Archiwum dla Styczeń, 2013

Bo.

Bo ja jestem stara depeszka, wiecie? No to już wiecie.
Odkąd zatem się dowiedziałam, że dziś przed południem w Trójce premiera nowego singla DM, czekałam cierpliwie. Nawet mi przez myśl nie przeszło odsłuchanie utworu w Internecie. Staroświecka jestem, prawda? Ano jestem. A Internet to narzędzie szatana ;-) W każdym razie wysłuchałam „Heaven” w radiu i oczywiście jestem rozczarowana… jak zresztą większością dokonań DM w dwudziestym pierwszym wieku. Na koncertach nowe utwory brzmią świetnie, ale płyty są zwyczajnie nudnawe. Wolę starych Depeszów, zdecydowanie! Co nie zmienia faktu, że nóżkami juz przebieram w oczekiwaniu na lipcowy koncert :-)

Bo dziś Międzynarodowy Dzień Przytulania, wiecie? No to już wiecie.
Ja tam od kilku lat obchodzę ten dzień na co dzień – los obdarzył mnie wielce przytulaśną i miziaśną czarnofutrzaną istotą o wielkich żółtych oczach :-)

Bo znów jestem niezdrowa, wiecie? No to już wiecie.
Zaczęło się przecież jeszcze w pierszej połowie grudnia od anginy, na święta grypa, ledwie co wykaraskałam się z jajników, a tu pęcherz doskwiera – żeby było zabawniej, ostatni raz ta typowo babska dolegliwość przytrafiła mi się, gdy byłam bardzo małą dziewczynką! Cóż, a ponoć to choroba miodowego miesiąca… hahaha, u mnie wszystko zawsze na opak.

Bo bardzo zmęczona jestem. Wiecie, wciąż o tym nudzę.
Słabo się generalnie czuję, powinnam chyba jeszcze w domu tydzień posiedzieć, a nie latać po prawobrzeżnych Warszawach (uczelnia) i prawie nieogrzewanych exfermach (fabryka).

Bo za tydzień pomiary, wiecie? Wiecie. Już się boję, z pewnością jestem najczarniejszą owcą projektu. Dietę wciąż naginam, oki przed chorobą było z rańca 69 kg z ogonkiem, po chorobie się nie ważę bo po co się dołować ;-)

Bo mi smutno i źle, wiecie? Wiecie, przynudzam wszakże.
Na poprawę humoru dziś fryzjer i zumba, jutro rowery, a pojutrze… pojutrze fabryka, buuu. Cóż, w zeszłym tygodniu tyyyle wolnego łącznie z weekendem, trudno wrócić do 16 godzin poza domem i pracujących sobót.
We wtorkowy wieczór rozkleiłam się na maksa, ryczałam w kocie futro, na zdziwione spojrzenie męża odpowiedziałam tylko, że czasem nie mogę już w sobie dusić tego upokorzenia, jakiego od lat przez jego obojętność doznaję… co dziwne zamilkł, nie było zwyczajowych wyrzutów że cos sobie ubzdurałam (delikatnie mówiąc). Marna pociecha. Wydaje mi się, że próbowałam już wszystkiego, aby „coś” z „tym” zrobić. No cóż.
A adoratorzy stopnieli wraz ze śniegiem.

o uczelni, Dąbrowskiej i potrzebach emocjonalnych

Studiuje u nas również córka pewnej celebrytki – aktorki głównie serialowej. Sławna matka co miesiąc wpłaca czesne nie na indywidualne konto które zostało jej podane, ale na stary rachunek, który już dawno powinien być zlikwidowany, ale nie zamykamy bo pani celebrytka nie będzie wiedziała co robić :P
Natomiast siostra innego celebryty jest wykładowcą i fajna z niej babka.
Profesorowie… temat rzeka. Jeden z szacownego (hłe hłe) grona ma wielce MÓWIĄCE nazwisko. Serio, uważa się za godnego tego zaszczytnego nazwiska i zachowuje się jak ósmy cud świata. Ale dziś nawet powiedział mi „dzień dobry” – aż to trzeba zapisać dla potomnych ;-)

Skończyłam dziś w pociągu powrotnym czytać „Przygody człowieka myślącego” Marii Dąbrowskiej – tak się zaczytałam, że zapomniałam przy wysiadaniu zabrać torby z pojemnikami na żywność :/ super, nie mam w czym nosić sobie jedzenia do pracy, jutro muszę kupić nowe na gwałt. Ale mniejsza o to. Dąbrowską bardzo lubię od zawsze, pięciotomowy wybór dzienników znam prawie na pamięć, „Noce i dnie” czytałam kilkukrotnie, podobnie jak opowiadania i dramaty. „Przygód…” jednak bałam się „ruszyć”, wiedząc z dzienników jak trudna była dla pisarki praca nad tą powieścią (nieskończoną zresztą). Dorwałam jednak ostatnio w bibliotece wydanie z roku 1970, smakowicie pożółkłe – zachęcilo, wzięłam, przeczytałam. Cóż, miałam nosa że coś mnie wcześniej odrzucało. Powieść w bardzo dużej mierze oparta na dziejach rodziny autorki, które już wcześniej znałam z dzienników, widać że nie została ostatecznie zredagowana – ale styl charakterystyczny jest i nie żałuję wożenia przez dwa dni w pociągu 900stronicowego tomiska ;-)

A o potrzebach emocjonalnych tylko tyle, że ryczę wieczorami jak bóbr. W dzień też bym ryczała, ale czasu brak.

celebryta w szkole

Studiował u nas pewien Gruzin…

…uwielbiam ten skecz :-)

A wracając do tematu – studiuje u nas pewien celebryta, znany z tego że jest znany ;-) oraz z udziału w jednym z talent szoł. Cyrk na kółkach zaczął się już przy uiszczaniu opłaty rekrutacyjnej.
Kasjerka (standardowo): – Proszę dowód osobisty.
Celebryta (oburzony): – Jak to, pani nie wie jak się nazywam?
Kasjerka: – Nie wiem. Proszę pokazać dowód.
Celebryta obrażony pierdyknął dowodem o ladę.
Oczywiście spóźnia się z opłatami – ostatnio tłumaczył, że miała zapłacić jego menedżerka i takie tam głodne kawałki.
A dziś miałam wątpliwą przyjemność spotkać go w windzie. Jechał akurat na egzamin z kilkoma koleżankami. Koleżanki przepuścił w drzwiach do windy, mnie już nie chciał, ale się wcisnęłam przed niego na chama :P Nacisnęli guzik trzeciego piętra, ja czwartego.
Celebryta (głupkowato): – Ooo, nawet nie wiedziałem że tu jest czwarte piętro, nigdy na nim nie byłem, co tam jest?
Ja (odpowiedź godna pytania): – Nic dla studentów.
Celebryta zrobił obrażoną minę, aż mi się go żal zrobiło :D
Ja: – Gabinet pana rektora na przykład. I inne ważne osoby też na tym piętrze rezydują.
Celebryta (wyraźnie ucieszony): – Ooo, to ja chętnie złożę wizytę panu rektorowi, na pewno chętnie mnie pozna.
Ja (dusząc się ze śmiechu): – Pan rektor jest dziś na uczelni, zapraszam.
Koleżanki przypomniały jednak celebrycie, że za moment mają egzamin – wysiedli zatem wszyscy na trzecim piętrze, a ja mogłam spokojnie się roześmiać :-)

Poza tym wesołym epizodem powrót do pracy oczywiście ciężki.
I głodna jestem, do jasnej ciasnej! Głodna oczywiście na słodycze i chipsy, nie na zdrową żywność :-)