Archiwum dla Październik, 2012

czas na mnie?

Ujęcie: drogeria spod znaku tego co i owada, wczorajsze popołudnie. Kupiłam to i owo, zapłaciłam grzecznie w kasie… kasjerka zerknęła na mnie i wręczyła próbkę kremu.
Byłoby miło, gdyby nie był to krem, ekhm khem, ODMŁADZAJĄCY.
Szczeliłam focha jak tralala i podarowałam rzeczony krem Mojej Cholerze. Co jak co, ale on bardziej na swoje lata wygląda. Niż ja.
Kurtyna opada, skrzypiąc ze starości.

Kurtyna się podnosi na bis.
Albowiem plany sylwestrowe nabierają rumieńców (Toruń).
Oraz taka mała-malusieńska iskierka nadziei na wakacje na południu Europy, i to już w okolicach najbliższej rocznicy ślubu.
A poza tym nastrój mam z lekka grobowy i wcale nie z racji jutrzejszego święta.

z dziurawymi sumieniami goście marzą o atrakcjach

Ej no, nie kłócić mi się tu! :-)))

Zima przyszła i oby sobie poszła wnet.
Owszem, wczorajszy spacer w śnieżnej scenerii bardzo fajny, ale zdecydowanie będzie jeszcze czas na tego typu atrakcje.
A jeśli mowa o atrakcjach – w sobotę w pracy nie udało się zamknać sprawozdania, bo program po aktualizacji wyczyniał takie hopki, że nie dało rady nic w nim działać. Na kiedy zatem przekładamy tę syzyfową pracę? Ano na najbliższą niedzielę. Całe szczęście zatem że wzięłam jednak urlop na piątek – w czwartek pojedziemy do teścia na Pomorze, w piątek kierunek 3miasto i nasiadówka z Bolkiem (Lolek został szczęśliwym ojcem i tak jakby przejrzał na oczy że został zdominowany tudzież stłamszony – bez komentarza!), a w sobotę powrót w miarę wcześnie, żeby się psychicznie przygotować do roboczej niedzieli.
Wrrrr!
Złość, mówiąc delikatnie złość.
Atrakcja kolejna – brak prądu w sobotni wieczór. Akurat na „moją” audycję. i tak mieliśmy szczęście, bo około pierwszej w nocy awarię usunięto na naszej linii, natomiast większa część okolicy (w tym kolega od uczuciowych zawirowań) była unplugged aż do niedzielnego popołudnia – kolega podgrzewał obiad w kominku ;-)
U nas aż takich hardkorów nie było – nawet poczytałam do poduszki w świetle mnóstwa świec zorganizowanych przez Moją Cholerę :-)
Atrakcja najbardziej denerwująca – w piątek wieczorem chciałam dokonać zakupu biletu na koncert Depeche Mode. Przez Eventim, jak zwykle. Zamówienie złożyłam, płatność przez dotpay poszła, a tu informacja że zamówienie zostało anulowane. Obiecali solennie zwrot kasy w przeciągu trzech dni – no oby! I oby za dni parę bilety na płytę były jeszcze dostępne, teraz na koncie pustka… Humor sobie w saunie poprawiłam, a jakże :-)

A wczoraj kupiłam sobie dżinsy. Nareszcie coś nowego w mojej szafie :-)
Zakup o tyle istotny, że dotychczas nie miałam typowych rurek, uważając że po pierwsze primo nie produkują ich w moim rozmiarze, po drugie primo wyglądałabym w takim fasonie bardzo niekorzystnie – większość dżinsów jakie posiadam to dzwony, dwie czy trzy pary o prostych ale luźnych nogawkach, a generalnie wszystkie mi z tyłka spadają, jako że tyłek się jakoś zmniejszył ostatnio (szkoda że nie uda, no cóż). Ale wiadomo jak się kończy mój udział w zakupach „dla towarzystwa” – przypominam że będąc „dla towarzystwa” właśnie z Karolą w salonie sukni ślubnych, dokonałam zakupu kiecki dla siebie za dwie moje ówczesne pensje :D – zatem dla towarzystwa wcisnęłam się w rurki i o dziwo mi się spodobały, zatem za dosłownie ostatnie pieniądze kupiłam. A co mi tam. Mojej Cholerze się bardzo podobam w nich (no szkoda żeby nie!), premierę wyjściową spodni planuję w 3mieście, w połączeniu ze skórzanym płaszczem i butami na obcasie będzie fajnie – no chyba że zima jednak sobie nie pójdzie precz :-)

Kurcze no.
Pieprzona robocza niedziela!
Dobrze że tu na uczelni tylko trzy dni. Dziś rowerki, jutro druga robota i TBC, w środę biblioteka, druga robota i może zdążę na siłownię – pewnie nie :/ ale sauna wieczorem obowiązkowo. A we czwartek w siną dal… :-)

co jest najważniejsze

Bo ja pochodzę z rodziny długowiecznej, wiecie-rozumiecie.
Ma się te geny, no. Szkoda tylko że wraz z długowiecznością nie odziedziczyłam też urody. Ha.
W każdym razie skoro – wedle wielu znaków na niebie i ziemi – jeszcze ze dwie trzecie życia przede mną, warto by mieć jakieś oparcie, aby było lepiej niż w tej jednej trzeciej którą już dość parszywie przeżyłam.

Chwilowo sprawą wagi wielkiej jest, że we wtorek i środę uporałam się z całą robotą i dziś mam wolne popołudnie (już zaplanowana sałatka i wino, a między sałatką a winem zumba oczywiście). Mało tego, tak wczoraj”wycyrklowałam”, że wróciłam do domu na mecz LM! Fakt że przez trzy godziny zapiermandalałam jak mały samochodzik, ale do meczu się wyrobiłam. W połączeniu z zaiwanianiem w pracy podstawowej (jako pierwsza odważyłam się księgować wg nowych poronionych zasad – dekret ma kilkanaście pozycji, masakra) oraz wstawaniem tuż po piątej (bo jeździmy teraz pociągiem razem z Moją Cholerą, tyle że on na dwukrotnie dłuższej trasie), że o kresie złotej jesieni nie wspomnę, daje to takie a nie inne samopoczucie. Czyli w sumie jakoś się trzymam ;-)

Niestety wczoraj w przerwie meczu niepotrzebnie pobuszowałam w sieci – niepotrzebnie, bo znów trafiłam na artykuł piętnujący bezdzietnych z wyboru. Ech, jeszcze trochę i przełamując swą nieśmiałość zrobię jakąś rozróbę, bo dość mam bycia obrażaną (delikatnie mówiąc).
Zasłyszane w Trójce jakiś czas temu: „rodzina to mąż, żona i dzieci; bez dzieci nie ma rodziny tylko małżeństwo”. Jakieś komentarze?

Wiadomo zatem że nie dzieci są dla mnie najważniejsze :-)

Rodzina też nie (mniejsza o tejże rodziny definicję). Stosunki w rodzinie zarówno mojej, jak i Mojej Cholery są takie a nie inne, z nikim się blisko nie trzymamy.

Przyjaciele? Nie lubię tego określenia. Owszem, kilka osób bliskich. Ale zawsze się boję „narzucać”.

Miłość? Otóż nigdy nie była to sprawa priorytetowa. Od zarania. Najpierw wolałam się zbytnio nie dawać ponosić uczuciu, bo nie było one odwzajemniane („fajosko” się po kilkunastu latach dowiedzieć, że jednak w jednym przypadku było odwzajemniane i nadal coś jest na rzeczy – oczywiście casus Kogoś z Dawnych Czasów). A Moja Cholera, hm… wspominałam nie-raz, że zakochałam się nie w nim samym tylko w jego miłości do mnie (jakkolwiek irracjonalnie to brzmi – chociaż kilka osób już mi powiedziało że czegoś podobnego doświadczyli). Mimo że po dziesięciu z górą latach związku chyba kocham też tak troszkę również dającego mi tę miłość ;-) wciąż nie jest to sprawa wagi ciężkiej.

Praca? Wolne żarty. Wykonuję zawód do którego trafiłam totalnie z przypadku (jako ze 10 lat temu rynek pracy był podobnie porąbany jak teraz) i do którego nie mam ani wysokich umiejętności, ani kwafilikacji, a przede wszystkim zdolności by te kwalifikacje podnieść ;-) Jedno w tym dobre: zatracenie w pracy mi nie grozi, hehe. Staram się oczywiście znajdować dobre strony w tym co robię – konkretny fach, problemów ze znalezieniem pracy nigdy nie będzie – a że będzie to praca podława za niewielkie pieniądze, no cóż. Na przekwalifikowanie się zwyczajnie mnie nie stać – wolontariat czy śmieciowa umowa za śmieszne stawki to nie dla mnie już, za stara i zbyt obaczona zobowiązaniami jestem. Zresztą co miałabym robić odpowiadającegomym zainteresowaniem? stricte realizatorów w radiu już nie ma, poza publicznymi rozgłośniami ;-)

Zainteresowania. No właśnie.
Ech, żałosne, ale chyba pasji jako takich już nie mam.
Nie tylko z własnej winy – ot, radio schodzi tak na psy (na czele z moją od 30 lat ukochaną Trójką), że niebawem nie będzie się czym pasjonować.
Muzyka? jakoś coraz mniej jej słucham samej w sobie (tzn. bez pośrednictwa radia).
Książki? Pochłaniam.
Rower w plenerze i sali? No dobra.

Bóg?
Z prawdziwą przykrością przyznaję, że oddalając się od kościoła oddaliłam również od Boga samego w sobie. Ale to jest do nadrobienia, mam nadzieję. Kiedyś byłam głęboko wierząca i religijna takoż. Brakuje mi tego.

Wnioski?
Skoro nie ma się czego trzymać, trzymam się wirtualnie sama sobie i wszystkim wokół na złość.
Amen, alleluja i w górę serca.

A 25 lipca koncert Depeche Mode! Juuupiii :-))))