Archiwum dla Grudzień, 2012

Parszywie.

Leżę od wigilijnego wieczoru, z przerwą na lekarza i bibliotekę w czwartek. Jutro też lekarz, albowiem wcale nie jest mi lepiej.
Jeszcze w wigilię przed południem zawiozłam do lekarza Moją Cholerę, polatałam po mieście za jego lekarstwami, przywiozłam z Pruszkowa rodziców i pomogłam przygotować kolację. I przy rzeczonej kolacji ścięło mnie tak, jak kilkadziesiąt godzin wcześniej Moją CHolerę.
Ból głowy nie pozwalający zasnąć przez ponad dwie doby, nie pozwalający na nic zresztą, zwłaszcza czytanie niestety. Takie były moje święta.
Po świętach podobnie. Głowa wprawdzie zelżała, ale spać nie daje kaszel. Po kilku ledwie krokach jestem zmęczona tak, że ledwo wracam do łóżka. Zero apetytu, zmuszam się do jedzenia bo antybiotyk (po którym zresztą mdli mnie non stop).
Nie poszłam oczywiście po świętach do fabryki (kiedy ja to nadrobię???), sylwester w Toruniu poszedł się paść, mieliśmy kilka propozycji z Warszawy, ale nie mam siły ani ochoty nigdzie się ruszyć.
Moja Cholera nieco lepiej, ale też jeszcze bardzo słaby.

W naprawdę podłym nastroju żegnam więc rok i na nowy wcale nie mam ochoty.
A tak się szczyciłam swoim zdrowiem, ha. Cóż, wspaniałe było ono – do czasu.
Zdajecie sobie sprawę, co znaczy dla tak aktywnej jak ja osoby tydzień leżenia plackiem, bez sił żeby dojść do toalety? Nie jest to absolutnie odpoczynek, o nie.
Nie pamiętam już kiedy alkohol piłam, nie mam na niego wcale ochoty, pewnie jutro nawet z szampana zrezygnuję noworocznego i rocznicowego.

Mam absolutnie tudzież kompletnie i skończenie całkowicie dość życia, wszechświata i całej reszty.

Świąt nie będzie.

Moja Cholera leży ledwie żyw z podejrzeniem zapalenia opłucnej. Pogotowie było i się zmyło bo zagrożenia życia nie ma. Zbiliśmy co nieco gorączki i zawiozłam go do Grodziska na NPL, piętnaście km, pełna poczekalnia ludzi bo przyjmuje jeden lekarz na cały powiat (!!!), nie było sensu czekać bozia wie ile godzin, wróciliśmy do domu, jakoś do rana musi wytrzymać…
Nie mam nic na święta, bo wszystko czekało na dziś, jeszcze wczoraj oboje byliśmy w pracy po ponad dwanaście godzin.
Nie mam żadnej świątecznej potrawy, nie mam choinki, nie mam prezentów, nie mam porządku w domu, bo Mojej Cholerze się trzy dni temu zachciało robić rewolucję w salonie i zamienił miejscami kanapę i telewizor ;-) Fakt że pokój się zrobił o połowę większy, ale rozpierduchy było trochę z przenoszeniem kabli i gniazdek, no i konieczny dywanik na gwałt, bo się zrobił kawał łysej podłogi ;-)
Nie mam siły nic przygotowywać – praca dała mi ostatni omocno w kość, udało się pozamykać w szkole wszystko, ale nie obeszło się bez kwasów i raczej mogę zapomnieć o nagrodzie w przyszłym roku :/ W fabryce wczoraj zmarzłam tak, że w połączeniu z chorobą Męża na pewno i mnie szlag trafi na samego Sylwestra, a takie były plany śliczne co do niego.
Zaprosiłam rodziców na wigilię, ale tata obawia się prowadzić auto w taką pogodę, a nie wiem czy będę mogła jutro zostawić Moją Cholerę żeby po nich jechać… wszak to 140 km w jedną stronę.

Od sąsiadów dwa domy dalej właśnie dopiero co odjechała straż pożarna, paliło się coś na podwórku przy samym domu, groźnie wyglądało.
Dzisiejsza awaria ciepłownicza w Gdańsku dotknęła również kolegów moich, Bolka i Lolka.
Zresztą co i rusz się dowiaduję o czymś niefajnym wśród znajomych.
Teść ma zapalenie płuc.
Babcia gaśnie.

I tak się właśnie kończy świat. Nie hukiem, ale skomleniem.

Przy życiu trzyma mnie teraz jedynie marzenie o radiu. Właśnie miałam dziś przymeirzyć się do zakupu mikrofonu, psiakość.

Pozostaje mi życzyć Szanownym Czytelnikom o wiele lepszych świąt niż te moje będą. Takich naj-najlepszych.

A muzycznie? Ulubiona kolęda w ulubionym wykonaniu. Nagrana w roku mojego urodzenia :-)

veni vidi nihil novi

Góry były. Ooo takie były!

I ja też tam byłam.

 

Chora wciąż jestem, roboty wciąż pełno, czas na pisanie będzie nie wiem kiedy…