Archiwum dla Wrzesień, 2012

o depresji, dzieciach, Borynie, Kiepurze i pieniądzach

Przeczytałam wywiad z Marią Peszek w najnowszej „Polityce”.
Powiem tak: serio nie obchodzi mnie czy babka faktycznie przeżyła to o czym mówi, czy to kreacja na potrzeby promocji nowej płyty – ale jeśli to blaga, to oparta na solidnych przekazach osób trzecich czy coś w ten deseń.
Bo ja niespełna sześć lat temu czułam się w depresji dokładnie tak, jak ona opowiada.

„Takie rzeczy” się zdarzają.
Co mi pomogło? Samozaparcie przede wszystkim. Leki i psychoterapia zdecydowanie na drugim planie. Uczepiłam się z uporem godnym lepszej sprawy, że skoro wszyscy postawili na mnie krzyżyk,to JA WAM JESZCZE POKAŻĘ.
Wsparcie od Mojej Cholery dostałam właściwie dopiero już po śmierci szwagra. Wtedy zrozumiał, że psychika to nie przelewki.
Kończąc temat – jeszcze cytat z wywiadu na temat leczenia depresji.
„Jeden z lekarzy wprost mi walnął: »niech se pani zrobi dziecko. W ciąży smutek przejdzie«. To było, jakby mi wsadził rękę w majtki i w mózg jednocześnie. Nie jestem feministką, ale to mi się wydaje okropnie poniżające. Kobieta musi mieć prawo zdecydować, czy będzie miała dzieci. Jak nie chce, to nie może słyszeć, że jest zboczona, niekompletna albo nienormalna”.

Sytuacja z poprzedniej notki budzi po kilku dniach we mnie jedną jedynie emocję. 100% WKURW.
Jak on mógł. I po co.
Dupek jeden, o.
W zestawieniu z Moją CHolerą… no właśnie, a propos porównania tych dwóch panów posłużę się cytatem z ulubionej książki mojej mamy gdy była jeszcze nastolatką, czyli „Słoneczników” Haliny Snopkiewicz (młodzieży blogująca – znacie? mnie 20 lat temu strasznie zdenerwowała ta książka, teraz wspominam z sentymentem):
„A te moje wypracowania! Zadałam sobie raz temat, który winien być wzorem dla Mańci na klasówki: >>Porównanie starego Boryny z Janem Kiepurą<<. Przy czym, jako osoba nie tak całkiem zwariowana, ograniczyłam pracę do jednego zdania: >>Takiego porównania nie da się przeprowadzić>>.”
A skoro się nie da, to ciszej nad tą trumną.
Generalnie Ktoś z Dawnych Czasów jest taką sierotą życiową, że ja przy nim jestem Caruso zaradności :-) Przecudna byłaby z nas para nieudaczników, więc… dobrze wyszło że nic z tego nie wyszło. Wybrał heterę i kolejne hetery miał będzie.

A mi jest dobrze z Moją Cholerą. Ot co. Jemu ze mną pewnie gorzej, ale cóż, skoro mnie wybrał :-)))

Pamiętacie jak miesiąc temu podłapałam robotę na cały weekend? Otóż nareszcie dostałam za nią kasę. Sprawię Mężowi zaległy prezent na rocznicę ślubu – radio samochodowe (ma sprzęcior starszy od węgla, w którym odbiera tylko radio i to najczęściej Maryja), a reszta na konto oszczędnościowe, które mam zamiar jutro założyć. I mam nadzieję na systematyczne oszczędzanie na wyjazd do Włoch w przyszłym roku. Dam radę, no nie?

 

UPDATE, piątek rano:

No i nie będzie prezentu i oszczędzania, psiakość.

Laptop postanowił sobie za punkt honoru paść na amen akurat dziś o wpół do siódmej rano, kiedy to usiłowałam wydrukować coś wielce pilnego.

Zbieramy z Moją Cholerą grosz do grosza, żeby jutro coś niedrogiego kupić…

Ależ jestem wściekła!!!

A w niedzielę idę do pracy.

Coś jeszcze, hę???

z tobą być razem być już dzisiaj za późno kochać cię za późno już

Sobotni wieczór, ja ledwo żywa po przebojach w pracy robię na imprezce dobrą minę do pustej gry. Staram się trzymać fason przy Kimś z Dawnych Czasów.

Karola, o mnie i Kimś (rozkręcając się): –  Ależ oni są podobni do siebie. Najgorsze że w tym, że w ogóle w siebie nie wierzą., ale jak ich będę lać po dupach to może się zmienią. Ale  są najgorliwszymi fanami Lady Pank i znają się najbardziej na piłce nożnej spośród wszystkich ludzi jakich znam i…

Moja Cholera (uznaje za swój obowiązej wtrącić się): – Ale ona jest moją żoną.

Karola (ze śmiechem): – Tak, jest twoją żoną.

Ktoś z Dawnych Czasów (hipnotyzując mnie wzrokiem): – Gdy mówisz że jest twoją żoną, to ja mam takie… dreszcze. Dla mnie może być tylko dobrą koleżanką. Bardzo żałuję, że tylko koleżanką.

(i tak dalej w podobnym klimacie).

Mąż Karoli siedzi osłupiały.

Moja Cholera siedzi jak gdyby nigdy nic.

Karola patrzy na mnie i bez słowa dolewa mi do szklanki piwa po brzegi, którą to szklankę opróżniam kilkoma łykami. Nic to nie daje. Chcę uciec od jego wzroku, ale nie mogę ruszyć się z miejsca.

Gapi się i gapi.

Gada i… milczy.

O kurwa, kurwa.

O żesz kurwa, kurwa, kurwa.

W końcu Karola zmienia temat.

Potem tańczymy do kilku starych przebojów.

A potem się kłócimy o jakiś bzdet, bo napięcie jest nie do zniesienia. Na finał słyszę, że na złość teraz będzie umawiał się jedynie z filigranowymi blondynkami.

Spanie jest raczej problematyczne tej nocy.

Rano żegnamy się dość zdawkowo. Ale dłoń moją nieco dłużej w swojej przytrzymuje.

 

Jak się z tym teraz czuję?

Chyba źle…

Cóż, czternaście lat temu dawałam mu bardzo wyraźne znaki – olał małolatę. O ironio, łaskawiej na mnie patrzył gdy już był żonaty. Wspólne koncerty, imprezy u Karoli, no i ta noc przetańczona razem na jej weselu. Tydzień przed moim ślubem, gwoli ścisłości. Gdyby wtedy powiedział choć jedno słowo… A teraz świeżo po rozwodzie z takimi kwiatkami wyskakuje.

A idź mi w diabły.

wielkie nic nawet trochę mniej

Bo generalnie to notka miała być o czymś innym zupełnie.

Cóż, kiedy od godziny ryczę i nie zanosi się na ryczenia kres.

Praca, oczywiście.

Ileż można słuchać że nic się nie robi, hę? Ileż można dziękować tym, którzy chwalą się jak to o mnie walczą, a w rzeczywistości.. no właśnie?

A najgorsze jest to, że to ze mną coś nie tak. Bo skoro w każdej pracy wcześniej czy później bliźni jeżdżą po mnie jak po burej suce (głupie porównanie, wiem, ale proszę ode mnie w teraźniejszym stanie nic bardziej po-lotnego nie wymagać), znaczy że się nie nadaję, ot co.

Komuno wróć :P

Tak najzupełniej serio - mam dość, dość, dość.