Archiwum dla Czerwiec, 2013

Nie wiem jak Wy, ale ja nie żyję.

A mówiłam już, że w zeszłym tygodniu jeździłam samochodem do pracy?

No to jeździłam.

Plan od poniedziałku do czwartku: pobudka 5:20, 6:00 wyjazd, 7:10 w pracy, około 16:30 wyjście z pracy, około 18:00 w fabryce, około 22:00 w domu, 10 minut ćwiczeń na brzuch, radio i kilka stron książki.

W piątek natomiast szkolenie plus integracja.

No i na samym początku szkolenia esemes od Mojej Cholery, że niezbędna jest konsultacja onkologiczna i już jest zapisany na pierwszy możliwy termin, 1 lipca.

O kurwa, kurwa.

O żesz kurwa, kurwa, kurwa.

Prostata wykluczona została wcześniej, ale z kręgosłupem nie bardzo. Rezonans pewnie będzie.

No i co można po takiej wiadomości uczynić? Urwać się ze szkolenia i przeżywać lub się urżnąć. Wybrałam to drugie, rzecz jasna. Pamiętacie, jak narzekałam na współpracowniczki z Poznania? Kilka z nich okazało się świetnymi kumpelami do picia ;-) Alkoholizowałam się zatem, grałam w kręgle (koszmarnie mi szło) i dotarłam do domu tuż przed północą w stanie wielce rozradowanym.

Ze świadomością, że dnia następnego siedzimy w fabryce do oporu, żeby nie musieć przychodzić w niedzielę.

Siedziałyśmy do oporu zatem. Od 8:30 do 23:30, bite piętnaście godzin. Koleżanka z uciążliwą babską przypadłością, ja skacowana na maksa. Ale sprawozdanie finansowe zrobione.

W niedzielę miałam leżeć do góry brzuchem. Czułam się jednak świetnie (!!!). Wstałam o ósmej, poćwiczyłam killera z Chodakowską, zjadłam mężowskie gofry, poczytałam, wybraliśmy się do klientki na Wolę robotę obgadywać, po południu czytanie, wieczorem niespełna czterokilometrowa przebieżka do pracy po zostawiony tam poprzedniego dnia rower (nie czułam się na siłach po 15 godzinach pracy jechać rowerem po ciemku)…

Pierdutnęło się w poniedziałek.

Dopiero wtedy zmęczenie poczułam.

Nie wiem, jak przeżyłam w pracy.

Wieczorem, wyjeżdżając tyłem spod własnej chałupy (udawałam się na fitness, chcąc nadrobić stracony tydzień), zahaczyłam malowniczo o samochód sąsiada.

Nie pytajcie, jak to zrobiłam, bo sama nie wiem. Jakby mnie zamroczyło na kilkanaście sekund.

Już mniejsza nawet o jego zadrapania, ale sama mam brzydkie wgniecenie – akurat niespełna dwa miesiące po tym, jak mi blacharz pięknie fordzika wypucował!!!

Kurcze no, mam prawo jazdy od 15 lat i dotąd nie miałam żadnej kolizji (odpukać! chociaż w warunkach warszawskich brak stłuczki to w podobnym stopniu zależy od szczęścia, co od umiejętności jazdy). Jedyne co to jakiś idiota mnie obtarł na parkingu. A teraz taka głupia sytuacja… Wściekłam się jak nie wiem co, nieco złość mi przeszła przy spisywaniu wraz z sąsiadem oświadczenia (sadził takie byki ortograficzne, że śmiałam  się w kułak), ale głowa pękała w połowie z bólu i właściwie dotąd boli.

Oczywiście z fitnessu w poniedziałek nici, wczoraj nie miałam siły też iść, dziś się wybieram.

Ech, po to zarwałam całą sobotę, żeby mieć ten tydzień luźniejszy – a tu luzu brak. Bo na uczelni roboty co niemiara (jak tam dwa lata pracuję, tak tyle do zrobienia nie było – kociokwik zaczął się w maju i jest coraz gorzej), a w fabryce bieżącej pracy też huk. Do tego notorycznie spóźniające się pociągi – ostatni tydzień jeżdżenia nimi, zaczyna się w weekend remont mostu kolejowego, więc nie będę już w ogóle miała jak dojechać. Zwłaszcza że niejako przy okazji remontowany będzie też Most Łazienkowski, z którego korzystam jadąc samochodem! Jasny gwint, albo sobie jakiś pokój na Pradze wynajmę, albo wezmę dwa miesiące urlopu, albo ja już sama nie wiem…

Wyglądam jak zombi, czuję się jakbym się nie czuła – przywiązuję wielką wagę do ubioru, jak nigdy staram się dobrać ciuchy jakoś, ale nic nie pomaga, strach na mnie patrzeć.

Nowe okulary tym bardziej zwracają uwagę na twarz, a rzeczona twarz marna jest.

Wciąż nie mogę odżałować przepadku wakacyjnego wyjazdu. Przez pół roku miałam po co żyć…

Po lipcowych Depeszach planujemy wyskoczyć na trzy-cztery dni – nad morze ze stałą gwardią lub w góry z M&M – ale z naszą młodą parą to nie ma co się umawiać, jak wiadomo ;-)

Panna Młoda zachowuje się coraz gorzej, zazdrość sięga zenitu – nie tylko o narzeczonego, mam wrażenie że o wszystko, ostatnio powiedziała Mojej Cholerze, że mam już nie chudnąć bo będę brzydka (w domyśle: mam już nie chudnąć bo będę szczuplejsza od niej), Mirkowi nie pozwala się ruszyć samemu na krok…Jakoś jednak się postawił, wysłał wczoraj wieczorem esemesa do Mojej Cholery że musi z nim dziś pogadać, no ciekawa jestem co z rozmowy wyniknie!

W sobotę 50. rocznica ślubu rodziców, szykuje się mały zjazd rodzinny, nie bardzo mam ochotę jechać, no ale wypada…

A w poniedziałek onkolog.

Z cyklu”cudownych rodziców mam”.

Teść & szwagier od ponad miesiąca egzystują sobie bez prądu.
Zawiadomił nas o tym ich sąsiad.
Oczywiście sami się nie przyznali – teść zawsze mówił, że wszystko u nich w porządku, że akurat ogląda telewizję (odkąd nie pracuje, 24 godziny na dobę siedzi przed telepudłem).
Od razu telefon do delikwentów, z pytaniem ile tego zadłużenia było, że aż się tak zakład energetyczny wkurzył – ponoć 250 zł, ale kto ich tam wie…
Kategorycznie zabroniłam mężowi płacenia tego długu – twierdzi, że nie miał takiego zamiaru, ale wydaje mi się, że pożałowałby biednej rodzinki… „Biedna rodzinka”, koń by się uśmiał! Obaj mają renty – ok, no nie są one wielkie, wiadomo – do tego szwagier pracuje, bywają miesiące że po odliczeniu stałych kosztów mają więcej na tak zwane „życie” niż my! Ale za mieszkanie nie płacą, za prąd – jak widać – nie płacą, kablówkę też im odcięli już wcześniej – natomiast na piwo i papierosy jest zawsze. Przepraszam bardzo, ale ja ich sponsorować nie będę. Sama sumiennie wszystkie rachunki płacę i na krętaczy jestem uczulona. Bo to nie jest bieda. To krętactwo.
Szkoda mi tylko Mojej Cholery, bo przykro jest mu niezmiernie, bardzo ojca i brata kocha, mimo że naprawdę mało dobrego od nich otrzymał…

Prośba o pomoc w przetrwaniu moim aktualna, a jakże.

ciemna mogiła, studnia głęboka, krater wulkanu, dno oceanu, kosmiczna przepaść

Reset sobotni się nie udał.
Udać się zresztą nie mógł po 10,5 godzinach pracy. Siły na nic nie miałam. Zaległam na ławce z piwem i mało mnie obchodziło, co się dookoła dzieje, a towarzystwo na grillu fajne było :-(
Wczoraj rano Chodakowska, później mężowskie gofry i zainstalowałam się na zielonej trawce z zapasem wody i Folletem. Późnym popołudniem szybkie zakupy (między innymi nowe okulary – 768 zł – liczbo grzmij! cóż, fotochromy kosztują, mam nadzieję że już w najbliższy weekend odbiorę, moje stare okulary się już ledwie po pięciu latach codziennego użytkowania trzymają), krótkie spotkanie z M&M na truskawkowym polu (gniją truskawki na potęgę… ech, dała w kość uprawom deszczowa wiosna) i już był wieczór, i Follet w łóżku, i tyle.
Od dziś każde popołudnie i wieczór w fabryce, muszę dać radę.

W piątkowy wieczór biegałam, po raz pierwszy od sześciu lat. Cztery kilometry, 25 minut. Kiedyś lubiłam bieganie, ale to było kiedyś ;-) Kiedy jeszcze żylaków nie miałam. Teraz niestety dokuczają. Ale od czasu do czasu przebieżkę sobie fundnę.

Na pewno jednak nie w trakcie najbliższych dwoch tygodni, które mnie po prostu przerażają.

Również w piątek mąż dostał ofertę pracy w Niemczech. Się zastanawiamy.

Pees do poprzedniej notki: fast foodem w moim wydaniu są suche bułki wieloziarniste (bo tanio), a warzywa i owoce (częściowo z własnego ogródka) są podstawą mojego jadłospisu, ale spędzając dziennie ponad 12 godzin na pracy umysłowej plus około 4 godzin w środkach transportu, na samych warzywach nie dam rady. Sprawdzono.