Archiwum dla Marzec, 2013

dilbertoza

Bo jakby ktoś jeszcze nie wiedział ;-) to na uczelni zajmuję najbardziej poślednie stanowisko w dziale.

Cóż, na kogoś musi trafić :-)

Pośledniość wiąże się z byciem chłopcem na posyłki.

Przez 364 dni w roku mi to nie przeszkadza nic a nic. Wręcz przeciwnie – po więcej niż dwóch godzinach siedzenia przy biurku jestem chora ;-) No i wspaniałym lekarstwem na nieśmiałość jest takie załatwianie spraw wszelakich. I w sumie jest to dowód obdarzenia mnie zaufaniem ;-)

Środa miniona była jednak tym trzysta sześćdziesiątym piątym dniem. Nie zrobiłam NIC z tak zwanej „swojej roboty”. A dobiło mnie biuro prawne. Prawniczki – dziewczyny chyba młodsze ode mnie – potraktowały mnie jak typową sekretarkę z dowcipów. Nie po raz pierwszy zresztą.

Wrrr.

Prawie się poryczałam już za którymś kursem ode mnie z parteru do nich na czwarte (bo wciąż coś im nie pasowało).

Mogłyby raz one do mnie zajrzeć, zobaczyć że oprócz roznoszenia dokumentów i temu podobnych pierdołowatych rzeczy mam do zrobienia dużo własnej i bardzo konkretnej pracy, że drzwi się u mnie nie zamykają, a telefon nie przestaje dzwonić.

Ale po co. Dla nich jestem posługaczem.

Następnym razem powiem im uprzejmie, że też prawo skończyłam, tyle że nie chcę mieć już z nim nic wspólnego, bo nie chcę być takim nieprzyjemnym prawnikiem jak one, o!

A poza nimi jestem ogólnie tu lubiana, tak mi się wydaje :-) Nawet przez szurniętych profesorów :-)

 

W każdym razie środa ciężka. Zwłaszcza że po uczelni fabryka. Ale się zawzięłam i udało się wszystko co zaplanowane zrobić. I na crossfit zdążyć – niezły wycisk! Wyluzowałam się zupełnie i dwa następne dni w pracy zaplanowałam sobie tak:

Wczoraj chociaż zawiozłam sprawozdanie finansowe do skarbówki i sądu, natomiast dziś się obijałam bezczelnie, gadając z wielbicielem.

Zemsta jest słodka :-)

 

Przyszły weekend zaplanowany i zapłacony. Nie, nie Poznań. Spełniamy marzenie :-)

 

Wyjazd bożocielny zaklepany. Pieniny witajcie :-)

 

Umówiłam się wstępnie z Karolą na spotkanie w Wielkanoc, mam nadzieję że obejmujące też Kogoś z Dawnych Czasów…

 

A skoro Wielkanoc, to życzenia.

Niech czas wielkanocny utrzyma nasze marzenia w mocy,

żeby nie zabrakło nam wzajemnej życzliwości,

abyśmy przez życie kroczyli w ludzkiej godności.

Oby w tę Wielkanoc porwały Was latawce radości ponad codzienność zwyczajnych dni…

 

„Sprawy miłosne są straszne!”

Dorzeczny był mój plan życiowy sprzed lat, kiedy to miałam spędzić życie jako stara panna (wtedy nie mówiło się „singielka”, hehe) w dwupokojowym mieszkanku w kamienicy, w towarzystwie książek i kotów.
Bo z facetami to same kłopoty są.
Od czego by tu zacząć?
A raczej od kogo?

Z niedzieli na poniedziałek śnił mi się Ktoś z Dawnych Czasów. I to w tej wrześniowoubiegłej sytuacji wyznawania mi uczuć o piętnaście lat za późno. Cóż… wstałam rano, w drodze do pracy słuchałam wspominkowo Lady Pank, jedna czy dwie myśli do Ktosia powędrowały…
A tu wieczorem okazało się, że usunął mnie ze znajomych na FB.
Ta zniewaga krrrwi wymaga!!!
Z głupia frant wysłałam mu zaproszenie, zaakceptował bez szemrania, co pozwala uznać, że wywalił mnie przez przypadek, a nie że mu jakoś podpadłam albo nowa miłość nie pozwoliła starej trzymać.

Również wczoraj wieczorem zaczepił mnie na FB wielbiciel i całkiem zmącił mi umysł.
Nie odzywałam się do niego od koncertu.
Bo na koncercie wkurzył mnie piiiramidalnie.
Najpierw miauczał kilka tygodni, jak to będzie wspaniale mnie spotkać i takie inne pierdołki, do których na szczęście miałam odpowiedni dystans. A jak przyszło co do czego, to ledwie się ze mną przywitał i pożegnał, w międzyczasie rozmawiając ze wszystkimi innymi dziewczynami, a na mnie zerkając co i raz. Wrrr, paskudnie, nie lubię takiego gapienia się na mnie!!!
Wczoraj natomiast zaskoczył mnie analizując i to nasze powitanie, i buziak na do widzenia (ze smakiem mojego błyszczyka na czele), i ogólnie różne scenki z koncertu z moim udziałem, co świadczy o tym że serio intensywnie na mnie zerkał (ja tam na niego niekoniecznie). Znów miliony komplementów (uodporniona jestem) i gorące zaproszenia na zlot w Poznaniu 6 kwietnia, na którym na pewno nie będę i już dawno mu to powiedziałam. Aż mi się zachciało do tego Poznania jednak wybrać, no ale po pierwsze primo termin nie bardzo, bo listę płac w fabryce trzeba będzie w reczoną sobotę 6 kwietnia zrobić, i z kasą nie bardzo, i na tak szybki termin wyjazdu trudno będzie męża „urobić”, znaczy przedstawić tak żeby się nie burzył na wyjazd…

A może nawet i na przekór (bo ja z tych przekornych jak wiadomo) nawiedziłabym Wielkopolskę (już nawet mniejsza o wielbiciela, inne fajne ludki będą przecież, poza tym strasznie się cieszę jak mnie się gdzieś zaprasza, wiadomo odludek) – ale w ten sam weekend będzie miało miejsce inne wydarzenie, na które mam szalona ochotę się wybrać. Biję się z myślami, bo to o wiele bardziej kosztowne niż wypad do Poznania – ale zlotów będzie jeszcze wiele (mam nadzieję), a to drugie wydarzenie raczej prędko się nie powtórzy, a już na pewno nie w takiej cenie (ogólnie niewielkiej, dla mnie tylko teraz kosmicznej – pisałam że kwiecień to masakrycznie trudny finansowo będzie). Byłoby to spełnienie jednego z moich marzeń, więc… Więc daję sobie czas do namysłu dziś do końca dnia. Albo-albo. Jakby co pochwalę się „już po wszystkiem”.

Wracając so „spraw miłosnych” – mąż mnie zdenerwował cokolwiek w kwestii moich radiowych spotkań. Jak to ujął „nie jest mi z tobą źle, ale ty masz inne zainteresowania” – nic tylko się pochlastać, no nie? Zapomniała bidusia, że przecież jak mnie poznał, to zauroczyła go właśnie moja „inność” – byłam inna niż on, inna niż dziewczyny które do tej pory znam, i to było dobre, i to było piękne! A teraz co? Teraz mu przeszkadzać zaczęło, że chodzę na fitness, że spotykam się z radiowcami… Do diabła, trzeba mu było się związać z własnym klonem! Dla mnie to właśnie jest fajne w dobrym związku, że spotyka się dwoje odmiennych ludzi i wspólnie dbają i o „ja” jednej i drugiej osoby, i o „my”. Wie przecież dokładnie, jak mi było przykro żegnać kolejnych znajomych, dla których pretekstem do urwania kontaktu było wyprowadzenie się nas z Warszawy albo urodzenie się im dziecka – dlatego cieszę się niesamowicie z koleżeństwa z radiowcami! Jemu też nie bronię wyjścia do ludzi, ze swoją łatwością nawiązywania kontaktów bez trudu stałby się duszą towarzystwa – ale towarzystwo samo się nie znajdzie, trzeba wyjść mu naprzeciw! uwaga uwaga, ja to mówię, odludek i truś spod miotły! A każde moje wyjście jest kwitowane „to ja znów sam w domu zostaję”. Bez komentarza!!!

A propos patriotyzmu z notki poprzedniej – przeczytałam wczoraj „Przenajświętszą Rzeczypospolitą” Jacka Piekary i zadumałam się nad tą antyutopią… oczywiście przejaskrawione wszystko, ale coś z tego jednak już w Polsce jest…

Plany na popołudnie i wieczór: fabryka, fitness, wizyta M&M (Mary była wczoraj na zumbie!!!), piwo na meczu (mam nadzieję że chociaż trzy do zera wygramy… piątkowy mecz to katastrofa!), no i decyzja co do weekendu przyszłego.
Fajnie byłoby spełnić to marzenie!

Cześć, co tam?

Bo ja mam wolną sobotę.

!!!

Nie-nie-nie, radochy nie ma, bo niedziela pracująca :D

Ale o niedzieli to indyk myślał i wiadomo jak skończył, „a więc” ja nie myślę takoż. Jest wolna sobota, jest fajnie.

Moja Cholera w pracy… ech, tak się mijamy ;-) jak ja mam wolne, to on nie… jutro za to sam sobie posiedzi, tak jak ja dzisiaj – obiecał iść z Mirkiem na basen, no dobrze byłoby gdyby panowie zaczęli się cokolwiek ruszać.

O właśnie, tak a propos: myślicie, że Mary była ze mną na zumbie w poniedziałek???…………..

…………………tak, była! I w czwartek też!

Powiedziała Mirkowi, że jeśli ja schudłam, to i ona da radę :-)))

A mi się podoba moje 66kilogramowe wcielenie. Dla porządku: 66 kg rano i nago :-) Cel-pal: 65 kg po południu w ubraniu. Dam radę? No… oby :-) Odważyłam się nawet nabyć drogą kupna legginsy a la dżins – idealnie nie wyglądam, ale  zawsze to wygodnie, no i z doopy nie spada, jak większość moich dżinsów. A tu kasy na zakupy ciuchowe nie bardzo – owszem, dostałam już w ramach socjalu świątecznego z uczelni okrągłą sumkę, ale po odliczeniu podatku nie będzie już tak okrągła niestety… A kwiecień zapowiada się masakrycznie – ostatni duży rachunek za gaz (ponad tysiączek), bilet kwartalny (474 zł!!!), no i oczywiście bilet na Depeche Mode (co najmniej dwie stówy) – nowej płyty właśnie słucham, mrrrrr :-) na wakacje przydałoby się odłożyć (urlop po konsultacji z M&M zaklepany na przełom sierpnia i września), marzą mi się góry na bożocielny długi weekend (mam nadzieję że uda się wyciągnąć leniuszków M&M – chcą w tym czasie morze albo Mazury, ale to idealny czas na góry przecież!), a i odreagowanie w SPA by się przydało… Ech, a w fabryce trzeba zamknąć rok i to by było na tyle odnoście marzeń wyjazdowych :-)

Koncert jeszcze wspominamy w gronie. Ech… Mogło być inaczej w kwestii bardziej prywatno-intymnych relacji okołokoncertowych. Cóż, kiedy mąż znów wykazał się telepatią – to niesamowite, ale od samego naszego poznania się mamy jakąś taką specyficzną więź, umożliwiającą niemalże czytanie w myślach… Ostatnio po rozwodzie Kogoś z Dawnych Czasów mąż przejrzał i jego, i mnie na wylot, zatem cokolwiek być mogło, uleciało prędko hen i w sumie się bardzo cieszę. Natomiast teraz w kwestii wielbiciela jestem przecież ostrożna jak kot, ale… widocznie coś w moim zachowaniu jednak jest takiego, że patrzy na mnie jak kiedyś i mówi „cały świat się śmieje, gdy ty się uśmiechasz…”. Ha! Tak czy tak, chyba tym bardziej doskwiera mi brak bardziej namacalnych miłosnych wzlotów. Że tak powiem.

Czeka na mnie zabawa fotograficzna, ale wiadomo że ja to do fotek nie bardzo, więc… jeszcze trochę poczeka ;-) Na razie wypytywajek część kolejna, i to mojego autorstwa – chyba poległam od własnej broni, bo sama nie wiem co odpowiedzieć – oczywiście zapraszam do odpowiedzi, kto chce :-) Będzie patriotycznie:

1) Hm, mówiłam że polegnę od własnej broni? Po dłuższym zastanowieniu się, wybieram czasy Stefana Batorego – bo i władca całkiem niezły, chociaż nie Polak, i czasy chyba ostatnie dobre, bez wielkich wojen, i kulturalnie jak najbardziej – przedstawienia „Odprawy posłów greckich” w Jazdowie i takie tam :-) Tylko ta Anna Jagiellonka do bani – brzydka i forsująca swego szwedzkiego ziomalka na polski tron.

2) Ostatnio czytam w odcinkach w „Angorze” książkę „Pakt Ribbentrop-Beck” i mimo iż uważam to za wielce political fiction, to ciekawa jestem, co byłoby gdybyśmy razem z Hitlerem walczyli przeciwko Związkowi Radzieckiemu.

3) Bliska ciału koszula, obieram zatem Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego – jako pracownik uczelni uważam, że wiele należy w kwestiach naukowych poprawić na szczeblu centralnym.

4) W żadnym – biorę pałę od jakiegoś policmajstra i leję równo oszołomów z lewa i prawa :-)

5) Trudne, oj trudne. Co lubię? patriotyzm, bez skrajności narodowców oczywiście; pamięć historyczną, ale nie tę wybiórczą… Nie lubię przywilejów socjalnych i luk prawno-proceduralnych, dzięki którym nierobom i cwaniaczkom żyje się o wiele lepiej niż ciężko pracującym i płacącym wszelkie składki. Ale to akurat nie tylko polski problem.