Archiwum dla Maj, 2013

If I didn’t love you, I would look around for someone else

Prognoza pogody na weekend niezbyt optymistyczna.

Bardzo dobrze zatem, że M&M z nami nie jadą – nie wytrzymałabym ich narzekań dodatkowo na aurę ;-)

Byłam wczoraj u fryzjera, niestety późniejsze 2,5 godziny ćwiczeń zmasakrowały uczesanie – ale skrócenie jest, odświeżenie koloru jest, humor dobry jest.

Tym lepszy, że dziś wizyta w bibliotece i to nie pod presją czasu. Będę spokojnie spacerować między regałami ;-)

Sałata i rzodkiewki własnego chowu mniam. Czekam na truskawki :-)

Nie będę w fabryce cały długi tydzień. Wcale mi się tęsknić nie będzie, o nie.

Skończyłam „Ptaki ciernistych krzewów” – chyba podoba mi się  bardziej niż przed dwudziestu z górą laty :-)

Cieszę się na wyjazd. Bardzo.

Cześć, co tam?

Ech, się dzieje, na pisanie w tygodniu nie ma czasu, a w weekend szkoda czasu ;-)

W punktach zatem, co mi się przypomni z minionych niemal dwóch tygodni:

1) Rekord w planku straciłam w środę. Cóż z tego, że o włos? Chyba jeszcze bardziej boli. Aż się głupia poryczałam, na szczęście wszyscy myśleli że z wyczerpania padłam twarzą na glebę i podnieść jej nie mogę… Ponad siedem minut wytrzymałyśmy obie. Jutro kolejna szansa na rekord, ale tym razem nie mam szans – patrz punkt  kolejny.

2) Wykupiłam w poniedziałek nareszcie prochy i pięć dni byłam na podwójnej dawce luteiny – czułam się zatem, jakby mnie kot wypluł, aż się dziwię że planka wytrzymałam. Na szczęście pomogła, przypadłość przyszła dziś rano, co znaczy że do wyjazdu w góry (patrz punkt następny) będzie po wszystkim, co cieszy wielce. Szkoda tylko, że jutrzejsza dawka ćwiczeń (zumba plus crossfit) będzie nieco naginana :-(

3) Zmieniła się nam ekipa do wyjazdu w góry. Właściwie to było do przewidzenia, że M&M się wykręcą od wyjazdu, ale że aż tak perfidnie… Wszystko zaczęło się od Nocy Muzeów sprzed tygodnia, której nie opisywałam, bo nie chciałam pisać w złości ,ale skoro złość nie przechodzi… Otóż wybrali się z nami. Na sushi i łażenie. Mary ubrała się ochędożnie, ale kompletnie nieodpowiednio – nawet mniejsza o to, że wpuściła bluzkę w spodnie, co przy naszych figurach jest niekorzystne, mniejsza rownież o to, że nie wzięła żadnego wierzchniego okrycia na wieczór – ale paradowała w bardzo ładnych, ale wielce niewygodnych szpilkach, nieraz wcześniej na nie narzekała! Żeglujemy zatem. Kierunek Stadion Narodowy. Stadion Narodowy duży jest, no i wiadomo że chciałam wszystko obejść i zobaczyć ile się da ;-) M&M leniwce szli coraz wolniej, narzekali  że im się nie chce, że nogi bolą i tak dalej. W końcu Mary stanęła na środku ulicy, zaczęła niemal histeryzować że się zgubiliśmy (!!!) i że ona bierze taksówkę żeby dojechać do samochodu! Szczegół: wyszliśmy z innej strony niż zostawiliśmy samochód, ale to było dosłownie kilka minut piechotą! Mąż chciał to jakoś skomentować odpowiednio, odciągnęłam go siłą, bo mi samej też się na usta cisnęło to i owo… Doszliśmy o wiele szybciej niż oni jechali taksówką. Oczywiście. Oni pojechali do domu, my łazikowaliśmy sami do późna, pomstując na ich idiotyzm (no bo jak to inaczej nazwać? ok, mnie buty też nie raz obtarły, ale można je zwyczajnie zdjąć, a nie urządzać sceny, wiele ludzi słyszało i miało ubaw) i zastanawiając się, jak to będzie z nimi w górach. Okazało się, że nijak nie będzie, bo z nami nie jadą, Oficjalny powód: Mary nie dostała urlopu – wyjazd zaplanowany był od kilku miesięcy, miała złożyć wniosek o urlop od razu, a zropbiła to dopiero niedawno, wszyscy mieli już zaplanowane, więc ona musi zostać. Wydało mi się to wszystko wielce grubymi nićmi szyte. Mirek oczywiście od razu zaczął namawiać Moją Cholerę, żebyśmy nie jechali, skoro oni nie jadą – po co mamy wydawać tysiąca? W tym momencie szlag męża trafił, odpowiedzial Mirkowi bardzo ostro, że oni z Mary daliby się posiekać za pieniądze, że skoro im tak szkoda tysiąca to po cholerę wydają 50 tysięcy na wesele (jak to po co? przecież trzeba się pokazać – dopisek mój), że my pojedziemy i tak, nieważne z kim, a może i lepiej że nie z nimi bo nie będą nam leniuchy marudzić. Mirek obraził się śmiertelnie, powiedział że oni bez nas by nigdzie nie jechali, że jacy to my niefajni i w ogóle. A pies ich drapał!!! Miałam nadzieję na długofalową fajną znajomość – trudno. Mirka mogę znieść, bo on ma do siebie dystans, zna doskonale swoje wady i jakoś stara się być ponad nie, ale Mary traktuje wszystko z tak śmiertelną powagą, że po prostu nie daję rady z jej podejściem (pieniądz ponad wszystko) wytrzymać. Kurcze no, dobrali się świetnie, ona liczy na jego głowę do interesów (bo zawsze coś sobie na półlewo do i tak niezłej pensji dorobi), on stawia na jej posag (dość pokaźny trzeba przyznać) – gdzie w tym miejsce na miłość, to ja serio nie wiem. Wracając do sedna – znaleźliśmy inną ekipę na wyjazd, dodam że ekipę z którą już w niejednych górach byliśmy, zatem i w Pieninach fajosko będzie – mimo że pogodę nie bardzo zapowiadają, ale co tam, buty dobre są, czerwona kurtka z kapturem jest, da się radę! A podejrzewaliśmy, że dwa leniwce M&M się wymigają, ale że tuż przed… Gdyby to był wyjazd taki, jak oni zawsze mają – czyli jedziemy gdzieś i tylko pijemy – to byliby pierwsi chętni, ale po górach chodzić? Po co??? Kurcze no, ja bym tak nie mogła, no! Oni najlepiej odpoczywają w domu przy alkoholu (on) lub kawie (ona), wgapiając się w telepudło (oboje ). Mirek chwali się że w życiu żadnej książki nie przeczytał – ma się czym chwalić, psiakość – Mary też nie bardzo chętna na czytanie, mimo że nauczycielka (a może właśnie dlatego?) Jeśli wyjazdy na weekend, to do rodzicow na obiadki ;-) Kurcze, gdybyśmy my mieli tak jak oni full kasy oraz pracę przez 5 dni w tygodniu po 8 godzin (albo i nie osiem – patrz punkt następny odnośnie naszej pracy), na każdy weekend byśmy wyfruwali! Pieniądze szczęścia nie dają – ale wiele można za nie nabyć, po cholerę mieć żeby mieć?

Ech, alem się zbulwersowała ;-) Jak tak dalej pójdzie, to się posprzeczamy ostro i nas na wesele nie zaproszą. Odpukać, taka okazja do zabawy, usiasiusia!!!

4) Pracy na uczelni mam tyle, że… jeszcze tyle nie miałam. Po dziesięć godzin siedzę dzień w dzień. Do tego fabryka – w czerwcu będzie tu zapindziel ostry niestety, bilans trzeba zrobić, żadnego wolnego weekendu, oby chociaż ze dwie wolne niedziele udało się wysępić! Śpię po pięć godzin, przechodzę w stadium zombi, do tego ta luteina, ech!

5) Zmieniłam zdanie odnośnie diety. W sensie że mam dość tego wiecznego bycia. Bycia na. Na diecie. Bycia na diecie, znaczy się. Wiadomo powszechnie, że abym chudła, muszę być na serio restrykcyjnej diecie – 1000 kcal około, regularne pory posilków itede, itepe. Nie daję rady. Zwyczajnie potrzebuję więcej energii – to raz. Nie mam czasu, aby co 3 godziny wychodzić z pokoju w pracy na posiłek – to dwa. Jedzenie dobrych potraw jest przyjemnością, a tak mało w moim życiu przyjemności – to trzy. Postanowiłam zatem jeść bardziej „normalnie” – za to ćwiczyć jeszcze więcej. A raczej częściej, nie zostawiając sobie ani jednego wolnego dnia w tygodniu. Soboty i niedziele zatem pod znakiem Killera (lubię bardzo) zamiennie z Turbo spalaniem (nie przepadam) plus obowiązkowo rower, gdy pogoda pozwala.

Miniony tydzień zatem prezentowal się następująco:

- poniedziałek zumba 1,5 h brzuch 11 min

- wtorek – miał być wieczór z broadcasterem, ale oczywiście pociągi spóźnialy się masakrycznie i wieczorem ledwie turbo spalanie 40 min plus 11 minut brzuch, a radio poszło się paść

- środa crossfit 1 h

- czwartek zumba 1,5 h, brzuch 11 min

- piątek miał byc indoor cycling 2 h, ale musiałam zostać dłużej w pracy, zatem killer 40 min i brzuch 11 min, no i sauna moja ukochana :-)

- sobota mial być rower do pracy i po pracy, ale zimno i padało – turbo spalanie 40 min i brzuch 11 min

- niedziela killer 40 min, rower 25 km 2 h z ogonkiem

W planie jutro 1,5 h zumba plus 1 h crossfit, we wtorek TBC 1 h plus brzuch 1 h, no a potem jedziemy w góry i tylko łazić będę, no może brzuch co nieco poćwiczę ;-) Mam nadzieję, że regularne ćwiczenia sprawią, że waga nie zwiększy się mimo nietrzymania diety – no i że sylwetka ładnie rzeźbić się będzie. Mam ambicje wyglądać lepiej niż Mary ;-) jak już wspominałam, mamy bardzo podobną budowę ciała, tylko u niej jest jeszcze większa dysproporcja między „górą” a „dołem”, za to buzię ma szczuplutką (zazdraszczam). Ale coraz bardziej już widać różnicę między nami…

6) Nie wiem, czy wspominałam że kilka tygodni temu pobrałam prawie wszystkie pieniądze z konta oszczędnościowego, aby zapłacić rachunki za gaz – wbrew woli męża bo „przecież ja bym to zapłacił”. Przez rzeczone kilka tygodni zarobił tylko tyle co na życie, więc z czego by ten gaz zapłacił? Tak czy tak wakacje znów musimy odłożyć na kolejny rok.

7) Dzięki nieocenionym koleżankom-blogowiczkom ;-) zaopatrzona jestem w mnóstwo letnich bluzek, gorzej z dołami – nabyłam ostatnio krótkie legginsy, bo najtaniej, chrzanię to że mam grube nogi! I buty konieczne – ukochane czarne sandałki, ktore kupiłam jeszcze na studiach, rozleciały się wreszcie :-(

8) Olałam wielbiciela, drugi wzdychacz olał mnie, a Ktoś z Dawnych Czasów zagustował w pewnej dyplomatce, niestety równie mało ambitnej jak on (Karola ubolewa). Co powoduje, że – patrz punkt następny. 

9) Podjęłam 1234567890. próbę wykrzesania czegoś pozytywnego z mojego małżeństwa – i do jasnej ciasnej, są te pozytywy, są.

10) Po ponad 20 latach czytam ponownie „Ptaki ciernistych krzewów” i bardzo mi się podobają. Serial oglądałam dzieciakiem będąc, a jakże!

celebrate and win

Wczoraj na początku zajęć crossfitowych urządzono nam zawody w planku.
Plank wygląda tak;


No i zgadnijcie, Drodzy Czytelnicy, kto wytrzymał w takiej pozycji najdłużej i został zwycięzcą?
Otóż moja skromna osoba wytrzymała 5 minut i 10 sekund (oklaski!!!), a dałabym radę dłużej, gdyby nie to że współćwiczący mnie rozśmieszali i brzuch chcąc nie chcąc klapnął o parkiet – w sumie się im nie dziwię, bo na początku rywalizacji sama rzucałam jakimiś głupimi tekstami typu „czy nagrodą jest skrzynka piwa” ;-)
Zanim zaczniecie się śmiać z głupiej starej grubej baby, która jara się takimi pierdołami, pozwólcie że przedstawię krótki rys historyczny moich zmagań z kulturą fizyczną.
Otóż przez osiem lat lekcji wf w szkole podstawowej i cztery lata w szkole średniej nie zaliczyłam chyba ŻADNEGO ćwiczenia na ocenę pozytywną. W każdym razie nie przypominam sobie takiego święta lasu. Nie mieściłam się w normach w biegach, skokach, rzutach, że o grach zespołowych nie wspomnę. Zawsze na końcu, zawsze ostatnia, ale zawsze walcząca do końca. Nawet nie pomyślałam o załatwieniu sobie zwolnienia z wf. Na koniec roku zawsze dostawałam tróję za niemal stuprocentową frekwencję. Ot, taka ze mnie łamaga była. „Po godzinach” zawsze dużo spacerowałam, jeździłam na rowerze i grałam w badmintona – i chyba tyle za szczenięcych czasów było. Nie licząc kibicowania w kapciach przed tv i w trampkach na stadionie trzecioligowej wówczas drużymy piłkarskiej.
Na studiach było już lajtowo, wf jedynie na zaliczenie, chodziłam a to na jogę, a to na koszykówkę, traktując wszystko nareszcie z humorem. I kibicowałam żużlowcom Apatora, byłam na każdym meczu na własnym torze :-)
No i w pierwszej mojej poważnej pracy kilka koleżanek postanowiło zacząć ćwiczyć na siłowni, no to z nimi pożeglowałam. Rezygnowały kolejno, a ja zostałam. Owszem, nieraz byłam pośmiewiskiem – jak pierwszy raz próbowałam ćwiczyć na orbitreku, to wszyscy przestali ćwiczyć i pokładali się ze śmiechu, patrząc jak bezradnie staram się skoordynować nogi i ręce :-) Jakoś w tym samym czasie dołożyłam bieganie z Karolą na stadionie Sarmaty, później po przeprowadzce na Rakowiec biegałam sama po okolicznych parkach. Fitness i spinning odkryłam dopiero jakoś przed pięciu laty.
Dziś nie wyobrażam sobie dnia bez chociażby kilkunastu minut ćwiczeń na brzuch – w praktyce codziennie jakaś większa aktywność. Tylko z biegania musiałam zrezygnować – żylaki się odzywają (dziwne że jedynie przy bieganiu).
W każdym razie biorąc pod uwagę te moje odwieczne zaszczytne ostatnie miejsca, jakikolwiek sukces sprawia, że rosną mi skrzydła :-)
Zwłaszcza że tak u mnie trudno o jakiekolwiek sukcesy…