Archiwum dla Sierpień, 2013

Komu w drogę, temu dobre buty.

Oraz alkohol.

Oraz seksowne kostiumy kąpielowe.

Oraz uśmiech od ucha do ucha.

I przesławny mój dystans do świata tudzież ironia w ilościach znacznych.

Jak wrócę, to będę :-)

Kobieta zmienną jest(em).

Co ja tu wypisuję od miesiąca?

Że niczym się nie będę przejmować w temacie wakacji, tak?

A uwierzył ktoś w to? Jeśli tak, wykazał się naiwnością przeogromną…

Od paru dni poradzić sobie ze stresem nie mogę. Tym bardziej, że się mężowi wygadać nie mogę, nie chcąc biedaka jeszcze swoimi paranojami obciążać, skoro się widzimy co najwyżej godzinę dziennie. W pracy jestem jak zwykle luzarą największą, chociaż dziś mnie co nieco trafiło, miałam wyjść o 15, ledwo za kwadrans czwarta się wyturlałam, wiadomo jak to jest w ostatni dzień przed urlopem…

Przygotowana jestem na wyjazd, a jakże:

- dwa tygodnie temu obcięłam włosy na bardzo krótko – od lat takich krótkich nie miałam, ot chwilowy kaprys, oczywiście kwadrans po wyjściu od fryzjera przestało mi się podobać ;-) trudno, będę zapuszczać od nowa

- koloru nie odświeżałam, zatem również od lat nie miałam włosów tak ciemnych – balejaż się wziął i obciął ;-) siwizna brutalnie nie wyłazi, na rocznicę ślubu sobie coś fajnego w kwestii koloru szczelę

- mam jaskrawoczerwone paznokcie u rąk, jak nigdy :-)

A reszta… eee…

padam

Nie mogę sobie dać rady sama ze sobą.
Wpieprzam żarcie aż (nie)miło, tyję w oczach i gdzieś to mam. O właśnie tak. W piątek podczas biegania wypieprzyłam się koncertowo W lesie – dobrze że nie na asfalcie, miałabym cudne rany, a tak to tylko guzy na obu kolanach. Boli wciąż, więc ćwiczenia musiałam lekko odpuścić. Ale jedzenia nie ;-)
Zmęczona jestem wielce, w weekend jakoś nie udało się odpocząć, w tym tygodniu zamknięcie miesiąca w szkole i jeszcze ostatnie ogarnięcia do VATu w fabryce, wczoraj wróciłam z uczelni dopiero po dziewiętnastej i nie usiadłam ani na moment… Bo kocie się nudziło i zrzuciła wazon ze słonecznikami (mea culpa, w niedzielę przy sprzątaniu przestawiłam rzeczony wazon na pianino „tylko na chwilę” i zapomniałam o nim – a z pianina zrzucić kota miała łatwo, ech), szkło się rozleciało na cały pokój, woda rozlała, kwiatki z lekka zmasakrowane – na co dzień zwierzak nie ma zapędów destrukcyjnych, ja robię więcej szkód niż on (wiadomo, żem słoniem w składzie porcelany), ale czasem coś futrzanej odwali, no to miałam full sprzątania wczoraj ;-) W międzyczasie zupę mężowi gotowałam, szykowałam mu na jutro kanapki i sobie sałatkę… i czas szybko zleciał, zaczęłam Chodakowską dopiero po dwudziestej drugiej. Dziś trzeba wpaść do fabryki, wcześniej do banku przelać kasę z konta oszczędnościowego na podstawowe, pod wieczór może się uda pobiegać… I czekanie na męża, który pracuje po 15 godzin dziennie, wraca ledwo żywy, kręgosłup daje bardzo znać o sobie – no ale trzeba jeszcze wiele przed wyjazdem zrobić żeby wziąć pieniądze ;-)
Jakaś zatracona jestem, mam wrażenie że coraz mniej samodzielna, że zbyt dużo przerzuciłam na męża – bo facet, bo złota rączka, bo własna działalność więc łatwiej mu cos w ciągu dnia załatwić…
Głowa boli za często. Oby to ze stresu i zmęczenia tylko, bo na wakacjach z takim bólem będzie niefajnie.
A przecież sobie obiecałam, że fajnie będzie, choćby nie wiem co.
Przeglądam prognozy pogody, akurat zapowiadają ochłodzenie i opady, a niech to, nie wiem jakie ciuchy pakować, nie umiem się pakować tak na marginesie, chyba tatę ściągnę dzień wcześniej do pilnowania domu, żeby mi pomógł ;-) żadna z córek nie odziedziczyła po nim talentu do pakowania, za to wnuczka tak :-)
Ech, nigdzie się nie wyjeżdża, to się nie wie czy brać całość w gotówce, czy wypłacać na miejscu, będzie co ma być, nie chce mi się planować wszystkiego, się dostosowałam do naszych szanownych współpodróżników, którzy mają totalnie wszystko na żywioł, no to się nie przejmuję, skoro oni też nie.
Z cyklu: „tako rzecze Panna Młoda”: „Ja na trzeźwo to na plażę nie wyjdę!!!”
W niedzielę pokłócili się koncertowo o winietki, aż musiałam towarzystwo uspokajać bo się drzeć na siebie zaczęli – o dziwo jeśli chodzi o sprawy weselne trzymam jej stronę (!!!) powiedziałam Mirkowi że jest beznadziejny, bo swój sprzeciw wobec winietek uzasadnił następująco: „Bo u mnie w rodzinie tego nie było i co wszyscy powiedzą”. Na to ona, że całe wesele jest pod jego dyktando, począwszy od tego że w jego rodzinnych stronach a nie w jej… Masakra jakaś, przypominam uprzejmie że oboje skonczyli osiemnaście lat już dawno temu i przydałoby się trochę doroślej do rzeczy podchodzić. Z drugiej strony wspominając swoje przedślubne perypetie (przecież zapisków na moim blogu z lipca, sierpnia i początku września 2006 to nie da się czytać, hehe!)… widocznie tego się nie da bez stresu ogarnąć :-)
Cieszę się na wyjazd bardzo, mniejsza o pogodę, najważniejsze żeby mężowi kręgosłup nie dokuczał…
W uczuciach bardzo spokojnie, stabilnie, delektujemy się sobą, mając dla siebie tak mało czasu staramy się go wykorzystać jak najlepiej, taka zwyczajna zwyczajność, pewność i uśmiech, chyba oboje w końcu dorośliśmy do związku…