Archiwum dla Luty, 2013

szlag by to i małe szlaczki!!!

Ależ jestem wściekła!!!
Pracy huk na uczelni z racji audytu, więc wczoraj w fabryce dopiero po osiemnastej się pojawiłam. Pełno faktur było do wystawienia, więc się bez zwłoki zabrałam do roboty, nawet się nie witając z szefem który akurat nawiedził nas. Cóż, szef sam się do mnie pofatygował. Porozmawiać chciał. W skrócie, głodna gadka: jest kryzys, sama widzę że sprzedaż jest mała, fabryka będzie pracować 3 dni w tygodniu, w Anglii poobniżał ludziom pensje, no i nam też chce obniżyć. Poprawka: musi a nie chce. I pytanie do mnie, ile byłabym w stanie zejść ze swojego wynagrodzenia.
Zapomniałam języka w gębie, zarówno języka Szekspira jak i naszego nie-gęsiego.
Powiedziałam tylko lodowatym tonem, że dam mu znać mailowo za dzień lub dwa.
I poszedł sobie, a ja zostałam z papierami i wielkim wkurwem.
Bezczelność taka, że świat nie widział.
Zarabiam w fabryce śmiesznie mało, biorąc pod uwagę to, że wieczorami i w weekendy wykonuję praktycznie tę samą pracę, co dawniej pracując tam na cały etat. Jestem na każde zawołanie („bo przecież masz blisko”), robię wiele rzeczy za główną księgową („bo przecież masz blisko”), nie mam w ogóle czasu dla siebie oprócz niedzieli, użeram się z kompletnie nieznającymi naszych realiów Angolami i nieznającymi angielskich realiów Polakami ;-) całą kadrowo-płacową robotę odwalam ręcznie, bo program komputerowy nie aktualizowany od 2008 roku, itede, itepe…
I za to wszystko mam jeszcze mniej kasy dostawać.
Wolne żarty.
Sorry, co mnie obchodzi że fabryka będzie na pół gwizdka pracować? Za miesiąc kończy się rok obrotowy, zatem najgorsza robota związana z zamknięciem roku przede mną. Że mniej sprzedaży będzie do zafakturowania? to jedynie mała część moich obowiązków.
A kochany szefuńcio przepindala całą kasę, litościwie przemilczę na co, a nam tu wciska ciemnotę o kryzysie.
I nawet rzucić tego w diabły nie mogę – poczucie obowiązku i takie tam, że muszę rok zamknąć, że już wolę robić sama niż kogoś szkolić (sorry, mnie nikt nie szkolił!) – no i przede wszystkim comiesięczne pieniądze, małe bo małe ale w naszej sytuacji finansowej niezbędne.
Właśnie przed chwilą dzwonili do mnie z fabryki, muszę poprawić pewne świadectwo pracy, nie złapały się wszystkie dane z systemu, więc będę musiała zrobić ręcznie… a planowałam się tam pojawić w poniedziałek dopiero. Cóż, wpadnę dziś, chociaż popołudnie i wieczór mam zaplanowane co do minuty: konkurs skoków w tiwi (specjalnie przyszłam do pracy godzinę wcześniej, żeby zdążyć wrócić do domu na skoki), zumba, rozkminka broadcastera (z wielbicielem… ale to temat na osobną notkę). Może uda się między skokami a zumbą, najpewniej po zumbie, co oznacza że znów się spać położę grubo po północy.
A szefowi powiem osobiście to, co zamierzałam w mailu napisać.
To się nazywa szacunek dla pracownika, psiakrew. Za trzy lata harówki psie pieniądze, które mają być jeszcze mniejsze.
Weź tu kobieto, puchu marny, miej poczucie własnej wartości na poziomie wyższym niż zero absolutne. Albo uwierz w siebie, skoro tak cię „doceniają”.
I nawet upić się z rozpaczy nie mam ochoty – ostatni raz piłam alkohol (2 lampki wina konkretnie) 16 lutego, chyba od pójścia na studia takiej przerwy w piciu nie miałam :-)

myślicie że dałam radę?

Pewnie że dałam. Mniejsza o to, że na koniec gadałam bzdury i nic już na oczy nie widziałam.

Spałam może ze dwie godziny w sumie. A od rana biegli dali tak do wiwatu, że ledwo po pracy na fitness na dziewiętnastą zdążyłam.

Dzisiaj śpię. Dobranoc.

Pees: mam wielbiciela!  Haaaa!

mocne postanowienie

Plan na dziś: około 18 powrót do domu, szykowanie jedzenia na jutro plus ćwiczenia na brzuch, 19:30-21:00 zumba, a po zumbie MUSOWO dokończyć audycję z jedną próbą całości – pół nocy mi z tym zejdzie, pomysłów nie mam wcale, ale zadekuję się w kuchni (bo stół wygodny i ekspres do kawy w pobliżu), wyć będę do księżyca w pełni, ale zrobię na gotowo i już!
Miałam wczoraj się tym zająć, owszem tak.
Cóż – skoro przepłakałam całą niedzielę…