Archiwum dla Październik, 2013

głupotki

Na koncercie było fajnie bardzo bardzo.
Jeden z bisów, śpiewam sobie głośno z zespołem i publicznością: „Zbyszek miał 38 lat i przepadł”
(zamierzona chwila ciszy)
Mąż: -Ej, nie kracz.
Ja: – Luzik, jeszcze masz dwa lata.
Mąż: – Musisz mówić głośno o moim wieku?
Fakt faktem mocno zawyżaliśmy średnią wieku publiczności. Studenci dominowali :-)
Ale, jak już wspomniałam, było fajnie. Pierwszy raz byliśmy razem na koncercie. Po tylu latach związku, haaa!

A wcześniej w niedzielę odwiedziliśmy Państwa M. (tak wiem, mam wesele do opisania, ale wybaczcie – nie wiem kiedy). Spotkaliśmy ich na przedpołudniowym spacerze – oni wracali z kościoła, oczywiście byli autem (nieco ponad kilometr mają! – bez komentarza). W poniedziałek wieczorem wpadli do nas… dobrze że chociaż z nimi się widuję.

Mąż wymienił lampę w duperelku, a i zderzak wyklepał tak umiejętnie, że prawie nie widać (zdolna bestia).

Rozmowę z szefem Angolem miałam wczoraj. Po 10 godzinach na uczelni kiepsko mówiłam w naszym ojczystym języku, a co dopiero po angielsku.
Afera jest taka, że główna menedżer zrezygnowała z pracy – akurat kiedy szłam do niej powiedzieć, że ja rezygnuję, hehe – zastępuje ją główna księgowa, ale że ona po angielsku nie bardzo, szukamy kogoś młodego do gadania ;-) Powiedziałam wprost, że nie mam czasu przychodzić wieczorami, że siedzę na uczelni po co najmniej 10 godzin dzień w dzień (dziś trzynaście na przykład), że ile się da to będę w soboty robić… Dodatkowe obowiązki oddałam, więc i podwyżka poszła się paść. Cóż, zatem moje miesięczne osobiste dochody zmniejszą się o jeden tysiąc a nie o dwa, a de facto zostanie status quo, bo tę podwyższoną pensję raptem jeden miesiąc dostałam… Obawiam się trochę tych nowych rządów, zobaczymy jak to będzie.
Na razie idę w piątkowe święto na cały dzień do fabryki.

Nie dojechałam wczoraj na fitness, cosik w nosie mi wzięło i pękło, krwi trochę było. Zmęczenie pewnie.

Ambitne plany na listopad, o których pisałam kilkanaście dni temu, muszą niestety zostać odłożone na czas bliżej nieokreślony.

Owszem, powinnam rzucić fabrykę, wiem.
Tyle że po pierwsze primo: to co tam robię, świetnie uzupełnia moje obowiązki na uczelni, nie chciałabym pozapominac pewnych rzeczy.
Po drugie primo: tysiąc złotych piechotą nie chodzi. No nie?
Po trzecie primo, wielce egoistyczne: przyzwyczaiłam się do bycia świętą krową odciążaną w wielu domowych obowiązkach, „bo przecież Arietta tyle pracuje”. Inna sprawa, że teraz na samej uczelni mam huk roboty od rana do wieczora.

Chciałabym mieć tylko trochę czasu na czytanie, pisanie i radio.
Ale widocznie nie teraz.
Że o czasie dla męża nie wspomnę. A dla znajomych? Jakich znajomych?

Cóż, alleluja i do przodu.

„…Póki macie siebie, ciebie
Szklankę nocy, kromkę dnia
To orkiestra jeszcze w sercach gra…”

 

Czegoś takiego to jeszcze nie było.

Siedzę w fabryce, roboty mam pełno (co się dziwić skoro tak dawno mnie tu nie było), ale nie jestem w stanie myśli zebrać, a co dopiero zająć się czymś konstruktywnym.

Dzieją się rzeczy wielkie, a ja mam dość wszystkiego.

Pieprzony październik. Wszystko nie tak.

Kilka bardzo ważnych – „życiowych” nawet – decyzji do podjęcia w czasie bardzo najbliższym; nie mam siły, nie mam ochoty, nie mam jak się zastanowić w ogóle!

Wizja zmniejszenia moich osobistych miesięcznych dochodów o prawie dwa tysiące peelenów dobija totalnie.

A wiecie, że do tego wszystkiego mąż rozwalił mi dzisiaj samochód? No to już wiecie. Wykańczamy garaż, auta stoją więc tymczasowo pod domem, wyjeżdżał rano, spieszył się, zahaczył tyłem o mój przód, rozbił mi lampę i błotnik poharatał, sobie też oczywiście kuku zrobił, ale w tym momencie priorytetem jest moje auto, które przecież miało iść pod młotek, ale nie blacharza tylko finalizując transakcję sprzedaży!

Ma szanowny pan za swoje – tyle lat mi dogryzał że nie umiem prowadzić itede, itepe, za porysowanie samochodu sąsiada też mi się oberwało, a teraz sam mi takie manko strzelił.

I to jeszcze w okresie, gdzie ja naprawdę nie wiem w co ręce włożyć, miotam się jak szczur w labiryncie, stosunki między nami i tak bywają napięte, bo chcąc nie chcąc oboje przenosimy do domu zawodowe zawirowania…

Wychodzę z domu o szóstej, wracam dwudziesta pierwsza trzydzieści-dwudziesta druga trzydzieści (tylko uczelnia plus fitness).

Sytuacja w fabryce od wczoraj już totalnie taka, że serio muszę to rzucić, bo inaczej wpadnę w taki dół kloaczny, że cuchnąć będzie wszystko dookoła.

Nie wiem co robić, nie wiem, nie wiem, nie wiem.

I jeszcze fordzik duperelek rozwalony.

Chociaż jutro wieczorem się na koncercie Domowych Melodii odprężę. Chociaż to.

Co 15 sekund z powodu pracy umiera na świecie jedna osoba.

Mam wrażenie, że już niewiele tych sekund przede mną.

A piosenka przekornie wielce.