Archiwum dla Wrzesień, 2013

Studenci do nauki!

Ano studenci wrócili.

To widać, słychać i czuć.

Z naciskiem na „słychać”, jako że mój pokój mieści się nieszczęśliwie w korytarzu pomiędzy szatnią a stołówką, tuż obok sekcji opłat (zresztą wciąż jest mylony z sekcją opłat), wciąż ktoś przechodzi i gwar jest niesamowity.

Czy ja w moich studenckich czasach (przypominam uprzejmie: lata 1998-2003) generowałam aż tyle hałasu? Chyba nie ;-) Zwłaszcza że zajęć wiele nie było, a sporo też się opuszczało, z naciskiem na te popołudniowe (no bo jak się miało wydział na Starówce i w okienku wyskoczyło na piwo pod Kotwicę lub Anioła, to już nie chciało się wracać na uczelnię, hehe).

A cisza w robocie by się przydała, bo zamykamy rok obrachunkowy. I zastępuję urlopującą się koleżankę. Dodatkowo jutro pół dnia spędzę na inwentaryzacji. Jakże wspaniale. I wdrażam się w nowe obowiązki.

W fabryce też zmiany, na które nie mam ochoty nic a nic, w ogóle na pracę tam nie mam od dawna ochoty, ale kasa piechotą nie chodzi… Zwłaszcza że ma być sporo wyższa, co wiązać się będzie z jeszcze większym tyraniem rzecz jasna, ale przyda mi się nauka akurat tej nowości, bo to stricte angielskie rozliczenia będą. Obym dała radę.  Ale jeśli w tym tygodniu nie uruchomią pieca, to pierdykam wszystko – w sobotę siedziałam sześć godzin w temperaturze 13-14 stopni.

Wieczór kawalerski się odbył.

Wesołe męskie towarzystwo nawet na dyskotekę wstąpiło! niestety w Grodzisku fajnych lokali ze świecą szukać, trafili więc na typowe umcyk-umcyk i byli podrywani przez panienki w wieku gimnazjalnym (zaznaczam: wszyscy panowie po trzydziestce). Pewnie mój mąż powodzenia nie miał – wygląda na swoje lata (nawet poważniej), natomiast na nadzianego forsą absolutnie nie wygląda :D

Ja natomiast spędziłam sobotni wieczór przy lampce wina weselnego (wycyganiłam, hehe) z ulubioną radiową audycją (muzyka elektroniczna), a później długo w noc szukałam muzycznych rarytasków z lat osiemdziesiątych oczywiście…

A niedziela była taka jak się spodziewałam właśnie. Po prostu pastelowo. Mam wrażenie, że od lat się tak dobrze nie dogadywaliśmy.

Zgrzytem były tylko zakupy – stroje do ćwiczeń zdarły mi się do cna, chciałam więc kupić koszulki (z tym problemów nie było) i spodnie, ale nie długie – i tu był problem, bo same dresy do kostek, a jeśli coś krótszego to ze ściągaczem na dole, co odpada z moimi słoniowymi nogasami. W końcu z braku laku nabyłam soczyście granatowo-zielone spodnie zamiast planowanych czarnych, no ale lekko za kolano, tak miało być. Co się jednak nawkurzałam to moje – nie lubię łazić „po ciuchach”.  Szczytem marzeń jest wejście do sklepu, spojrzenie na wieszak „tak, to”, przymiarka-pasuje więc biorę. Niestety mając taką figurę a nie inną, nigdy tego szczytu marzeń nie osiągnę.

Szykuję się na większe zakupy ubraniowe; cóż kiedy kasę przeznaczoną na ciuchy wydałam na rachunki. Jak zwykle :-) Muszę czekać na mężowskie zarobki, bo na poczet własnej pensji już solidną zaliczkę wzięłam :-(

Zapuszczam włosy. Już mam dość. Układają się koszmarnie, na wesele będę musiała dwie tony lakieru zużyć. Byle do końca roku!

A propos końca roku – zaczynam marzyć o Sylwestrze z podwójnym przytupem, z racji tego że poprzedniego spędziliśmy we czwórkę w łóżku (z kotem i grypą znaczy się). Może znów zaplanujemy Toruń? chciałabym :-)

Piątek, godzina dwudziesta druga dziesięć.

Tuż po wyjściu z sauny, otulona bordowym szlafrokiem, z maseczką na twarzy i uśmiechem na ustach.

Weekend się zaczyna, tak twierdzę, mimo że jutro co najmniej pięć godzin w fabryce będę.

Później obiad na mieście i wieczór najprawdopodobniej tylko dla siebie (wieczór kawalerski wciąż niepewny).

A niedziela… niedziela będzie taka jak zawsze.

Spokojnie jakoś jest mi tak.

Mimo że od października mała rewolucja się szykuje na obu zawodowych gruntach, a jakoś nie bardzo mam na to siłę. Nieważne. Jesienna deprecha, zniżka formy, minie jak zwykle. Nie martwię się na zapas. Muszę dać radę.

Mam kota, książki, muzykę, nowe perfumy, o takie:

Niby nie w moim stylu, zawsze na co dzień coś „zielonego”, a to jest jednak słodsze, no i różowe opakowanie hehehe ;-) ale potrzebowałam odmiany, czegoś jeszcze bardziej młodzieżowego, no i mam :-)

Męża mam fajnego, ale to się rozumie samo przez się :-)

I trochę marzeń przyziemnych mam jeszcze…

urodzinowo i nie tylko

Jubileusz był, tort był, pamiątkowe wpisy i foty takoż.
I ja tam byłam, chociaż ledwie dotarłam, spóźniona niemal półtorej godziny i bez telefonu, który gdzieś posiałam w domu w ferworze przygotowań. Ależ miałam aplauz na wejście :P
Wielbiciel był.
Na powitanie uścisnął mnie ZBYT mocno i nie chciał z objęć wypuścić. Wysunęłam się kociowężowym ruchem ;-) i ze słodkim uśmiechem zażądałam telefonu. Użyczył, a jakże. Wybrałam numer męża (z kłopotami, bo z dotykowymi aparatami nie jestem obznajmiona) i przy wielbicielu powiedziałam „cześć kochanie, dojechałam, wszystko w porządku, przyjedź o drugiej”. Mina wielbiciela: bezcenna.
Pogadałam sobie z nim trochę, tak omijając zręcznie temat ewentualnych bliższych znajomości. Pozwoliłam sobie postawić piwo. I zdjęcia mi robił w studiu.
I tyle.
Wkurzający jest, ot co.
I palenie mi bardzo przeszkadza.
I różnica wieku, chociaż jej nie odczuwam zbytnio, ale sama świadomość.
I – last but not least – nie chcę się pchać w aż tak chore sytuacje.
No i dobrze że o tym wszystkim się dowiedział wprost i w cztery oczy.
Amen, alleluja i w górę serca.
Pomijając wielbiciela, było fantastycznie! I znów się odważyłam powiedzieć coś na antenie, haaaa! Co prawda na początku stwierdziłam, że milczę jak grób, bo stres plus dwa wypite piwa sprawią, że zająkam się na śmierć i zrobię z siebie klasycznego głupa na antenie… jednak wraz z upływem czasu wrodzony duch przekory dawał coraz bardziej znać o sobie. I wyszło w końcu na to, że moja wypowiedź była ostatnią. Chciałam żeby było trochę inaczej niż wszyscy, postanowiłam zatem bardziej ogólnie powiedziec i o audycji jubilatce, i o radiu… C hciałam nazwać trójkę odpowiedzialnych za audycję osób „triumwiratem” – cholernie trudne słowo, bo i łatwo przekręcić tudzież zająknąć, i mnogość litery „r”, której jak wiadomo nie wymawiam. A jak przyszło co do czego, wyglądało to mniej więcej tak:
- (…) Pan Piotr, Pan Leszek i Pan Grzegorz tworzą… (tu chwila rozpaczliwej ciszy)… Świętą Trójcę! (…)
Reakcja zebranych w studiu pozytywna – uśmiechy, kciuki w górę i nawet uściskali mnie co niektórzy :-)
Podobno naprawdę świetnie moja wypowiedź zabrzmiała (oczywiście była znacznie dłuższa niż to przytoczone zdanie), mam całą audycję nagraną ale boję się przesłuchać… Może kiedyś :-)
Spałam z niedzieli na poniedziałek dwie godziny i dotąd odespać nie mogę.

Pozatymco.

Poza tym z frontu ślubnego: łojoj!
- wizytówek na stołach jednak nie będzie, Państwo M. wracają do swego pierwotnego pomysłu oznaczeń na stołach „rodzina Panny M.”, „rodzina Pana M.”, „znajomi Panny M.” i „znajomi Pana M.” – moim zdaniem jest to pomysł kompletnie bez sensu, no ale niech im będzie; problem tylko w tym, że właściwie nie wiadomo gdzie my mielibyśmy siedzieć :P Panna M. zapytała wczoraj serio o to mojego męża (bo akurat wpadł do nich na moment), odpowiedział że woli siedzieć z jej znajomymi, bo z kolegami Pana M. nie ma o czym gadać, hehe
- Panna M. miała w sobote próbną fryzurę i jest niezadowolona, szuka czegoś nowego, mam nadzieję że chociaż skutecznie ją odwiodłam od sztucznej ozdoby do włosów na rzecz czegoś z żywych kwiatów (chociaż na początek imprezy żeby ładnie wyglądało)
- w temacie wieczoru kawalerskiego cisza, więc pewnie go wcale nie będzie ;-)
- w weekend Państwo M. byli na weselu znajomych i wyszli tuż po północy, bo Panna M. szczeliła focha – jestem gotowa założyć się o grubą kasę, że na własnym weselu też coś jej odpitoli!

Poza tym wciąż nie dostałam kasy z fabryki, a na uczelni umowa kończy mi się już bardzo niedługo, mam obiecane przedłużenie, ale nie ma co liczyć na korzystniejsze warunki.

Poza tym brakuje mi miłosnych wzlotów. Taaa, trzeba było wielbiciela nie odrzucać ;-)