiumem kąpielowym zadawałam :-) Zdjęć nie będzie jak na razie, albowiem mój laptop nie czyta karty pamięci z aparatu. Bez komentarza :-) Płyt kompaktowych nie czyta już od dawna, przy byle zestawieniu w excelu się wiesza… ergo: nowy lapek potrzebny na gwałt tylko skąd ja mam wziąć półtora tysiąca? Z wyjazdu wrześniowego nie zrezygnuję, oj nie! Zastanawiam się nad pożyczką z pracy :-(

Teraz cóż, zaiwaniamy przez dwa tygodnie z ogonkiem równo. Trochę się nad morzem wydało, jeszcze prawie tysiąc zł potrzebujemy na sierpniowe rachunki… A 7 września Toruń. Już się doczekać nie mogę :-)

No bo to wspomnienia piękne. Przecież.
A obecnie w sumie wcale nie jest źle :-)